Skandaliczne hołubienie agresora
Środa, 7 maja 2014 (19:46)Z gen. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Żołnierze Wojska Polskiego asystowali w Braniewie w czasie uroczystości ku czci Armii Czerwonej.
- Nie bardzo wiem, jak określić to, z czym mieliśmy do czynienia 4 maja w Braniewie. Nawet jeżeli określimy to wydarzenie jako objaw głupoty, to musimy się zastanowić, jak daleko ona sięga i co zrobić, żeby do podobnych sytuacji więcej nie dochodziło. Dowodzi to również braku wiedzy historycznej osób, które o tym decydowały. Wystarczyło tylko przywołać w pamięci to, co w końcu nie tak dawno przeżywali nasi ojcowie, a odpowiedź wziąć udział czy nie sama by się nasunęła. Byliśmy państwem, które po II wojnie światowej nie odzyskało wolności, ale de facto ją utraciło. Byliśmy państwem okupowanym, a Armia Czerwona nie przyszła po to, aby wyzwolić Polskę. W tej sytuacji jakakolwiek próba czczenia okupanta jest działaniem wbrew własnemu Narodowi i polskiej racji stanu. Przede wszystkim powinniśmy przestrzegać naszych aktualnych sojuszy i realizować obecne zobowiązania. Powinniśmy także patrzeć na naszą gotowość bojową. Wszelkie hołdy wobec formacji reprezentujących system komunistyczny, sowieckiego agresora są, delikatnie mówiąc, nie na miejscu. Mam nadzieję, że była to tylko zwyczajna głupota jakiegoś lokalnego dowódcy, który być może nie wiedział, gdzie i po co poszedł.
Niestety, wszystko wskazuje na to, że tego typu uroczystości, z udziałem polskich żołnierzy, są tam na porządku dziennym... Tzn. organizowane są one od pięciu lat w wyniku umowy z lokalnymi władzami.
- Żadna umowa nie może zwalniać z przestrzegania pamięci historycznej. Tym bardziej, że wciąż mamy wiele przypadków, gdzie nie potrafimy godnie uczcić tych, którym winniśmy wdzięczność. W przypadku Braniewa hołubimy – choćby poprzez asystę – pamięć agresora. Świadczy to o krótkowzroczności i jest żałosne. Występowałem do Ministerstwa Obrony Narodowej o uczczenie jednego z zapomnianych bohaterów, weteranów II wojny światowej, kawalera Orderu Virtuti Militari płk. pilota Stanisława Sochy, jednego z ostatnich żyjących pilotów Dywizjonu 303. Niestety, mój apel pozostał bez echa. Tymczasem, jak widać, w Braniewie mamy do czynienia z hołubieniem Armii Czerwonej. Być może ktoś ma serce po tamtej stronie albo ulegając zastraszeniu, uważa, że przestrzeganie umów, których notabene druga strona nie przestrzega, jest naszym obowiązkiem. Tak jest w przypadku Braniewa, ale również w przypadku dowódcy 3. Frontu Białoruskiego, bandyty Iwana Czerniachowskiego w Pieniężnie. Niektórzy robią wszystko, żeby przypadkiem nie urazić naszych sowieckich, przepraszam teraz rosyjskich „przyjaciół”.
Będąc w NATO, wciąż jeszcze mentalnościowo tkwimy w poprzednim systemie?
- Niestety, ale tak to wygląda. Wciąż mamy „klub posowieckich generałów”, towarzystwo Ludowego Wojska Polskiego, którzy szlify zdobywali w Moskwie, a których MON wciąż hołubi. Zamiast „produkty” wojskowe dawnej PRL przejść do lamusa, wciąż jeszcze są przypominane, co gorzej – niektórzy z nich, którzy czynnie udzielali się za PRL, teraz chcą dyktować zasady moralności generałom NATO-wskim. Tak czy inaczej kultywowanie takich zachowań czy tradycji jest chichotem historii.
Widzi Pan sposób na rozwiązanie problemu hołubienia agresora?
- Przede wszystkim należy społecznie piętnować przypadki takich zachowań, nagłaśniać je i eliminować z życia i przestrzeni publicznej. To także problem edukacji, która powinna uczyć historii i patriotycznych postaw. Nie może być tak jak obecnie, że brak pamięci o naszych polskich bohaterach, także tych, którzy wciąż żyją czy już odeszli, czy brak godnego uczczenia miejsc pamięci związanych z naszą historią i bohaterami narodowymi kontrastuje z pamięcią o radzieckich okupantach. Takich zapomnianych miejsc naszej historii, które wciąż czekają na godne upamiętnienie, jest bardzo dużo. Szanując siebie nawzajem, dbajmy o naszą przeszłość i nie zachowujmy się tak, jakbyśmy wciąż byli pod okupacją sowiecką i musieli wykonywać polecenia „Wielkiego brata”. Jest to tym bardziej zasadne w obliczu wydarzeń, jakie mają obecnie miejsce na Ukrainie. W tym kontekście przykład z Braniewa brzmi jeszcze bardziej dosadnie. Nie dziwiłbym się żołnierzom, którzy odmówiliby udziału w uroczystościach związanych z czczeniem pamięci sowieckiego agresora. Rozkazy wydawane żołnierzom powinny dotyczyć realizacji zadań służbowych czy bojowych, a nie paradowania czy czczenia kogoś, kto był wrogiem naszego Narodu, którego czcić absolutnie nie należy.
Na przykładzie z Braniewa widzimy dokładnie, że polityka historyczna w Polsce kuleje.
- Kuleje, i to bardzo. Wiedza i polityka historyczna powinny być kultywowane i propagowane chociażby po to, żeby nie tylko znać korzenie, z których wyrastamy, ale także po to, żeby mówić o tym z naszymi NATO-wskimi czy w ogóle międzynarodowymi partnerami. Wiedza historyczna kuleje, a przykłady braków w tej dziedzinie można mnożyć np. wśród polskich polityków, którzy niekiedy nie znają dat chociażby tak ważnych wydarzeń jak Powstanie Warszawskie. Jak tacy ludzie mogą nas reprezentować na arenie międzynarodowej czy dbać o bezpieczeństwo naszego państwa w aspekcie, który wiąże się z zachowaniem naszej narodowej tożsamości. To rzeczywiście w Polsce kuleje. Mamy do czynienia z brakiem wyobraźni, z brakiem wiedzy i tak naprawdę z brakiem znajomości historii. Myślę, że należałoby zacząć od edukacji i uświadamiania naszych decydentów, najlepiej zacząć od interpretacji wiersza „Katechizm polskiego dziecka” Władysława Bełzy rozpoczynającego się od słów: Kto ty jesteś? Polak mały!
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki