• Czwartek, 23 kwietnia 2026

    imieniny: Wojciecha, Jerzego

Kampania pozamerytoryczna

Środa, 21 maja 2014 (21:25)

Kampania wyborcza do europarlamentu jest zawsze specyficznym typem „święta demokracji”, tzn. w większości przypadków charakteryzuje się bardzo nikłą frekwencją wyborczą i takiej należy się spodziewać. Przedwyborcze sondaże mówiące nam o przekroczeniu raptem 20-procentowego cenzusu wyborczego są całkiem racjonalne. Wynika to po prostu z tego, że ogół obywateli nie widzi realnego związku pomiędzy wyborami do europarlamentu a codziennością, doświadczaniem życia z jego problemami. Stąd też wybory do PE są w większym stopniu probierzem poszczególnych partii politycznych – bardziej wiarygodnym niż same sondaże przedwyborcze i w tych kategoriach należałoby to oceniać.

Przyjrzyjmy się kwestii różnicowania kampanii. Charakterystyczna jest odmienność kampanijna, a więc to, że Prawo i Sprawiedliwość we wszelkich wyborach przede wszystkim wykorzystuje swoje struktury oddolne. To, że PiS prowadzi intensywną ekspansywną wręcz kampanię lokalną świadczy o sile lokalnych struktur partyjnych. Tymczasem to, że Platforma Obywatelska scentralizowała kampanię wyborczą, w dużej mierze będąc nieobecną na poziomie lokalności (pojawiała się tam bardzo okazjonalnie), świadczy przede wszystkim o tym, że faktycznie PO posiada słabe struktury lokalne. Platforma ma jakiś bardzo konkretny problem organizacyjny i personalny właśnie na poziomie samorządów.

Druga rzecz to taka, że ta kampania w dużej mierze była niewidoczna, tzn. nie zastosowano takich strategii wyborczych, które w „normalnej” kampanii, czyli tej elementarnej – powiedzmy - urzędowej czy nawet tej prezydenckiej, się stosuje. Znaczy to instrumentarium kampanijne było wybiórcze. Raczej posiłkowano się wsparciem poszczególnych autorytetów, a więc udzielaniem niejako wiarygodności i zaufania dla kandydatów, natomiast nie wykorzystano tak naprawdę w ogóle tego, co jest siłą przewodnią kampanii, mam na myśli spoty polityczne. Częstokroć mówi się, że obecnie politykę uprawia się przed telewizorami. Nawet istnieje takie anglosaskie sformułowanie „living room politics″, a więc ludzie w większym stopniu dookreślają przed telewizorami swoją opinię, jeśli chodzi o preferencje polityczne.

W tej kampanii spoty polityczne nie istniały. Dopiero pod koniec kampanii tak naprawdę w ogóle stały się elementem jakiegoś dyskursu oceny bardziej radykalnych opinii, począwszy od pani prof. Pawłowicz, a skończywszy na komentatorach i dziennikarzach różnego typu opcji. Telewizja była obszarem czystym względem szczątkowego prezentowania spotów politycznych. One bardzo okazjonalnie się ukazywały w różnym czasie antenowym. Były oczywiście bardziej zagregowane, więc ta kampania pod tym kątem była inna. Nie była agresywna i nie była tak atakująca pod względem obrazów, ikonografii politycznej.

To, co jeszcze tę kampanię w jakiś sposób może wyróżniać, to tak naprawdę to, że nieustannie śledziliśmy peleton, tzn. oglądaliśmy de facto spory między dwoma głównymi partiami politycznymi. To wskazuje, że polska scena polityczna oparta jest przede wszystkim na PO i PiS.

Ogólnie rzecz biorąc, była to kampania w stylu amerykańskim, charakterystyczna dla systemu dualnego dwupartyjnego, bo mamy do czynienia tak naprawdę ze śledzeniem poprzez sondaże przedwyborcze - powiedzmy - zmniejszania się w tych punktach procentowych przewagi jednego kandydata względem drugiego. I ten dyskurs polityczny był zdominowany przez te dwie partie.

Ogólnie wybory do europarlamentu są pozamerytoryczne, to znaczy wybory w większości przypadków niestety ostatnimi czasy są pozamerytoryczne. Programy polityczne i programy ekonomiczne nie są nadmiernym elementem atrybutu sukcesu bądź klęski. W tym przypadku mam tu na myśli programy poszczególnych kandydatów, którzy reprezentują w końcu jakieś organizacje pozapartyjne, którzy powinni mieć pewną wizję siebie samych w Parlamencie Europejskim i tego, co przez funkcję reprezentacyjną mogliby osiągnąć i jakich zmian mogliby dokonać, jeżeli chodzi o Polskę.

Dr Marcin Zarzecki