Sitwa Schulza
Sobota, 24 maja 2014 (02:00)Przed odejściem ze stanowiska szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz zainstalował sześciu swoich współpracowników i doradców na wysokich stanowiskach w administracji.
Niemiecki socjalista jest liderem listy swojej partii w nadchodzących wyborach i jednocześnie od 1 marca kandydatem europejskiej lewicy na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej.
– To jest silna osobowość o manierach buldożera. Jest człowiekiem bardzo ambitnym. Chociaż jest powszechnie nielubiany, to ma mocną pozycję we frakcji socjalistycznej. Swoich politycznych oponentów traktuje bardzo brutalnie. Nie potrafi zachowywać nawet pozorów bycia ponad podziałami. Jest zdeklarowanym, fanatycznym federalistą; wciąż ruga bezpardonowo wszystkich, którzy myślą inaczej – mówi „Naszemu Dziennikowi” europoseł z frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.
Ostatnia sesja PE odbyła się w kwietniu. Teraz europosłowie prowadzą swoją kampanię wyborczą, by powrócić na kolejną kadencję. A licząca 4 tys. osób administracja nadal pracuje. Między Strasburgiem, Brukselą i Luksemburgiem krążą tony dokumentów, dyżurują sekretariaty, biura organizacyjne i prawne, zespoły tłumaczy, asystentów i agentów ds. ochrony, promocji, informacji oraz różnych ekspertów i doradców. Od ludzi stojących na czele tego systemu wiele zależy. Mianuje ich przewodniczący parlamentu za zgodą tzw. Biura PE, które składa się oprócz niego z 14 zastępców przewodniczącego oraz pięciu deputowanych pełniących rolę tzw. kwestorów (skarbników) PE. W praktyce jednak grono to zatwierdza wszystkie propozycje kandydatur wywodzących się z biurokratycznego establishmentu. Mianowanie ludzi „z awansu” pozwala zachować pozory neutralności przewodniczącego. Jest to jednak wygodne dla lewicy, gdyż większość urzędników unijnych to z przekonania socjaliści i federaliści czy zwolennicy pogłębienia integracji.
Schulz poszedł jednak dalej. Jak donosi portal Europeandignitywatch.org, zaproponował i przeforsował po prostu swoich osobistych współpracowników i doradców. To głównie Niemcy. Markus Winkler zostanie dyrektorem generalnym ds. prezydialnych, któremu podlega cała organizacja sesji plenarnych, komisji i procesu legislacyjnego. Herwig Kaiser obejmie stanowisko dyrektora generalnego ds. kadrowych, a więc decydującego m.in. o zatrudnianiu i zwalnianiu pracowników administracji PE, ich awansach, płacach i warunkach wykonywania funkcji. Można się spodziewać, że zacznie wprowadzać reżim norm neutralności światopoglądowej zgodnie z poglądami swojego dotychczasowego szefa, któremu przeszkadzają krzyże w miejscach publicznych, lub wymagać parytetów zatrudniania tzw. mniejszości seksualnych.
O jeden poziom niższe stanowiska dyrektorskie dostaną Maria José Martinez Iglesias (stanie na czele służby prawnej, w tym osób opiniujących dokumenty, nad którymi pracują parlamentarne komisje), Monika Strasser (obsługa komisji budżetu i kontroli budżetowej uchwalającej plan finansowy UE i nadzorującej jego wykonywanie), Lorenzo Mannelli (finanse samego PE, w tym uposażenia deputowanych) i Alexandre Stutz- mann (sprawy demokracji i praw człowieka w dyrektoriacie ds. polityki zewnętrznej).
Stutzmann będzie podlegał dyrektorowi generalnemu ds. polityki zewnętrznej Silvio Gonzato. Obaj panowie okazują się „rodziną”. Niedawno w Hiszpanii zawarli związek „małżeński”. Z tego powodu kandydatura Stutzmanna budzi zastrzeżenia służb antykorupcyjnych PE, gdyż Gonzato miałby nadzorować pracę (w tym wydatki) swojego „męża”.
– Rozsadzanie swoich ludzi na stanowiskach w sekretariacie PE to stała praktyka prawie wszystkich odchodzących przewodniczących. Ale Schulz, jak się okazuje, posunął się bardzo daleko. Myślę, że chodzi mu głównie o forsowanie unijnej ideologii federalistycznej – tłumaczy jeden z naszych rozmówców z frakcji EKR.
To nie wszystko. Parlament w ramach swojej działalności promocyjnej i informacyjnej cały czas reklamuje osobę przewodniczącego. Widać to choćby w serwisie internetowym PE, gdzie ilość miejsca poświęconego osobie przewodniczącego wyraźnie wzrosła, gdy dwa i pół roku temu objął urząd.
Osobiste biuro prasowe Schulza finansowane z budżetu parlamentu zatrudnia 10 osób. To nie wystarcza. Berlińskie przedstawicielstwo PE zatrudnia specjalnego przedstawiciela samego przewodniczącego. Markus Engels, nazywany z racji bardzo lewicowych zapatrywań Marksem Engelsem, uchodzi za swego rodzaju agenta Schulza w jego ojczyźnie. Za pieniądze PE wykonuje analizy informacji o Schulzu w mediach niemieckich i na nie reaguje.
Wszystkie te osoby wciąż pracują na rzecz swojego szefa, chociaż PE już nie działa, a Schulz prowadzi kampanię wyborczą. Otwiera listę SPD w eurowyborach w Niem- czech. Jest też oficjalnym kandydatem frakcji socjalistycznej na szefa Komisji Europejskiej. Jego szanse zależą od układu sił politycznych w Radzie Europejskiej i nowo wybranym PE, są jednak całkiem spore.
Lider europejskiej lewicy prowadzi m.in. profil w popularnym internetowym serwisie Twitter. Od miesięcy cały personel PE ma obowiązek starać się o pozycję profilu przewodniczącego na tym portalu. Każdy użytkownik Twittera pracujący w administracji praktycznie musi obserwować wpisy Schulza i udostępniać je innym. Dzięki zaprzęgnięciu do tego zadania wszystkich sekretarek, tłumaczy, portierów i ich bliskich profil szefa ma aż 80 tys. „obserwujących”, czym Schulz może się szczycić jako dowodem popularności w cyberprzestrzeni.
Piotr Falkowski