Polska wieś na drodze do wolności
Poniedziałek, 26 maja 2014 (15:27)Z Jolantą Różą Kozłowską, córką Jana Kozłowskiego, jedną z organizatorek konferencji „Jan Kozłowski. Niepokorny »rolnik z Tarnobrzeskiego«”, której pierwsza część odbyła się w sobotę w Warszawie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jaki był Pani ojciec?
- Ojciec należał do ludzi bardzo zaangażowanych, które poświęcały się nie tylko rodzinie, ale również działalności społecznej. Od młodych lat miał dużą wrażliwość społeczną, był wyczulony na niesprawiedliwość, jaka cechowała czasy, w których przyszło mu żyć. Z domu wyniósł zasady, którymi kierował się w życiu i które przekazywał nam, swoim dzieciom. Na pierwszym miejscu zawsze był Bóg, Honor, Ojczyzna. Wpływ na takie, a nie inne postrzeganie rzeczywistości mieli z pewnością jego krewni ze strony mojego dziadka: kapłani czy nauczycielka na tajnych kompletach. To otoczenie sprawiło, że dość wcześnie, bo już w latach 50. ubiegłego stulecia zaangażował się w sprawy społeczne, a w latach 70. w ruch opozycyjny. Zresztą już wcześniej pomagał ludziom pokrzywdzonym przez ustrój komunistyczny. Ludzie zgłaszali się do niego, a on im pomagał m.in. w formułowaniu skarg do urzędów, w imieniu pokrzywdzonych, domagając się poprawy warunków życia na wsi.
Czym zajmował się Jan Kozłowski?
- Mój ojciec był budowlańcem, mistrzem budowlanym. Jako kierownik prowadził wiele budów głównie na terenie Sandomierza i dawnego powiatu sandomierskiego. Po śmierci swojej matki zaangażował się w prowadzenie gospodarstwa. Zawsze chciał być niezależnym człowiekiem, a rolnictwo i praca na i dla ziemi temu sprzyjały. Jako rolnik nie akceptował działań ówczesnych komunistycznych władz. Swoje niezadowolenie wyrażał w publikacjach w drugim obiegu, które niestety nie zachowały się na skutek licznych rewizji w naszym domu.
Konsekwencją tego były także sprawy sądowe.
- Można powiedzieć, że ojciec przez cały czas był pod nadzorem bezpieki. W wyniku jednej z wytoczonych mu spraw został skazany na trzy lata więzienia. Przebywał tam przez rok i dopiero na skutek strajków w Gdańsku i Porozumień Sierpniowych odzyskał wolność na początku września 1980 r. Niemal od razu zaangażował się w działalność Solidarności Wiejskiej. Nie były to jednak łatwe czasy, ówczesne władze komunistyczne starały się za wszelką cenę rozbić ten społeczny ruch, zresztą po części im się to udawało. Nie wynikało to jednak z winy ludzi, ale z aktywności agentów bezpieki, którzy przenikali w struktury opozycyjne i od środka je rozmontowywali. Właśnie w związku z naszą konferencją dowiedziałam się, jak silne były naciski SB, żeby rozbić np. Duszpasterstwo Rolników w Stalowej Woli, które zostało utworzone przy zaangażowaniu mojego ojca i przy wielkim wsparciu ks. bp. Edwarda Frankowskiego. Były nawet próby skonfliktowania mojego ojca z ówczesnym proboszczem w Stalowej Woli księdzem Frankowskim. W kilkudziesięcioosobowej grupie tworzącej Duszpasterstwo Rolników byli też konfidenci, którzy mieli za zadanie rozbić to środowisko. Na szczęście dzięki ludziom takim jak mój ojciec i wyznawanym przez nich ideałom środowisko to przetrwało i dzisiaj możemy żyć w wolnej Polsce.
O Janie Kozłowskim mówi się często „legenda wiejskiej »Solidarności«”. A jakim był na co dzień jako ojciec?
- Ojciec był osobą bardzo wymagającą od siebie i od innych. Był człowiekiem zasadniczym, zdecydowanym, dbającym o dyscyplinę. Organizował życie, wytyczał zadania i konsekwentnie pilnował, czy je realizujemy. Na pierwszym miejscu stawiał edukację. Ciągle podkreślał, że nauka jest najważniejsza. Powtarzał, że możemy nie mieć pieniędzy w nadmiarze, ale musimy mieć dobrze poukładane w głowie, a wówczas łatwiej będzie nam żyć. Wiedzę, wykształcenie traktował także jako stopnie do osiągnięcia pozycji społecznej, dzięki której można wpływać na rzeczywistość, pomagać innym ludziom i sobie. Dziś zauważamy, jak w tamtych realiach trudno było edukować pięcioro dzieci. Dzięki temu wszyscy mamy wyższe wykształcenie, oprócz naszego brata, który wprawdzie dostał się do szkoły oficerskiej, ale został relegowany ze względów politycznych, za taką, a nie inną postawę opozycyjną naszego ojca, a oficjalnie za rzekomą ciotkę w Stanach Zjednoczonych. Ojciec z jednej strony był osobą zasadniczą, zdystansowaną, a z drugiej strony był bardzo ciepłym człowiekiem z ogromnym poczuciem sprawiedliwości.
W czym ta cecha się przejawiała?
- Jako ojciec pięciorga dzieci wszystko dzielił na pięć części, nawet jabłko. Zresztą jabłka odgrywały wielką rolę w naszym życiu z uwagi na sad, który kiedyś należał do dziadka, a który później, przez wiele lat był jednym z głównych źródeł utrzymania naszej rodziny. Jako dzieci na miarę naszych możliwości pomagaliśmy w sadowniczych pracach. To dzielenie na równe części, także przy stole, kiedy wieczorem ojciec wracał z pracy i zasiadaliśmy do kolacji, miało szczególne znaczenie. To poczucie dzielenia się z innymi, które w nas wyrobił i którym sam żył, jest w nas do dzisiaj. Ojciec nigdy nikogo nie wyprosił z domu, nie odrzucił. Przeciwnie, kiedy nawet nieznani ludzie stawali w drzwiach, chwalili Pana Boga, prosząc np. o napisanie jakiegoś pisma czy skargi, nigdy nie odmawiał pomocy. Z wojska wyniósł umiejętność robienia zastrzyków, co w tamtych czasach było niezwykle ważne. Lekarza nie było w promieniu ok. 20 km, nie było też dróg, a transport furmankami zajmował wiele czasu. Dlatego ta umiejętność ojca w tych czasach aż do lat 70. była bardzo pożyteczna. Miał profesjonalny sprzęt do robienia zastrzyków dla ludzi i dla zwierząt i do sterylizacji strzykawek. To wszystko było dla niego ważne, oczywiście obok polityki, w którą też się angażował.
Pani ojciec miał jakieś pasje, zainteresowania?
- Jego pasją było dziennikarstwo, zwłaszcza w latach młodości, kiedy pisywał artykuły do gazety „Rolnik Polski”, opisując życie ludzi na wsi. Drugą pasją, której niestety nie udało mu się zrealizować, była architektura. Nie mógł studiować, bo wiązałoby się to z członkostwem w partii, czego nie chciał ani dziadek, ani sam ojciec. Choć nie zdobył dyplomu, to sam zaprojektował i zbudował dom. Jednak największą pasją mojego ojca była działalność społeczno-polityczna, której mimo wielu przeciwności poświęcił się bez reszty. Mimo zagrożeń związanych z wyznawanymi poglądami nie bał się i działał zgodnie ze swoimi przekonaniami. Cechą, która mu pomagała realizować wyznaczone cele, była konsekwencja w działaniu. Często nam powtarzał, że w życiu trzeba się trzymać zasad i być konsekwentnym. Zawsze powtarzał, choć nie wszystkim się to podobało, że stanowczość, wierność zasadom i konsekwencja mimo inwigilacji i szykanowań SB kiedyś zaprocentują i przyniosą wolność. Życie pokazało, że miał rację.
Okazją do przypomnienia osoby i zasług Jana Kozłowskiego są konferencje jak ta, która w sobotę odbyła sie w Warszawie, a kolejna jest planowana na 1 czerwca w Wydziale Zamiejscowym Nauk o Społeczeństwie KUL w Stalowej Woli, których jest Pani współorganizatorem. To tylko próba wspomnienia czy coś więcej?
- Moją intencją było spojrzenie na mojego ojca z jednej strony z punktu widzenia historyków i dokumentów, a więc w sposób bardzo sformalizowany, ale także dotarcie do osób, które znały go osobiście i które przez wiele lat z nim współpracowały, a więc ze środowiska Komitetu Obrony Robotników, a także Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Te dwa środowiska działały głównie w Warszawie, dlatego tam odbyła się pierwsza część konferencji. Druga część 1 czerwca odbędzie się w Stalowej Woli. To nasze rodzinne strony. Tam ojciec zakładał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Rolników „Solidarność Wiejska” Regionu Tarnobrzesko-Sandomierskiego, którego został wiceprzewodniczącym także w strukturach ogólnopolskich. Również w Stalowej Woli zorganizował wspomniane już Duszpasterstwo Rolników. Te konferencje, których pokłosiem będzie publikacja, to okazja do przypomnienia postaci mojego ojca i jego zasług dla Polski. Dziwi natomiast fakt, że nikt poza Instytutem Pamięci Narodowej nie zdecydował się na przedstawienie życiorysu i drogi mojego ojca, który traktował bardzo poważnie środowisko wiejskie i sprawy Polski. Dziś niewielu pamięta, że to właśnie środowiska chłopskie zachowały tradycję, prywatność polskiej ziemi i szacunek do niej. Poprzez sylwetkę Jana Kozłowskiego, mojego ojca, chcemy zwrócić uwagę na środowisko wiejskie, które ciągle jest niedoceniane. Mam nadzieję, że będzie to impuls, który zwróci uwagę badaczom historii Polski i młodemu pokoleniu, że na drodze do polskiej wolności w środowisku wiejskim działo się naprawdę dużo.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki