Powołanie to tajemnica
Piątek, 23 maja 2014 (02:00)Z ks. infułatem Grzegorzem Kalwarczykiem, długoletnim kanclerzem kurii archidiecezji warszawskiej, rozmawia Sławomir Jagodziński
Przeżywa Ksiądz Infułat złoty jubileusz kapłaństwa. Powołanie to pewna tajemnica pomiędzy człowiekiem a Panem Bogiem. Czasami jest to moment, w którym człowiek je odkryje. Czasami to odkrycie trwa dłuższy czas. Jak to było w przypadku Księdza Prałata?
– Powołanie czasem chodzi swoimi drogami. Oczywiście zasady religijne i wychowanie wyniosłem z domu, ale moje powołanie nie krystalizowało się tak wprost od dzieciństwa. Nigdy np. nie byłem ministrantem. Proszę się nie zdziwić, ale kiedy katechetka w klasie maturalnej zaproponowała pójście do seminarium trzem moim kolegom, we mnie zrodziła się zazdrość: dlaczego im, a nie mnie? I tak się zaczęła ciekawa droga do kapłaństwa. Gdy zgłosiłem tej samej katechetce w czerwcu, już po maturze, że chcę pójść do seminarium, była mocno zdziwiona. Poprosiłem o opinię do seminarium, którą schowałem sobie do końca wakacji.
Co zadecydowało o pójściu do seminarium?
– W tym jest znów pewien znak. Moja mama chciała jechać do Częstochowy na pielgrzymkę, którą ogłosił ksiądz proboszcz. I pewnego dnia mówi do mnie: zapisz mnie na pielgrzymkę i wpłać pieniądze. Jadąc cztery kilometry rowerem do kościoła w Lubani, powiedziałem sobie: jeżeli ksiądz proboszcz zaproponuje mi pójście do seminarium, to pójdę, a jeżeli nie zaproponuje, to pójdę do pracy, którą miałem już zapewnioną. I co się dzieje: przywitałem księdza proboszcza, ucałowałem w rękę. Zapytał, po co przyszedłem. Powiedziałem, że chciałem moją mamę zapisać na pielgrzymkę do Częstochowy. Zapisał, przyjął pieniądze. Pożegnaliśmy się. Nie powiedział nic… Wróciłem do roweru, przygotowywałem się do jazdy i wtedy proboszcz wyszedł na ganek i pyta: „Czy ty masz brata w gimnazjum?”. Odpowiedziałem: „Nie, to ja jestem”. „A w której jesteś klasie?” – pyta. „Maturę zdałem w czerwcu” – powiedziałem. I wtedy padają te słowa: „Tak? To może byś poszedł do seminarium?”. Pierwszy raz w życiu mnie spotkał. Ministrantem nie byłem, a on był proboszczem chyba od roku. No i co? Za dwa dni byłem już w seminarium i tak się zaczęło. Powołanie jest wielką tajemnicą, czy Pan Bóg nas powołuje za zasługi, czy po prostu, żeby dopiero sobie zasługiwać i ludźmi się zająć.
I teraz mija już 50 lat posługi kapłańskiej. Jakie refleksje rodzi taki jubileusz?
– Cieszy mnie, że Pan Bóg pozwolił mi dojść do kapłaństwa. Nigdy nie zabiegałem o jakieś względy, w duchu posłuszeństwa podejmowałem zadania, które zlecała mi władza archidiecezji warszawskiej. Mogę tylko Panu Bogu dziękować za wszelkie dobro. Jestem wdzięczny za żywe kontakty z ludźmi, za to, że Pan Bóg wyczulił mnie, aby starać się zawsze przekazywać wiernym autentyczną wiarę i dawać im przykład przez właściwe, piękne sprawowanie Liturgii.
Zawsze wolałem taką normalną, cichą pracę. Pewnie dlatego ściągnięto mnie do kurii, do pracy biurowej. Ale jestem za to wdzięczny mojej władzy kościelnej, bo mogłem robić dużo takich rzeczy, których inni księża nie robili: wydawanie odpowiednich pomocy duszpasterskich, książek, opracowań, przewodników, map, roczników, którymi się kapłani posługują. Przykładem jest choćby opracowanie pierwszej kolorowej, profesjonalnej mapy archidiecezji warszawskiej. Dwa lata siedziałem nad nakreśleniem granic parafii. I to wszystko robiłem swoim, powiedzmy, chałupniczym sposobem, bez żadnych nawigacji, zdjęć samolotowych itd. Takie były wówczas możliwości.
U początku Księdza kapłaństwa stanął ks. kard. Stefan Wyszyński, Prymas Tysiąclecia…
– Posługa u jego boku to wielka łaska od Boga. Bardzo czekam na beatyfikację Sługi Bożego ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Mam jego homilię skierowaną 50 lat temu do nas, neoprezbiterów. „Niech was nie zraża, Najmilsi Synowie Moi, niesprawiedliwość wobec Kościoła, której bardzo często będziecie świadkami” – mówił w 1964 roku. Jakie to dziś nadal aktualne. Cały czas wielkim przeżyciem jest świadomość, że to swoje kapłaństwo realizowałem w świetle kapłaństwa Prymasa Tysiąclecia. Ważna dla mnie była praca na parafiach. Na trzech byłem wikariuszem, łącznie siedem lat.
Potem zostałem wysłany na studia do Lublina. O pracę w kurii nie prosiłem, sami mi to zaproponowali. I ostatecznie przepracowałem tam 38 lat. Jako pracownik kurii przez 7 lat przyglądałem się posłudze ks. kard. Wyszyńskiego. To był człowiek, który miał na głowie całą Polskę. Jako Prymas był ciągle w drodze, nie zrażały go przejazdy ze Szczecina do Krakowa, z Krakowa do Przemyśla, a stamtąd znów do Warszawy… Chciał dotrzeć wszędzie, gdzie wierni na niego czekali. Ciągle w drodze. Podziwiałem jego wielkość i to, jak umiał podzielić się pracą z biskupami pomocniczymi i poszczególnymi wydziałami kurii.
Później była długa posługa przy ks. kard. Józefie Glempie.
– To był wspaniały człowiek. 26 lat z nim pracowałem. Obdarzył mnie wielkim zaufaniem. Dwa razy np. ksiądz Prymas zlecił mi przeprowadzenie podziału administracyjnego diecezji. Robiłem to sam, w pojedynkę. Pierwszy raz w 1982 r. – podział diecezji na dekanaty. Drugi raz po reorganizacji diecezji w Polsce w 1992 roku. Czasami potem ks. kard. Glemp mi dokuczał. Mówi: to jest ten, który dokonał „reformy gregoriańskiej”, z racji mojego imienia – śmiał się wtedy.
Niewątpliwie ważną postacią na kapłańskiej drodze Księdza Prałata był bł. ks. Jerzy Popiełuszko?
– Poznałem się z bł. ks. Jerzym, jak zacząłem pracować w kurii warszawskiej. Zaprzyjaźniliśmy się. Ja go odwiedzałem, on mnie odwiedzał. A potem nastąpiło to, co wiemy: szykany, porwanie, męczeńska śmierć… Musiałem przywieźć ciało ks. Jerzego z Białegostoku. Było to dla mnie wielkie przeżycie. Przecież to był gorliwy kapłan i mój serdeczny kolega. Jechaliśmy tam z obawą, czy w ogóle nam wydadzą ciało. Sytuacja była napięta. Cała droga do Białegostoku obstawiona milicją. Zajeżdżamy. Prosektorium zamknięte na kłódkę, nie chcą nas wpuścić. Kazali nam wejść do środka bocznym wejściem. Okazało się, że oni bali się ludzi, bo nie wiadomo skąd, w krótkim czasie setki, a potem tysiące osób przyszło pod ten zakład. Potem pogrzeb w Warszawie… To wszystko było wielkim przeżyciem…
Po latach zostałem sędzią w procesie beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Przesłuchiwanie świadków, dobieranie tych świadków, wiele, wiele pracy… Główną rolę odegrał tu o. Gabriel Bartoszewski, który to wszystko koordynował.
A co najbardziej Ksiądz podziwiał w postaci bł. ks. Jerzego?
– Jego gorliwość, zawierzenie Panu Jezusowi. On z domu wyniósł bardzo dobry przykład swojej mamy – pobożność. Przy tym miał taką naturalną cechę – łatwo nawiązywał kontakty z ludźmi i to mu pomagało. Nawiązał kontakt z robotnikami, stał się kapelanem ludzi pracy. Ewangelizował na swój sposób.
Złoty jubileusz kapłaństwa wypada miesiąc po kanonizacji Jana Pawła II. To chyba szczególny patron tego dziękczynienia za powołanie?
– To kolejny dar Boga, że mogłem realizować przez tyle lat swe powołanie w świetle pontyfikatu św. Jana Pawła II. Na inauguracji pontyfikatu Papieża Polaka po raz pierwszy w życiu byłem w Rzymie… Potem kilka papieskich pielgrzymek do Warszawy. W pięciu byłem sekretarzem komitetu przygotowania wizyty Ojca Świętego. Wszelkie dokumentacje, sprawy organizacyjne spadły na mnie. Na przykład pomysł, aby w 1987 r. Ojciec Święty spotkał się z wiernymi na pl. Defilad, był mój. Zresztą początkowo za niego, jak to się mówi, dostałem po uszach. Chodziło o to, że nad nim góruje komunistyczny Pałac Kultury z napisem „Dar Stalina”. Więc szukano innej lokalizacji celebry. Na Bemowie? Daleko, wówczas nie było dobrego dojazdu. Na Polach Wilanowskich? Przedtem tam były pola, rowy i ugory niezaorane. A ja mówię: „Szukacie tak daleko, a mamy tutaj plac Defilad”. „No wiesz, takie pomysły, nigdy. Przecież tam jest ten pałac”. Ja mówię: „Przyszedł czas już, żeby i ten pałac ochrzcić”. „Jak to rozumiesz?”. „Na pałacu kiedyś wisiał gołąbek pokoju, można na pałacu powiesić wielki krzyż, który będzie widać z całej Warszawy”. I dwa tygodnie po tym spotkaniu powrócono do mojego pomysłu… Ostatecznie władze państwowe nie zgodziły się na krzyż na Pałacu Kultury, nawet na skrzyżowane flagi. Więc pałac zupełnie zlekceważyliśmy. Ostatecznie Ojciec Święty tam nawet nie wszedł, choć władze chciały go przywitać w Teatrze Dramatycznym. Samo miejsce celebry, plac Defilad, okazało się bardzo dobrym miejscem komunikacyjnym. Ludzie mogli łatwo dojechać.
Wspomniał Ksiądz okres prześladowania Kościoła za czasów PRL. A co Księdza najbardziej niepokoi w dzisiejszej Polsce?
– Posługiwanie się kłamstwem na co dzień, w polityce, w mediach. To jest bolesne. Bo co innego jest mieć spojrzenie krytyczne, a co innego w sposób bezczelny kłamać. A to czynią nawet ludzie z tytułami naukowymi…
Bardzo często chodzi o to, aby działać według zasady: chcesz pokonać przeciwnika, to mu zamknij buzię, zastrasz. Ten problem dotyczy także życia Kościoła. W tej chwili to najlepiej, jakby ksiądz przebywał tylko w zakrystii, nie wolno mu powiedzieć nic publicznie, nie wolno mu nawet czuć się zwykłym, normalnym obywatelem. Zaraz jest krzyk. Tym, co są poza Kościołem, wszystko przeszkadza, będą się starali nas uciszyć na różne sposoby. Nie można temu ulec i się zniechęcić.
A przed czym przestrzegałby Ksiądz młodych kapłanów?
– Przed rutyną. Jeżeli kapłan przez dziesiątki lat odprawia Mszę św., błogosławi śluby, mówi kazania, prowadzi pogrzeby, katechizuje, to w pewnym momencie grozi mu rutyna. Jeżeli nie będzie się duchowo „odświeżał”, m.in. poprzez modlitwę i rekolekcje, to wtedy może wpaść w rutynę i jego praca kapłańska na pewno nie będzie tak owocna jak tego, który żyje apostolstwem. Przykład ks. Jerzego – pluli na niego, posądzali o niesamowite rzeczy, a on uważał, że musi robić swoje, bo tak trzeba. To jest nasze Westerplatte, o którym mówił Jan Paweł II – są sytuacje, kiedy musimy pozostać na placu boju. Podstawą naszego kapłaństwa jest wiara, którą nosimy w sercu. Mamy być Panu Jezusowi wierni, mamy Mu zawierzyć.