1 proc. za wszelką cenę
Poniedziałek, 19 maja 2014 (10:31)Zjazd polityczny nowej lewicy, która niewiele ma wspólnego z walką o prawa kobiet, odsłonił przede wszystkim fałszywą postawę rządzącej koalicji PO – PSL. Przyznam, że dużo groźniejsi są ukryci przeciwnicy Kościoła, rodziny, wolności i swobód demokratycznych oraz obywatelskich niż ci, którzy z Kościołem oficjalnie, programowo walczą. Obydwu kategorii nie można oczywiście ani ignorować, ani bagatelizować, niewątpliwie są niebezpieczne, ale przynajmniej ci ostatni mają odsłoniętą przyłbicę i budzą więcej mojego szacunku niż oportuniści ślizgający się na swoim populizmie. To gorączkowe lawirowanie Donalda Tuska i jego ekipy: a to, aby „księżom się nie kłaniać”, ale na kanonizację Ojca Świętego jeździć, a to, aby wprowadzać antychrześcijańskie i antyrodzinne prawa, by umizgiwać się i łasić do feministek, które w ostatniej chwili się zdradza, świadczy o głębokiej hipokryzji, która, co zrozumiałe, irytuje również środowiska feministyczne. Kongres Kobiet jest traktowany przez lidera PO jako ekscentryczną, choć barwną mniejszość, którą się eksploatuje wyłącznie przed wyborami, a przecież nikt nie lubi być wykorzystywany. Postępowanie farbowanych lisów z PO jest tak czytelne, że aż razi dobry smak i zdrowy rozsądek.
Władza dla władzy
Maskarada populistów odsłania całą miałkość koncepcji zarządzania i włodarstwa PO – PSL. W tej chwili peowski establishment gra o wszystko. Idąc łeb w łeb z największą siłą opozycyjną w wyborach do Parlamentu Europejskiego, dążąc do zwycięstwa za wszelką cenę, Tusk szuka sojuszników. Dlatego wysyła na Kongres Kobiet prezydentową, swoje partnerki polityczne, wreszcie sam pojawia się w błysku fleszy mainstreamowych mediów i z panicznym rozdrażnieniem przyjmuje krytykę, jaka pada z ust działaczek lewej i liberalnej strony, że nic dla ich sprawy jak dotąd nie zrobił, że jego posunięcia to same przymiarki, niespełnione obietnice, zwodzenie.
Dla władzy Tusk zrobi, jak już wiemy po jego osobistej deklaracji, WSZYSTKO. Dlatego w ostatecznym rozrachunku potrzebny jest mu jedynie jeden procent przewagi, aby nie utracić swojego prymatu, instytucjonalnego, ekonomicznego, symbolicznego i psychologicznego. W realizacji tej misji jego ekipa jest w stanie zawrzeć pakt z każdym. Wyzbywając się wszelkich wartości, honoru i polskiej racji stanu, Tusk obieca cuda, góry złota, dobrobyt, a gdyby od tego zależało ostateczne zwycięstwo w kraju i za granicą, byłby w stanie udać się w worze pokutnym i na kolanach do Canossy, aby zdobyć wymarzony jeden procent przewagi nad konkurencją. Ta taktyka sprawdza się od lat, tylko jakoś coraz mniej sprzymierzeńców chwyta ona za serce, stąd, pomimo starań usłużnych mediów, ten jeden procent nie jest już taki oczywisty i w ostatniej chwili może zostać utracony. Donald Tusk wie, że po pierwsze, jeśli przegra, kostka domina porażki zapoczątkuje totalne rozsypywanie się supremacji peowskich elit, po drugie, premier zdaje sobie sprawę, że zwycięscy następcy rozpoczną okres rozliczania baronów i działaczy terenowych ze struktur PO. Tuskowi robi się na tę myśl gorąco, gdyż jeszcze do niedawna szansa na ucieczkę za granicę była w zasięgu ręki, a dziś stanowisko w Komisji Europejskiej przeszło mu obok nosa. A łudził się, że było tak blisko. Niestety, w przeciwieństwie do Tuska, Jean-Claude Juncker jest przyjacielem Angeli Merkel, bo po pierwsze traktowany jest jako równorzędny partner polityczny (niż proniemiecki i probrukselski zleceniobiorca z Warszawy), po drugie, kryzys na Ukrainie ustawił Polskę po niewłaściwej stronie (antyrosyjskiej), co nie mogło się podobać Berlinowi. Zostając w kraju nad Wisłą, Tusk i jego platforma antyobywatelska muszą szukać sposobów na utrzymanie władzy. Walka o jeden procent przewagi jest celem samym w sobie.
Dr Tomasz M. Korczyński