• Czwartek, 23 kwietnia 2026

    imieniny: Wojciecha, Jerzego

Zgrana karta Tuska

Poniedziałek, 12 maja 2014 (16:14)

Z dr. Marcinem Zarzeckim, socjologiem polityki, rozmawia Marta Milczarska

 

Trwa kampania przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Jakby ocenia Pan jej przebieg?

– Wybory do Parlamentu Europejskiego mają zupełnie inną specyfikę niż wybory parlamentarne, prezydenckie czy samorządowe. To takie wybory, które nie są odbierane jako istotne dla społeczeństwa. Polacy nie czują, aby nasi przedstawiciele w europarlamencie mieli realny wpływ na sprawy w kraju. To takie wybory, których nie ma. Z podobnego punktu widzenia wychodzą także politycy, dla których pełnia władzy koncentruje się w Polsce. Eurowybory promują raczej osoby o znanych nazwiskach, które bardzo często nie mają wiele wspólnego z polityką czy rządzeniem. Dlatego też jak same wybory, tak i kampania przedwyborcza nie jest priorytetem działań partii politycznych.

Wybory do Parlamentu Europejskiego nie będą zatem sondażem przed wyborami krajowymi?

– To właśnie się zmienia w ostatnim czasie. Poprzednie wybory do Parlamentu Europejskiego z pewnością miały charakter spersonalizowany. To znaczy elektorat głosował na konkretnych polityków, z konkretnym doświadczeniem, niezależnie od ich przynależności partyjnej. Z perspektywy analitycznej obecne wybory będą istotnym probierzem popularności politycznej. Wszyscy śledzimy sondaże, badania posterowe, analizy demoskopowe popularności partii politycznych bądź polityków, widzimy, że są dwie partie dominujące, a ich poparcie jest bardzo zbliżone, zależne od bieżącej sytuacji politycznej czy nawet pojedynczych wydarzeń i konferencji  wyborczych.

Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego pokażą nam realnie – abstrahując od deklaratywnych badań sondażowych – czy znane nazwiska przeważą nad niechęcią do skompromitowanej Platformy Obywatelskiej. Zobaczymy, czy strategia, która wdrażana jest przed wyborami do europarlamentu, okaże się skuteczna. Będziemy mogli stwierdzić, czy budowanie strategii na lęku przed niebezpieczeństwem dominacji Rosji i obecną sytuacją na Ukrainie, ale także na lęku przed wygraną Prawa i Sprawiedliwości, przyniesie zamierzony efekt. Czy może okaże się, że ta karta już się zgrała i należy zastosować zupełnie inną strategię bardziej merytoryczną.

Donald Tusk podczas jednej z konwencji wyborczych powiedział, że od tych wyborów będzie zależało, czy dzieci pójdą do szkoły we wrześniu. Polityka „zastraszania” wyborców nie przynosi efektów i teraz postanowiono rozpocząć ogłaszanie sukcesów, jak choćby przez spot unijny.

– Polityka „zastraszania” oraz demonizowanie oponentów politycznych są skuteczne w bardzo wielu krajach, jak chociażby w Stanach Zjednoczonych. Jednakże trzeba pamiętać, że efekty tej „czarnej kampanii” są krótkotrwałe, czyli jest to karta, którą można zagrać jeden raz i to w ostatniej chwili. Jeśli natomiast nadużywa się ją, wówczas społeczeństwo, niczym od iniekcji, uodparnia się na nią. Mogliśmy zauważyć zresztą w sondażach, że retoryka oczerniania i straszenia  polityką PiS przestała działać. Platforma Obywatelska zaczęła tracić w sondażach. Po czym nastąpił kryzys na Ukrainie, aneksja Krymu i to było z pewnością na rękę rządzącej PO, gdyż w obliczu niebezpieczeństwa naturalną reakcją społeczeństwa jest lęk i niechęć do zmian władz kraju. Miało to jednak krótkotrwały efekt i okazało się, że polityka budowania lęku już nie działa. Co więcej, duże znaczenie ma tu także strategia Prawa i Sprawiedliwości, która pokazuje alternatywę dla reform rządu. Stąd też Platforma zmienia retorykę, chociażby pokazując spot na 10 lat obecności Polski w UE. To naturalna dynamika kampanijna, która musi reagować na bieżące wydarzenia, a nie wdrażać zaplanowane strategie przedwyborcze.

Prawo i Sprawiedliwość zaplanowało kampanię, w której Jarosław Kaczyński w różnych częściach Polski mówi o konkretnych problemach. Platforma Obywatelska oddała pole w tym obszarze? Czego możemy się spodziewać po ostatnich dwóch tygodniach tej kampanii?

– W marketingu politycznym istnieje takie działanie w kampanii przedwyborczej, które polega na skumulowaniu pod koniec kampanii najważniejszych wydarzeń, żeby przekonać jednoznacznie tych nieprzekonanych. Wątpię jednak, by tak wyrafinowana metoda została wykorzystana przez Platformę Obywatelską. Dodam także, że partia Tuska poniosła klęskę w wyborach samorządowych i te struktury nie działają dobrze. Dlatego też Jarosław Kaczyński może polegać na strukturach samorządowych i działać z poziomu niescentralizowanego, zaś struktury regionalne PO znajdują się w tak głębokim kryzysie, że nawet jeśli Tusk chciałby robić to samo co Kaczyński, to nie dość, że byłoby to bardzo nieskuteczne, to jeszcze mogłoby doprowadzić do kolejnych starć polityków Platformy w regionach.

Jednocześnie nie spodziewałbym się, że na te dwa tygodnie przed wyborami kampania Platformy Obywatelskiej nabierze jakiegokolwiek impetu. Po pierwsze, jest już za późno na merytoryczną dyskusję i systemowe działania. Po drugie, będzie ona bazowała na sztywnym, wielkomiejskim elektoracie. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby ten elektorat odwrócił się od obecnie rządzących. Widać to chociażby po badaniach sondażowych, gdzie młodzi mieszkańcy miast mają dość „reform” rządu Donalda Tuska. Elektorat PO zaczyna się łamać. To wynik braku poprawy sytuacji młodych małżeństw czy absolwentów szkół wyższych. Myślę, że będzie też wielu takich wyborców, którzy pójdą do urn w akcie sprzeciwu dla Platformy Obywatelskiej. Bazowanie przez PO jedynie na lęku przed PiS przestało już działać.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska