• Czwartek, 23 kwietnia 2026

    imieniny: Wojciecha, Jerzego

Skarby z kufra „Zawady”

Czwartek, 22 maja 2014 (02:06)

Z Andrzejem Matuszyńskim, siostrzeńcem ppor. Jerzego Miatkowskiego ps. „Zawada”, adiutanta mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, zamordowanego 7 marca 1949 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

Co wie Pan o „Zawadzie” z przekazów rodzinnych?

– Informacji o wujku nie mam za dużo, z kilku powodów. Po pierwsze, kiedy się urodziłem, wujek już nie żył. Po drugie, to był okres, kiedy za dużo nie mówiło się na temat tych spraw. O tym, że wujek zginął, pierwszy raz dowiedziałem się od mamy, mając dopiero ok. 10-11 lat. Dwa lata później natknąłem się na list wujka, pisany z więzienia mokotowskiego. Znalazłem go przypadkowo w szafce dziadka, ojca Jerzego, w której przechowywał część dokumentów. Był o tyle wstrząsający, że wujek pisał go dosłownie dwa, trzy miesiące przed śmiercią. Oczywiście wtedy ja tych wszystkich faktów jeszcze nie łączyłem, ale to był pierwszy moment, kiedy uświadomiłem sobie, że w naszej rodzinie zdarzyło się coś tragicznego. Od tego czasu żywo interesowałem się tą sprawą. Dziadek, z którym łączyła mnie duża zażyłość, nie wspominał mi za dużo o synu, dla niego i babci, która zmarła w 1963 r., śmierć syna była ogromną tragedią.

Co wuj pisał w liście?

– List był bardzo wzruszający, właściwie uspokajający. Pamiętam go dokładnie, wujek pisał w nim m.in.: „Mamo, tato, nie martwcie się”. Jego sens był taki, że wujek czuje się nie najgorzej i nic mu się tam specjalnie złego nie dzieje. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, czy był to list w jakiś sposób instruowany, czy wynikał z jego stanu ducha. Tragiczne było to, że dwa czy trzy miesiące po dacie tego listu wujek wraz z innymi „zaporczykami” został stracony. Wcześniej jednak była heroiczna próba ucieczki z więzienia mokotowskiego, co prawie się udało.

W jaki sposób chcieli to zrobić?

– Próbę ucieczki podjęli w styczniu 1949 r., kiedy już prawdopodobnie domyślali się, że zostaną straceni. Próbowali wywiercić otwór w stropie więzienia, przez który chcieli dostać się na dach i uciec. Ktoś jednak doniósł spoza grupy tych siedmiu z oddziału Dekutowskiego. Skończyło się tragicznie, bo dwóch „zaporczyków” zostało wtrąconych nago do karceru, wcześniej oczywiście zostali „odpowiednio” potraktowani.

Rodzina wiedziała, że wyrok na wuju został wykonany?

– Mama mówiła, że było powiadomienie o wykonaniu wyroku, jednak bez podania jakichkolwiek szczegółów. Oczywiście nie było mowy o tym, żebyśmy mogli zająć się zwłokami, bo te były w jakichś tajemniczych okolicznościach wywiezione. Zginęli wszyscy „zaporczycy” z wyjątkiem mec. Władysława Siła-Nowickiego, z którym mama po jego wyjściu z więzienia w 1956 r. często się spotykała. Był dla nas cennym źródłem informacji, mimo że za wiele na temat brata mamy nie mówił.

Szukaliście miejsca pochówku?

– Szczerze mówiąc – nie. Wyjechałem z Polski, mając 21 lat i długi czas nie było mnie w kraju. Właściwie dopiero na początku lat 90. dowiedziałem się, że istnieje prawdopodobieństwo, iż wujek i inni pomordowani na Rakowieckiej spoczywają na Łączce. Wtedy oczywiście sprawa zaczęła nabierać tempa. Brat mamy został także później pośmiertnie zrehabilitowany. Po straceniu Jerzego Miatkowskiego właściwie cała rodzina mojego dziadka Józefa Miatkowskiego, który pracował przed wojną i po wojnie w Ministerstwie Skarbu i Ministerstwie Finansów jako radca prawny, została zmuszona do opuszczenia Warszawy i zamieszkała w rodzinnym domu w Jabłonnie pod Warszawą. Dopiero w czasie odwilży w 1956 r., kiedy wyrok sądu wojskowego skazujący wujka na karę śmierci został uznany za bezprawny, dziadkowi pozwolono wrócić do Warszawy.

Jabłonna to także miejsce urodzenia Jerzego Miatkowskiego.

– Tak, tu urodził się Jerzy. Dziadek jednak był warszawiakiem, nie wiem od ilu pokoleń, i przed wojną mieszkał w stolicy. W Warszawie zarówno Jerzy, jak i moja mama spędzili cały okres przed okupacją i podczas wojny. Mama, Wanda Matuszyńska, żołnierz AK, była dwa lata starsza od wujka, który w chwili wybuchu wojny miał 16 lat. W czasie Powstania Warszawskiego była łączniczką w batalionie „Wigry” AK na Starym Mieście, jej brat walczył w Śródmieściu. To spowodowało, że właściwie w czasie samych działań powstańczych nie spotkali się ze sobą. Mama poznała wtedy mojego ojca, Edwarda Matuszyńskiego, starszego od niej o siedem lat, który również brał czynny udział w Powstaniu. Przez pewien czas jako dowódca oddziału bronił katedry warszawskiej. Po powstaniu Jerzy przepadł. Zarówno mama, jak i dziadkowie nie wiedzieli, co się z nim stało, aż do momentu jego powrotu gdzieś pod koniec 1946 roku. Okazało się, że dostał się do obozu jenieckiego Lamsdorf w Niemczech, do stalagu 344. Wydostał się z niego po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów. Po powrocie do Polski wujek związał się z ruchem antykomunistycznym, podobnie jak wielu innych patriotów tym okresie.

Wstąpił do oddziału mjr. Hieronima Dekutowskiego, którego został wkrótce adiutantem.

– To prawda. Wujek wrócił z obozu w czasie, kiedy oddział „Zapory” działał dosyć intensywnie na terenie Lubelszczyzny. Potem nastąpiła słynna amnestia, która skończyła się tym, że wiele osób dalej było represjonowanych. „Zapora” wraz ze swymi podkomendnymi podjął decyzję przedostania się na Zachód. Niestety, ktoś doniósł o akcji i wpadli na terenie Dolnego Śląska, gdzieś w okolicy Nysy. Zostali aresztowani i byli w bestialski sposób przetrzymywani – najpierw w zamku będzińskim, a potem w więzieniu mokotowskim. Wojna się skończyła, lecz tak naprawdę dla nich trwała dalej. Jerzy jedną trzecią życia spędził albo na frontach, albo w więzieniu.

Tuż przed próbą wyjechania na Zachód zdołał jeszcze pożegnać się z rodzicami.

Pana matka często wspominała brata?

– Tak, przywoływała najczęściej okres przedwojenny. Była muzycznie uzdolniona, twierdziła więc, że wujek miał bardzo ładny głos i słuch absolutny. Mówiła też, że był przemiłym człowiekiem. Pamiętam, jak kiedyś powiedziała: „Miałbyś wspaniałego wujka”. Zachowało się bardzo ładne zdjęcie, które miałem okazję przekazać ostatnio do IPN, na którym mama wraz z bratem klęczą razem przy świeżo usypanym grobie w czasie pogrzebu około 1943 roku.

Trudno mi wypowiadać się na temat walorów żołnierskich wujka. Wiem, że służył w patrolu por. Jana Szaliłowa „Renka”, to był znany oddział WiN, który odznaczał się brawurowymi akcjami na Lubelszczyźnie. Zresztą tak samo jak oddział „Zapory”, który przeprowadził około 80 akcji bojowych z prawdziwego zdarzenia. Dekutowski planował nawet odbicie więzienia mokotowskiego, w którym potem wszyscy tragicznie zginęli. To był człowiek fantastycznie przeszkolony jako cichociemny. Trudno mi powiedzieć, czy na awans na adiutanta „Zapory” wpłynęły jakieś zasługi militarne wujka, na pewno przypadli jednak sobie do gustu.

Zachowały się po nim jakieś pamiątki?

– Stara skórzana torba kawaleryjska, z którą mama widziała wujka w okresie przed Powstaniem Warszawskim, ponadto jakieś drobiazgi, papierośnica, list i trochę zdjęć. Jedno bardzo ładne sprzed wojny z okresu gimnazjalnego i drugie tuż po wyzwoleniu obozu w Lamsdorfie w mundurze amerykańskim. Na tych zdjęciach wygląda bardzo poważnie, patrząc na nie, myślałem, że miał wtedy około 30 lat.

To Pan oddawał materiał genetyczny do badań?

– Tak. Moja mama zmarła w 2010 roku. Wcześniej, w 2007 r., nie była już nawet w stanie wziąć udziału w uroczystości pośmiertnego odznaczenia Jerzego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Mama przed śmiercią dostała jednak jeszcze jakieś materiały dotyczące samej Łączki i procesu poszukiwawczego, a do mnie przyszedł list ze Szczecina w sprawie materiału genetycznego. Wysłałem materiał do badań z zagranicy i później byłem w stałym kontakcie z IPN i Pomorskim Uniwersytetem Medycznym w Szczecinie.

Miał Pan pewność, że wuj zostanie odnaleziony?

– Pewności nie, ale miałem nadzieję. Jakieś dwa tygodnie przed uroczystością wręczenia not identyfikacyjnych w Belwederze otrzymałem telefon. Zadałem tylko jedno pytanie: „Czy dobra wiadomość?”. „Tak, dobra, wszystko skończyło się pozytywnie i został zidentyfikowany” – usłyszałem.

Sama uroczystość była bardzo wzruszająca. Wstrząsające było dla mnie obejrzenie szczątków brata mamy na cmentarzu Północnym, gdzie te trumienki są przechowywane. Wystawiono je w kaplicy przycmentarnej, uczestniczyliśmy także w pięknej Mszy Świętej. Pamiętam, że ksiądz, który ją odprawiał, powiedział wtedy, że „te nieludzkie sprawy wreszcie mają jakiś kres”. Ta uroczystość w Belwederze była swoistą klamrą zamykającą pewne sprawy.

Gdzie pochowa Pan „Zawadę”?

– Powiem szczerze, że osobiście chciałbym, żeby spoczął w rodzinnym grobie na cywilnych Powązkach, obok swoich rodziców i siostry. Wiem, że na pewno taka byłaby wola zarówno dziadka, jak i mojej mamy. Nie jestem jednak przeciwny jakiejś zbiorowej formie upamiętnienia tej tragedii na samej Łączce powązkowskiej.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler