Nie dajmy sobie wmówić, że naród to zło
Wtorek, 6 maja 2014 (17:50)Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX w. KUL, rozmawia Marta Milczarska
Ksiądz biskup Kazimierz Ryczan w homilii wygłoszonej w święto Matki Bożej Królowej Polski w bazylice Św. Krzyża w Warszawie w mocny sposób upomina nas, że „narody bez korzeni giną”. Dlaczego tak ważne jest właśnie dzisiaj mówić o niemieckich obozach zagłady czy o sowieckich kolaborantach, tak jak zrobił to ordynariusz kielecki?
– Zagrożenie stalinizmem w XX wieku, które przyszło do nas z narodowosocjalistycznych Niemiec i bolszewickiego komunizmu, było śmiertelne. Ten Naród miał zniknąć. Nie tylko państwo polskie miało zostać zniszczone, ale przede wszystkim zniknąć miał Naród Polski. Tak więc wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób współpracowali z systemem totalitarnym, należy nazwać po imieniu – tak jak zrobił to ks. bp Kazimierz Ryczan, mówiąc o Niemcach, którzy „pobudowali krematoria i zamknęli braci naszych w obozach koncentracyjnych” oraz o sowieckich kolaborantach. Relatywizacja historii jest tak mocna w przestrzeni polskiej polityki współczesnej, prowadzi do niewyobrażalnej demoralizacji. Pamiętajmy, że mówimy o Narodzie, który robił wszystko, by ocaleć. Zatem jeśli ktoś pracował nad tym, by ten Naród rzeczywiście ocalić zarówno od strony biologicznej, jak i kulturowej, nie może być tak samo oceniany jak ten, który sprzymierzał się jako swoista „piąta kolumna” ze stroną niemiecką, ale także jako „piąta kolumna” sowieckiej ideologii. Co więcej, te zdrady na poziomie ideologicznym – jak się to mówi w klasycznej myśli filozoficznej – są o wiele bardziej bolesne i bardziej niebezpieczne od zdrady politycznej.
Skąd to nieustanne poddawanie nas „polityce zapomnienia” czy akceptacja tego, że „w granice nasze wtargnął wróg pamięci narodowej”?
– Z nowej ideologii – nowego marksizmu, w której uznano naród za zagrożenie. Forsuje ona, że naród nie jest potrzebny, by stworzyć „szczęśliwe stany zjednoczone Europy” albo „szczęśliwie zglobalizowany świat”. W tym sensie silna tożsamość narodowa, silnie nabudowane relacje narodowe przeszkadzają w stworzeniu takiego sztucznego bytu. Naturalne jest też, że naród o silnej tożsamości narodowej chce mieć własne, suwerenne państwo – takie, które będzie spełniało wymogi tradycji, kultury, prawa czy religii. W związku z tym ideologia złego internacjonalizmu uznaje naród za czynnik zbędny. Jak jednak zauważamy, takie zakłamywanie polskiej historii, stwierdzanie, że byliśmy „narodem zbrodniarzy”, a nie narodem bohaterów, nie jest takie proste w polskich realiach, ponieważ tutaj zbyt głośno „mówią” groby poległych bohaterów, zbyt głośno mówią świadkowie przeszłości. A jeśli nie da się zakłamać prawdy historycznej, to próbuje się ją totalnie zamilczeć, by przyszłe pokolenia jej nie poznały. I to jest właśnie bardzo groźne, gdyż w perspektywie czasu prowadzi do śmierci narodu.
Ksiądz biskup zwrócił uwagę na problem demokracji, także na „demokrację krymską”...
– Przywołanie przykładu „demokracji krymskiej” pokazuje, że w demokracji formalnie może być wszystko w porządku, ale moralnie stanowi to ogromny problem. I wydaje się, że u nas takich „demokracji” czy głosowań w różnych przestrzeniach, szczególnie na niwie parlamentarnej, jest całkiem sporo. Mam tu na myśli sytuację, kiedy pewne ustawy, programy są przegłosowywane, akceptowane przez większość, ale od strony moralnej są nie do zaakceptowania. Demokracja jest mechanizmem podejmowania decyzji, ale bez zasad moralnych – jak mówił św. Jan Paweł II – prowadzić będzie do totalitaryzmu. Choć będzie ona miała wszelkie oznaki wewnętrznej wolności, to realnie będzie manipulacją i totalną władzą tych, którzy będą posiadać media czy pieniądze.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska