Powrót Dowódcy
Środa, 14 maja 2014 (02:00)Z kpt. Stanisławem Błasiakiem, emerytowanym pilotem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Do Polski wróciły prochy Zdzisława Krasnodębskiego. Znał Pan pierwszego dowódcę legendarnego Dywizjonu 303?
– Samego płk. Krasnodębskiego nie znałem, bo zmarł w 1980 r. w Kanadzie, ale przyjaźniłem się przez wiele lat z jego żoną, która zmarła w 2006 r. w wieku 97 lat. Zdzisław Krasnodębski urodził się w miejscowości Wola Osowińska w gminie Borki blisko Radzynia Podlaskiego. Tam jego ojciec był plenipotentem w majątku. Zdzisław nie mieszkał tam długo, wkrótce przeniósł się do Warszawy, gdzie po szkoleniu i dłuższym lataniu został mianowany dowódcą 1. Pułku Lotniczego. Przed samą wojną zajmował się m.in. ochroną wschodniej granicy, latając m.in. z płk. Urbanowiczem. Zdarzało się, że Rosjanie zapuszczali się za naszą granicę i Krasnodębski musiał ich ścigać. W czasie takiego pościgu zestrzelił jeden z tych samolotów.
Co robił po wybuchu wojny?
– Dowodzony przez niego dywizjon walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. w składzie Brygady Pościgowej. 3 września Krasnodębski został zestrzelony w rejonie Warszawy. Ratował się skokiem ze spadochronu. Niemiec nie odpuszczał i próbował go zestrzelić, jednak na szczęście jeden z naszych pilotów, widząc tę sytuację, ubezpieczał go i wylądował szczęśliwie. Mimo odniesionych ran wrócił do eskadry, z którą przekroczył granicę rumuńską i przedostał się do Francji, a później do Anglii. Mam w domu jego książkę lotów zarówno francuską, jak i angielską. Krasnodębski był twórcą Dywizjonu 303 i jego dowódcą. Ten najsłynniejszy polski dywizjon wykazał się najwspanialszymi wynikami, jeżeli chodzi o ilość zwycięstw w czasie II wojny światowej. Podczas bitwy o Anglię odniósł ich aż 126. Następny dywizjon angielski miał 102 zestrzelenia, a pozostali już znacznie mniej. 6 września 1940 r. Zdzisław Krasnodębski ponownie został zestrzelony podczas walki, między Hextable a Wilmington. Ciężko poparzony trafił do szpitala.
To prawda, że odwiedził go wtedy osobiście gen. Władysław Sikorski?
– Tak, i wręczył mu Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari. Gdy Krasnodębski wyzdrowiał, został wysłany do Stanów Zjednoczonych wraz z późniejszym generałem Urbanowiczem. Po powrocie ze Stanów został w 1943 r. szefem szkolenia. Do 1948 r. był w Wielkiej Brytanii, później zdecydował się popłynąć do Afryki Południowej wraz z płk. Stanisławem Pietraszkiewiczem. Przebywał tam trzy lata, pracując jako kierowca. W 1951 r. trafił do Kanady, gdzie pracował w firmie związanej z telewizją. Mówiąc o dokonaniach Dywizjonu 303, warto wspomnieć o małżeństwie Amerykanów – korespondentów wojennych – Lynne Olson i Stanleyu Cloud, którzy gdy dowiedzieli się, że najlepszym dywizjonem w bitwie o Anglię był dywizjon polski, zainteresowali się tym mocniej i napisali słynną książkę „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski. Zapomniani bohaterowie II wojny światowej”. Krasnodębscy to byli szlachetni ludzie i wielcy patrioci. Na początku lat 30. połączyła ich wielka miłość. Mam nawet papierośnicę, na której napisane jest „Zdzisiowi Wandek”. Krasnodębski bardzo walczył o Lwów i marzył, że w końcu kiedyś wróci do Polski. Choć nie był lwowiakiem, latał do Lwowa i tam się też szkolił.
Kiedy poznał Pan Wandę Krasnodębską?
– Wiele lat temu, gdy latałem za ocean. Starałem się wówczas nawiązać kontakty z osobami tam żyjącymi, które miały styczność z lotnictwem. Były one zorganizowane w tzw. Skrzydłach, które gromadziły sporo kombatantów, pilotów, nawigatorów, mechaników, a także kobiet pełniących służbę pomocniczą, z których wiele było żonami lotników. Kontaktowałem się z tymi ludźmi i brałem żywy udział w ich życiu. Na pogrzebie Krasnodębskich będzie przynajmniej kilka osób z tzw. Skrzydła nr 430 Warszawa. Pani Wanda była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim, po wojnie próbowała dostać się do męża. Trzykrotnie uciekała przez granicę, była dwa razy łapana, za trzecim razem udało się jej przedostać do Anglii, skąd popłynęli razem do Afryki, a później do Kanady. Nie mieli żadnej rodziny w Polsce ani dzieci. Wandą Krasnodębską opiekowała się wówczas przez wiele lat Jean Synos, która jako mała dziewczynka przyjechała do Kanady. Pani Wanda ustanowiła ją wykonawczynią jej testamentu.
Zaznaczyła w nim, że chce być pochowana z mężem w Polsce?
– Gdy umarł Zdzisław Krasnodębski, w Polsce panował komunizm. Krasnodębscy nie brali w ogóle pod uwagę, by ich chowano w Polsce. Nie o taką Ojczyznę walczyli, chcieli innej Polski. Mąż pani Wandy został więc pochowany w Toronto i ona również chciała być przy nim. Dlatego pani Synos była przeciwna ich sprowadzaniu. W końcu jednak wyraziła na to zgodę, o co ją wraz z innymi działaczami polonijnymi prosiłem. Tłumaczyłem jej, że niedługo, gdy starsi Polacy mieszkający w Toronto umrą, nie będzie komu dbać o ich grób. Dziś państwo Krasnodębscy spoczną na Powązkach Wojskowych w kwaterze lotników.
Zostały mi po nich niewielkie pamiątki. Wśród nich m.in. kordzik Krasnodębskiego, wspomniane książki lotu i sporo drobnych dokumentów i zdjęć. Jestem też właścicielem wszystkich orderów pułkownika Krasnodębskiego, ale te znajdują się na Jasnej Górze. Kilkanaście lat temu pani Krasnodębska złożyła je tam wraz z mundurem męża, by przetrwały w tym miejscu do momentu, aż Polska będzie wolna. I tam już pozostały.