• Środa, 18 marca 2026

    imieniny: Cyryla, Edwarda, Narcyza

W cieniu cudu

Poniedziałek, 2 czerwca 2014 (02:02)

Z Maurycym i Heleną Fossa, rodzicami Franciszka Marii, którego uzdrowienie uznano za cud beatyfikacyjny Matki Speranzy, rozmawia Marcin Perłowski

Państwa syn został uzdrowiony za przyczyną Matki Speranzy. Franciszek chorował praktycznie od urodzenia…

Maurycy F.: – Kilka miesięcy po narodzeniu zaczął się źle czuć. Pojawiły się wypryski i ślady na skórze, na główce. Okazało się, że musimy zmienić mleko. Zaczęliśmy to robić, lecz on nie reagował pozytywnie, wciąż czuł się źle. Wykluczyliśmy z jego diety mleko. Jednak poprawy nie było. Nietolerancja rozszerzyła się na inne pokarmy: mięso, owoce, ryby. Kiedy Franciszek miał dziesięć miesięcy, pił już tylko herbatę, przyjmował mieszankę, którą w domu przygotowywała mu moja mama, i przyrządzonego królika – ale i po nim nie czuł się dobrze, ale nieco mniej źle… Leczenie szpitalne również nie pomagało.

Helena F.: – Kiedy miał rok, ważył około 6 kilogramów, prawie nie jadł, miał kolki, nie mógł spać, płakał ze zmęczenia. Nasza rodzina cierpiała bardzo i nie mieliśmy już nadziei, spodziewaliśmy się najgorszego.

I w tej sytuacji usłyszeli Państwo o Matce Speranzie? Czy znali ją Państwo wcześniej?

M.F.: – Jesteśmy z innej części Włoch, a dokładnie spod Mediolanu, i nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o Matce. Pewnego dnia żona przygotowywała posiłek dla Franciszka i oglądała telewizję, gdy zaczął się program o Matce Speranzie. Bardzo poruszyły ją sceny, w których widziała, że woda z sanktuarium pomaga i uzdrawia dzieci. Zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Musimy pojechać do Collevalenzy!”. Zupełnie nie wiedziałem, gdzie to jest. Kiedy spytałem moją mamę, powiedziała, że mój wuj, ksiądz, odbywa tam właśnie rekolekcje. Zadzwoniliśmy do niego i po ich zakończeniu przywiózł nam wodę ze źródeł i tekst Nowenny do Miłości Miłosiernej. Była niedziela, gdy zaczęliśmy podawać wodę Franciszkowi i rozpoczęliśmy nowennę z prośbą o uzdrowienie. W środę po południu Helena wyszła z synem na spacer…

H.F.: – Kiedy przyszłam do parku, usiadłam niedaleko pewnego mężczyzny. Przyglądał się nam i nagle powiedział: „Franciszku, Franciszku, jesteś takim pięknym dzieckiem!”. Zdziwiłam się bardzo, skąd zna imię mojego syna, i spytałam, czy się znamy. On tylko spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zapytał, czy może wziąć Franciszka na ręce, a ja mu pozwoliłam. Potem zaczął rozmawiać ze mną o rzeczach bardzo osobistych. Wiedział, że Franciszek jest chory i, co było bardzo zaskakujące, wiedział, że został ofiarowany Maryi. To była rzecz, o której wiedziałam tylko ja i mąż. W dniu, w którym opuściłam szpital po porodzie, poszliśmy przed figurę Matki Bożej i poświęciliśmy Jej nasze dziecko. To mnie jeszcze bardziej zastanawiało, więc spytałam ponownie, skąd się znamy. Mężczyzna odpowiedział, że to nie ma większego znaczenia i bym się nie martwiła, bo Franciszek spotkał swoją mamę. „Przecież to ja jestem jego mamą!” – powiedziałam. – „Tak, ale chodzi o drugą mamę” – odparł. Poprosiłam go wtedy, by oddał mi dziecko, bo już nic nie rozumiałam: kim on jest i skąd wie to wszystko. Mężczyzna wiedział jeszcze, że w niedzielę przygotowujemy urodziny dla Franciszka, który kończył właśnie rok. Powiedział: „To będzie wielkie święto, bo Franciszek został uzdrowiony!”. Wtedy postanowiłam pójść, bo już się bałam. On poradził, bym poszła do Matki Speranzy. Odpowiedziałam, że na pewno pójdę, i odeszłam. Lecz wtedy pomyślałam o tym, jaki to trudny czas dla naszej rodziny, chciałam mu powiedzieć coś jeszcze… Odwróciłam się, ale już nikogo nie było. Pytałam ludzi: widzieli, jak rozmawialiśmy, ale potem już nikt nie wiedział, co się stało z tym mężczyzną.

I Franciszek został uzdrowiony…

H.F.: – Zaczęłam siebie pytać o urodziny, o uzdrowienie i kim jest ta wspomniana przez mężczyznę matka. Po powrocie do domu powiedziałam o tej sytuacji mężowi, a potem teściowej, która pomyślała, że to wszystko z przemęczenia. Myślałam może, że ten człowiek chciał w ten sposób powiedzieć, że Franciszek umrze. Lecz wtedy przypomniałam sobie modlitwę, jaką zanosił przy grobie Matki Speranzy wspomniany wujek, ksiądz, ostatniego dnia przed zakończeniem rekolekcji. Prosił ją, że jeśli Bóg dopuści śmierć Franciszka, by towarzyszyła nam w bólu. I mówił: „Przynoszę go Tobie jako Syna, adoptuj go”. Matka odpowiedziała na tę modlitwę, adoptowała go, ona jest właśnie tą matką.

M.F.: Gdy w niedzielę wszyscy przyszli na przyjęcie, Franciszek po raz pierwszy od roku zjadł wszystko, co mu podaliśmy, i normalnie zasnął. Następnego dnia wypił litr mleka i zjadł jogurt. Potem zjadł wszystko, nawet te rzeczy, które mogły mu zaszkodzić: truskawki, owoce egzotyczne.

Jak to doświadczenie wpłynęło na Państwa życie?

H.F.: – Cud całkowicie zmienił nasze życie, jesteśmy zupełnie inną rodziną. Wcześniej nie byliśmy religijni, wiara była nam obca, zupełnie inaczej patrzyliśmy na świat.

M.F.: – Zaczęliśmy pytać Boga, co chce, abyśmy robili. Wtedy nadeszła propozycja, byśmy zajęli się niesieniem pomocy dzieciom, zwłaszcza tym, które pochodzą z rozbitych rodzin, które zostały oddane do adopcji. Przyjmujemy takie dzieci do naszego domu – obecnie mamy dwoje takich dzieci.

Wstąpiliśmy też do świeckiej części zgromadzenia Miłości Miłosiernej. Chcemy w ten sposób pokazywać Bożą miłość wszystkim, a szczególnie naszym dzieciom. Boga, który przygarnia, przebacza, który jest dobrym ojcem.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Perłowski