Czołgi pięły się po skałach
Poniedziałek, 19 maja 2014 (02:00)Los każdego z weteranów spod Monte Cassino to fascynująca historia.
– W czasie bitwy miałem 22 lata. Walczyłem jako dowódca czołgu w 6. Pułku Pancernym Dzieci Lwowskich. Uczestniczyłem w zdobywaniu Monte Cassino i wzgórza – twierdzy Piedimonte. Wspomagaliśmy artylerią piechotę. Straciliśmy 17 czołgów z 60. Zginęło 41 moich kolegów, wielu było rannych, w tym siedmiu oficerów, dowódca stracił nogę – opowiada ppłk Marian Tomaszewski z Manchesteru.
Mieli przy zdobywaniu Piedimonte osłaniać piechotę i artylerię hinduską, ale brytyjscy poddani z Indii nie chcieli walczyć pod ostrzałem niemieckich karabinów maszynowych. Polacy pojechali swoimi czołgami sami. Pan Tomaszewski przed wojną mieszkał w Przemyślu. – Bolszewicy aresztowali mnie dlatego, że byłem harcerzem, prowadziłem 7. DH. Stałem 11 listopada [1939] na rynku. To nie była żadna demonstracja, po prostu stałem. Ale ktoś powiedział Sowietom, że jestem harcerzem, i wtedy dwóch cywili podeszło, złapali mnie i zabrali. Zostałem skazany na 5 lat łagru za przynależność do organizacji „faszystowskiej” –wspomina. Był więziony w Kijowie i Charkowie, pracował w kopalni węgla w Karagandzie, skąd udało mu się uciec. Skorzystał z amnestii i trafił do Andersa. Przeszedł cały szlak bojowy 2. Korpusu, aż do Bolonii, za Piedimonte otrzymał Krzyż Walecznych, pod Ankoną został ranny.
Tułaczy szlak
– Po wojnie nie mogliśmy się zdecydować, czy wracać do Polski, czy zostać na Zachodzie. Mojego kolegę, kapitana lotnictwa rodzina z kraju namawiała do powrotu. Wrócił i po dwóch tygodniach go aresztowano. Bez wyroku siedział pięć lat. Więc zdecydowałem, że zostaję –dodaje weteran.
W Wielkiej Brytanii wcale nie było łatwo, kombatanci pamiętają nachalne sugestie, żeby wracali do Polski. Poniżający był dla nich obowiązek regularnego meldowania się w murach ministerstwa spraw wewnętrznych, tak jak podejrzani o jakieś przestępstwa. Polscy żołnierze, którzy ożenili się z Włoszkami, nie mogli nawet przyjechać do Anglii. Wiele takich rodzin trafiło potem do Ameryki Południowej. Jeszcze większą gorycz budziło niedocenienie ich trudu. Żaden polski oddział nie uczestniczył w defiladzie zwycięstwa w Londynie, nie wspominając już o znanej postawie Churchilla w Teheranie i Jałcie. Rozjechali się po całym świecie.
Większość obecnych wczoraj na cmentarzu Monte Cassino to nie weterani, ale ich bliscy. Podporucznik Zofia Górska-Szyman też ewakuowała się z ZSRS razem z Andersem, ale w Palestynie zdecydowała o wstąpieniu do lotniczej służby zdrowia i przerzucono ją do szpitala wojennego RAF w Szkocji. O Monte Cassino walczył za to jej ojciec i przyszły mąż. Ojciec st. sierż. Józef Górski był już weteranem I wojny światowej, mieszkał w Adampolu pod Nowogródkiem. NKWD aresztowało go w 1939 roku. – Wkrótce przyszli i po mnie, siedemnastoletnią dziewczynę. Wzięto mnie na Syberię razem ze starą babcią –opowiada pani Zofia. Z ojcem w trakcie ewakuacji przez Persję i Irak nie spotkała się. Przeszedł on cały szlak bojowy 2. Korpusu, a po wojnie zamieszkał w Anglii. Tak samo jak mąż pani Zofii, kpt Ignacy Szyman, ranny podczas zdobywania góry.
Z okazji 70. rocznicy w Cassino odsłonięto obok Muzeum Historycznego Bitwy o Monte Cassino popiersie gen. Władysława Andersa. Natomiast na wzgórzu wreszcie powstało niewielkie muzeum poświęcone zwycięstwu 2. Korpusu. Zaprojektował je architekt Pietro Rogacieniuk, syn uczestnika bitwy i Włoszki z Cassino. Przez całe 70lat był tu tylko cmentarz i pomnik. Jedyną informację historyczną stanowiła skromna tablica przy liście nazwisk pochowanych. Trudno, żeby na tej podstawie słabo zorientowani w historii zwiedzający dowiedzieli się, o co tak naprawdę chodziło w tej bitwie. –Chcieliśmy pokazać Polakom, a przede wszystkim obcokrajowcom, którzy tu przyjeżdżają, głównie Włochom, skąd wynikła cała ta sytuacja, skąd ten cmentarz. Oni często myślą, że to byli jacyś najemnicy, nie znają historii. Dlatego osią tej wystawy jest mapa z konturami Europy, Azji i Afryki, pokazująca tę odyseję żołnierzy 2.Korpusu – tłumaczy Jarosław Kłaput, twórca wystawy.
Ekspozycja pokazuje nie tylko bitwę, ale przypomina historię wojny z perspektywy polskiej, rzadko znajdującej zrozumienie na Zachodzie: wybuch wojny, niemiecka i sowiecka okupacja, wywózki na Wschód, łagry, ciężki szlak przez Persję, Irak i Palestynę do Egiptu i Włoch, wreszcie sama bitwa, a na końcu konsekwencje wojny –Jałta i podział Europy na dwa bloki. Muzeum ma też działać na emocje, poruszać: –Rozkaz (odezwa) gen. Andersa do żołnierzy przed bitwą jest tak napisany, że dziś żaden polityk czy dowódca nie byłby w stanie tak przemówić w prostych żołnierskich słowach, dlaczego walczymy, kto i co nam zrobił i za co kładziemy tu głowy – wyjaśnia Kłaput.
Co ciekawe, z inicjatywą stworzenia wystawy nie wyszła żadna instytucja krajowa, lecz Związek Polaków we Włoszech. Pierwszy na ten pomysł wpadł Mieczysław Rasiej, weteran bitwy i wieloletni prezes, zmarł w 2010 roku. Rodzina Rasiejów rozproszyła się po całym świecie, mieszkają w Polsce, Włoszech, Afryce. Z USA przyjechał brat Mieczysława – Kazimierz Rasiej. Razem wyszli z ZSRS i dotarli do Palestyny. Kazimierz chciał wstąpić do lotnictwa, więc trafił do szkoły pilotów bombowców w Anglii. Nie wziął już udziału w żadnej bitwie, gdy skończyła się wojna miał wylatane 300 godzin lotów treningowych. Mieszka w New Jersey, przez wiele lat był prezesem Polskiego Związku Weteranów Lotników w USA.
Wśród bliskich weteranów szczególną rolę pełni córka gen. Andersa Anna Maria. – Jestem przede wszystkim dumna. Bez tej bitwy świat w ogóle by nie pamiętał o Polakach – twierdzi pani Anna. W rozmowie z „Naszym Dziennikiem” od bitwy przechodzi do sprawy niepodległości. – Szkoda, że ojciec nie doczekał Polski wolnej. On zawsze w tę wolną Polskę wierzył. Do końca miał w sobie tę bojowość. Dziś też trzeba walczyć, żeby Polska była Polską, żeby Polacy żyli godnie, żeby byli szanowani, żeby im się dobrze wiodło i byli z siebie dumni. Cieszę się, że jest tu dużo młodzieży. Rolą naszego pokolenia jest dbanie o to, żeby młodzież w Polsce i z całego świata nie zapomniała, co znaczy być Polakiem – wskazuje Anna Anders.
Piętno zdrady
Ksiądz Marian Burniak TChr, jeden z założycieli i honorowy prezes Związku Polaków we Włoszech, pamięta obchody 20. rocznicy bitwy w 1964 roku. Doświadczenie zdrady zachodnich aliantów było wówczas bardzo żywe. – Wtedy wyglądało to zupełnie inaczej, było wielu uczestników bitwy, generalicja, sam gen. Anders był jeszcze w pełni sił. Żył jeszcze abp Józef Gawlina, wtedy lider Polonii. Wtedy była to emigracja niepodległościowa. Myślano o wolnej Polsce, o przyszłej wojnie, zastanawiano się, ile będzie trwał komunizm. Anders przemawiał bardzo odważnie, bojowo, mówiąc o sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po wojnie – wspomina kapłan.
Dziś tej goryczy jest już mniej. W historycznych pojazdach przyjechali rekonstruktorzy, mają wyremontowane amerykańskie samochody wojskowe z czasów wojny –wszystkie sprawne – mundury, broń.
– Odtwarzamy wszystko, co jest związane z działaniami wojskowymi w czasie drugiej wojny światowej, tu mamy pojazdy, których używano w czasie bitwy, mundury 2. Korpusu – mówi Piotr Derewicz z Lubelskiej Grupy Rekonstrukcyjnej Front. Robią to, poświęcając własny czas i pieniądze. – To nie tylko hobby, ale też forma wyrażania patriotyzmu, edukacji. Udzielamy się w szkołach, występujemy podczas świąt państwowych i rocznic historycznych. Kiedy pokazuje się historię tak namacalnie, jest ona bardziej atrakcyjna, wtedy też do młodych ludzi lepiej przemawiają wartości patriotyczne – dodaje współtwórca ekspozycji pojazdów i broni z 1944 roku.
Odbyło się wiele zawodów sportowych. Co roku uniwersytet w Cassino urządza turniej szermierczy dla drużyn z państw, które walczyły w bitwie. Czasem przyjeżdżają nawet szabliści z Niemiec. W tym roku nie dojechała Nowa Zelandia i Francja, ale reprezentujący Polskę klub Flesz Świdnica z Zielonej Góry zajął trzecie miejsce. Największym przedsięwzięciem sportowym był bieg z miasta pod bramę opactwa. Trasa liczyła 10 km, podczas których biegacze pokonywali 480 metrów różnicy wysokości. Najlepszym zajęło to tylko pół godziny. Wygrał Marokańczyk, za nim Kenijczyk, najlepszy z Polaków był trzeci.
Sztafeta pokoleń
Poza kombatantami najważniejsi w tym roku na Monte Cassino byli harcerze. Przyjechało ich ponad półtora tysiąca. Obóz rozbili przy opactwie. Podczas uroczystości oficjalnie weterani przekazali harcerzom swoje sztandary, a z nimi tradycję i dziedzictwo pamięci oraz zaszczyt opieki nad cmentarzem. Dla wszystkich jest jasne, że w tym roku mamy praktycznie ostatnią szansę na spotkanie pokoleń przy okrągłej rocznicy bitwy. – To, że harcerze przejmują służbę w miejscach pamięci narodowej i ważnych dla Polaków, wymyślił już Andrzej Małkowski, twórca polskiego harcerstwa. My trzymamy się tej tradycji – tłumaczy podharcmistrz Aleksandra Tasz. Dla skautów historia i elementy militarne to forma wychowania. –Skupiamy się na pamięci, żebyśmy się nie stali Narodem bez tożsamości. Przykład patriotycznej ofiarnej postawy ludzi, którzy tu, na nie swojej ziemi, ginęli za swoją ziemię i o lepszą Polską to także coś, co od razu daje się zastosować w pracy wychowawczej. To naturalne w harcerstwie, że o tej polskości się mówi i myśli, i nią żyje –dodaje druhna.
Inicjatywy upamiętniające bitwę i jej bohaterów podejmują także inne organizacje patriotyczne. –W tym roku organizujemy Rok Żołnierzy Tułaczy poświęcony przede wszystkim 2. Korpusowi. Są tu zwycięzcy licealnego konkursu poświęconego bitwie o Monte Cassino – mówi Elżbieta Lisowska z Fundacji Niepodległości w Lublinie. Przyjazd na Monte Cassino był nagrodą w konkursie.
Jeden z laureatów, Aleksander Świeszewski, uczeń drugiej klasy liceum w Gdańsku, opisał mało znaną postać przedwojennego senatora Władysława Kamińskiego. To legionista, bohater wojny polsko-bolszewickiej (dwa krzyże Virtuti Militari, cztery Krzyże Walecznych), następnie uczestnik konspiracji w Wilnie. Po brutalnych przesłuchaniach na Łubiance trafił do armii Andersa, a zginął w walkach w pobliżu Monte Cassino. Monika Smyk z Zespołu Szkół im. Władysława Grabskiego w Lublinie pisała o patriotyzmie w punktu widzenia współczesnej młodzieży. – Ja porównałam Polskę do matki. Chociaż czasem się na nią denerwujemy, to zawsze jest naszą matką, ona nas żywi i wychowuje. Nigdy się o matce nie zapomina – mówi.
Piotr Falkowski, Monte Cassino