Tusk naraża Polaków na niebezpieczeństwo
Czwartek, 15 maja 2014 (22:15)Z Tomaszem Porębą, posłem Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
W telewizji widzimy ostatnio zatroskaną minę premiera Tuska, który z przejęciem mówi o zagrożeniach powodziowych, które mogą być skutkiem niesprzyjającej pogody. Co Platforma Obywatelska i premier zrobili, żeby sytuacja sprzed 4 lat się nie powtórzyła?
– Niestety, premier Donald Tusk w tej sprawie, delikatnie mówiąc, mija się z prawdą. Z informacji samorządu województwa podkarpackiego wynika, że skala zaniedbań dotycząca zabezpieczeń przeciwpowodziowych jest tutaj bardzo duża. Mimo wielu apeli rząd nie tylko nie zajął się tym problemem, ale podjął decyzje, które nie wpłyną pozytywnie na zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańców. Dość powiedzieć, że kilka tygodni temu rząd PO – PSL uchylił „Program ochrony przed powodzią w dorzeczu górnej Wisły”, a także zlikwidował funkcję pełnomocnika rządu ds. tego programu. Oznacza to, że nasze województwo straci 25 milionów złotych, które miały zostać przeznaczone na inwestycje przeciwpowodziowe.
Jaki jest stan wałów przeciwpowodziowych chociażby na Podkarpaciu po 7 latach rządów PO – PSL?
– Stan wałów przeciwpowodziowych pozostawia wiele do życzenia, niepokój budzi też ich brak tam, gdzie powinny być od dawna, a wciąż ich nie ma. Najlepszym dowodem sprawności istniejących wałów jest liczba powodzi, które w ostatnich latach nawiedziły nasz kraj i Podkarpacie. Pokazuje to, że nie wyciągnięto odpowiednich wniosków z kolejnych klęsk, a można było zrobić w tym zakresie zdecydowanie więcej. Zamiast tego skreślono szereg projektów przeciwpowodziowych – kilkanaście z nich dotyczyło właśnie Podkarpacia.
Które z projektów przeciwpowodziowych przygotowanych przez PiS rząd Tuska skreślił?
– W 2008 r. rząd Donalda Tuska wykreślił z listy projektów większość inwestycji przeciwpowodziowych przygotowanych przez rząd PiS i śp. Grażynę Gęsicką. Jedną z pierwszych decyzji podjętych przez minister Bieńkowską było wykreślenie wielu podkarpackich projektów, jak np. budowa zbiornika Kąty-Myscowa. Gdyby ta inwestycja nie została skreślona, dziś jej realizacja dobiegałaby końca i ludzie nie musieliby z obawą spoglądać w niebo i zastanawiać się, czy kolejne opady nie sprawią, że znów będą musieli uciekać ze swoich domów, patrząc, jak dorobek ich życia pochłania woda. Tymczasem wiemy dziś, że budowa zbiornika Kąty-Myscowa zakończy się w bliżej nieokreślonej przyszłości. To wielki błąd, bo zbiorniki retencyjne obok wałów przeciwpowodziowych są niezwykle ważne, mogą bowiem zatrzymać bądź spłaszczyć falę powodziową, ratując ludzi i ich dobytek.
Wszyscy pamiętają autopromocję na wałach np. w Sandomierzu, jaką w 2010 r. zrobił sobie premier Tusk, zresztą nie gorszyą od wówczas jeszcze kandydata na prezydenta Bronisława Komorowskiego, który „zasłynął” stwierdzeniem, że „woda ma to do siebie, że się zbiera i stanowi zagrożenie, a potem spływa do Bałtyku”. Dziś znów mamy do czynienia z laniem wody i to niekoniecznie tej z nieba…?
– Mam wrażenie, że Donald Tusk oraz cała ekipa PO specjalizują się właśnie w tym – w laniu wody i robią to nieprzerwanie od siedmiu lat. W tym czasie Polska niejednokrotnie zmagała się z klęską powodzi. Nie wyciągnięto żadnych wniosków, nie uznano, że zabezpieczenie przeciwpowodziowe winno być priorytetem rządu. Natomiast jeżeli porównamy ilość wypowiedzianych słów, złożonych obietnic czy przyrzeczeń z rzeczywiście podjętymi działaniami, otrzymujemy naprawdę przerażający wynik.
Czy Polski nie stać na kompleksowe zabezpieczenia przed tego typu wydarzeniami?
– Polskę – tak, rządu PO – nie. Proszę pamiętać, że istnieją nawet przepisy unijne dotyczące zabezpieczenia przed skutkami powodzi i opadów. Tyle że polski rząd nie zrobił nic, żeby je wprowadzić w życie. Pierwsze ostrzeżenie Komisja Europejska wysłała Polsce w tej sprawie w 2010 r., jednak bez rezultatu. W 2013 r. w liście do Ministerstwa Środowiska oraz Ministerstwa Rozwoju Regionalnego urzędnicy w Brukseli napisali m.in., że „Polska zupełnie nie wykorzystała możliwości, by rozwinąć zintegrowane podejście do zarządzania wodami”. Zamiast tworzyć całościową strategię, z niezrozumiałych względów rząd przygotowywał plany regionalne, które po reakcji Komisji Europejskiej musiał na gwałt scalać ze sobą, co z pewnością nie będzie nawet w połowie tak efektywne, jak gruntownie przemyślane podejście. Wszystko to przypomina zabawę, tymczasem bezpieczeństwo ludzi nie może być przedmiotem zabawy czy gry w żadnych okolicznościach. Przecież te zaniechania mogą kosztować wielu Polaków utratę nie tylko dobytku, ale nawet życia! My tymczasem mamy kolejny dowód na to, że PO nie jest w stanie myśleć strategicznie i przyszłościowo, tylko zajmuje się tym, co zawsze – gaszeniem pożarów, zamiast zapobieganiem im.
Mamy do czynienia ze świadomym zaniechaniem?
– Świadome zaniechanie w tak ważnej sprawie zupełnie nie mieści mi się w głowie, ale nie jestem w stanie znaleźć innego wytłumaczenia. Zwłaszcza że rząd otrzymał już w tej sprawie żółtą kartkę od Komisji Europejskiej cztery lata temu. Wprawdzie są pewne niemrawe próby ratowania sytuacji, jak np. Projekt ISOK (Informatycznego Systemu Osłony Kraju), jednak jego budowa została rozpoczęta dopiero z końcem sierpnia 2013 r. Gdyby rząd zareagował po pierwszym upomnieniu Komisji Europejskiej – bo nie ma co wspominać o reakcji z własnej inicjatywy – dyrektywę przeciwpowodziową przyjęto w październiku 2007 r., było więc sporo czasu na działanie – system zintegrowanego zarządzania wodami byłby już ukończony lub w zaawansowanym stadium, a tak jesteśmy wciąż w lesie.
Jakich działań oczekiwałby Pan ze strony rządu?
– Doraźnie – przyspieszyłby pracę nad budową systemu ochrony przeciwpowodziowej. Ogólnie – zamiast jedynie reagować na problemy – a i to nie w każdym przypadku – zacząłbym wreszcie sumiennie i metodycznie podchodzić do swoich obowiązków, myśląc o Polsce przyszłościowo, w perspektywie wieloletniej – a nie tylko do najbliższych wyborów.
Dziękuję za rozmowę.