Szczypta talentu i wielka harówka
Sobota, 18 sierpnia 2012 (06:34)Z Tomaszem Majewskim, dwukrotnym mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą, rozmawia Piotr Skrobisz
Kiedy bardziej cieszył się Pan z olimpijskiego złota? W Pekinie, przed czterema laty, czy też w Londynie?
- Zdecydowanie w Pekinie. Tamten sukces był bowiem zaskakujący, nikt nie widział mnie na najwyższym stopniu podium. Szczerze mówiąc, sam sobie sprawiłem niespodziankę, bo nie liczyłem, że wygram. A w Londynie, po cichu, wierzyłem w to, że sięgnę po złoty medal. Broniłem go, a to do czegoś zobowiązuje. W Pekinie wszystko było świeże, nowe, na niesamowitym entuzjazmie. W stolicy Anglii też oczywiście bardzo się cieszyłem, jednak tylko raz zostaje się mistrzem. Potem tylko dołącza się trofea do kolekcji.
Cztery lata temu mógł Pan atakować, teraz musiał bronić. Kiedy jest łatwiej?
- Gdy się atakuje, nie mam wątpliwości. Wtedy człowiek jest spokojniejszy, wszystkich może zaskoczyć. Gdy broni, rywale mają już go rozpracowanego, wiedzą mniej więcej, co się wydarzy albo co wydarzyć się może. Jest trudniej, lecz jak widać nie na tyle, by nie podołać.
Rywale przed Londynem straszyli Pana, odgrażali się, Christian Cantwell wręcz nazwał Pana zwierzyną łowną, na którą zapolują wszyscy konkurenci. Jak Pan na to reagował?
- Ze śmiechem, bo każdy każdego próbował jakoś przestraszyć. Chłopaki się odgrażali, a potem się okazało, że znów ich głowy nie wytrzymały. Szczególnie Amerykanów, którzy na kolejnej wielkiej imprezie nie poradzili sobie z presją. Najlepiej wypadł z nich Reese Hoffa, ale wystarczyło to tylko do trzeciego miejsca. O złoto rywalizowałem z Davidem Storlem, nikt do nas tak naprawdę się nie zbliżył. Słowa to są tylko słowa. Powtórzę to, co powiedziałem zaraz po konkursie. Rywale byli i są ode mnie mocniejsi. Taki Cantwell na dwa tygodnie przed igrzyskami pchnął 22,30 metra. Ja nigdy nie przekroczyłem granicy 22 metrów. Hoffa od początku roku nie przegrał ani jednych zawodów. Ale ponownie ich przechytrzyłem.
Głowa?
- Dokładnie. Na igrzyskach psychika jest równie ważna co przygotowanie fizyczne, może nawet ważniejsza. Mnie udało się zachować spokój, kamienny. Przez pięć i pół kolejki w ogóle się nie denerwowałem, nie stresowałem. Dopiero w końcówce, gdy ważyły się losy złotego medalu i do próby pochodził David, poczułem emocje. Ale poza tym luz, totalny luz.
Skąd się wziął?
- Z doświadczenia. Przygotowywałem się do ich igrzysk, czekałem na nie od dawna, byłem gotowy na wszystko. Czułem, że niezależnie od tego, ile pchną rywale, będę w stanie im odpowiedzieć. Nie miałem jakiejś nadzwyczajnej mocy, jakiejś niebotycznej formy, ale byłem świetnie przygotowany na twardą walkę, dokładnie realizowałem to, co sobie wcześniej założyłem. Chciałem pchać daleko, czekać na ruchy rywali i odpowiadać, kiedy nadejdzie taka konieczność. Tyle.
Brzmi to jak jakaś oczywistość, a przecież igrzyska to emocje, kipiące emocje. Tak łatwo Panu nad nimi zapanować?
- Nie mówię, że łatwo, nie zawsze się udaje. W Pekinie z pewnością było więcej nerwów, tam szalałem, nosiło mnie.
Cztery lata temu już po eliminacjach wiedział Pan, że będzie dobrze. A teraz?
- Podobnie. Już na rozgrzewce, przed eliminacjami, miałem pierwsze oznaki wysokiej formy. Kula leciała w końcu tak, jak powinna. Wcześniej na treningach pchałem nieźle, lecz bez rewelacji. Teraz było już daleko, a przy okazji wiedziałem, że może być jeszcze dalej. Rozgrzewka, eliminacje, zawsze sporo mówią o tym, co może się wydarzyć podczas konkursu. Pamiętam, jak Andrej Michniewicz na mistrzostwach świata w Osace w 2007 roku na rozgrzewce chyba z piętnaście razy pchnął w granicach 21,5 metra. Nie wiem, po co, pewnie chciał wszystkich wokół przestraszyć. Potem zdobył brąz, na Hoffę i Adama Nelsona nie znalazł sposobu.
Jak się Pan czuje, pisząc historię? Tylko siedmiu polskich sportowców na kolejnych igrzyskach obroniło tytuł zdobyty cztery lata wcześniej, tylko trzech kulomiotów, dwóch po drugiej wojnie światowej. To budzi wyobraźnię.
- Może tak, ale bardziej dziennikarzy i kibiców. Ja w ten sposób do moich startów i wyników nie podchodzę. Cieszę się, że znów wygrałem, że zdobyłem kolejny olimpijski medal, najcenniejszy. Tyle że nie rozpamiętuję tego długo, nie dopisuję żadnej martyrologii.
Dla wielu już teraz jest Pan legendą polskiego sportu, kimś, kto dokonał rzeczy wielkich, wyjątkowych. Zresztą kibice dają to Panu odczuć chyba niemal na każdym kroku?
- E tam, nie przesadzajmy. Mam jeszcze parę lat kariery przed sobą, za żadną legendę czy gwiazdę się nie uważam. Jestem po prostu bardzo dobrym polskim sportowcem i mam nadzieję, że to się nie zmieni.
Ale widząc kolekcję trofeów, w której są już dwa olimpijskie złota, musi Pan odczuwać dreszczyk emocji.
- Cieszę się, że są. Proszę mi jednak wierzyć, nie traktuję sportu jako czegoś, co ma mi przysparzać chwały czy sławy, czy coś jeszcze innego. Sukcesy sprawiają mi radość, sympatia kibiców także, ale cały czas podchodzę do kuli jako do wyzwania, które przed sobą stawiam. Uwielbiam rywalizację, uwielbiam walczyć z rywalami, pokonywać swoje granice. Nic nie sprawia mi większej frajdy od wygrywania, to jest dla mnie największa nagroda.
Już po pierwszym olimpijskim złocie sportowcy bywają pytani o motywację, bo przecież sięgnęli szczytu. A po drugim...
- Nie mam z nią problemu. Paru rzeczy przecież jeszcze nie osiągnąłem. Nie byłem mistrzem świata, a bardzo chciałbym być. Spróbuję w przyszłym roku w Moskwie, może się uda. A poza tym w naszej dyscyplinie już tak jest, że wystarczy raz przegrać, a już kombinuje się, co zrobić, by w kolejnych zawodach wziąć rewanż.
Jaka jest Pana recepta na sukces?
- Szczypta talentu, szczypta szczęścia, a reszta to ciężka, ciężka praca.
A umiejętność podnoszenia się po porażkach?
- Myśli pan o Daegu? Tam faktycznie dostałem mocno po głowie, ale też wydaje mi się, że gdyby nie ta klęska, to mógłbym w Londynie nie stanąć na najwyższym stopniu podium. W Korei przekonałem się bowiem na własnej skórze, boleśnie, jakich błędów absolutnie nie mogę popełniać. Prawdę powiedziawszy, powinienem tam wygrać, byłem bowiem dużo mocniejszy niż w Londynie, przygotowany na wszystko. Zawaliłem jednak, tyle że się podniosłem.
Polacy przywieźli z Londynu 10 medali. Sukces to czy porażka?
- Było, jak miało być. Myślałem, że uda się zdobyć 11. krążek, pozostaliśmy przy 10, powtarzając wynik - przynajmniej jeśli chodzi o liczbę - z Aten i Pekinu. Było trochę porażek, były niespodzianki. Nie oszukujmy się, bez skoku cywilizacyjnego nie poprawimy naszego sportu, nie podniesiemy go. Niezależnie od pomysłów odnowy i reformy musimy jako społeczeństwo dorosnąć do tego, by było nas stać na dobry sport. Pieniądze to jedno, mentalność drugie. Dzieci już od najmłodszych lat muszą mieć wpajane, że sport to zdrowie i warto go uprawiać, bo w innym wypadku będzie rosnąć chore społeczeństwo. Dosłownie i w przenośni. Dziś dzieci uczą się kombinować zwolnienia z WF.
Minister Mucha planuje podążyć wzorem brytyjskim...
- Nie stać nas. Brytyjczycy osiągnęli spektakularne efekty, ale w ciągu kilkunastu lat wpompowali takie pieniądze, jakich my nigdy nie zobaczymy. Może powinniśmy podążyć tropem węgierskim, pod wieloma wzglądami bliższym i bardziej realnym? Węgrzy, przy dużo mniejszych nakładach, zdobyli aż 17 medali, 8 złotych, w klasyfikacji medalowej uplasowali się na 9. miejscu. I po te krążki sięgali szeroko, wcale nie skupiając się na wybranych dyscyplinach. Tak naprawdę podstawą jest opracowanie systemu i szkolenie ludzi. Nie może też być tak, że trenerzy zarabiają kilkaset złotych, a zawodnicy martwią się o stypendium, bo mogą nie mieć za co trenować w kolejnym sezonie.
Dotrwa Pan do Rio?
- Zobaczymy, czy mi zdrowie pozwoli. Kiedyś sobie wymyśliłem, że po Rio chciałbym zakończyć karierę, jakimś dobrym startem oczywiście. Zrobię wszystko, by tak się stało.
Wyobraża Pan już sobie życie bez sportu, rywalizacji?
- Bez sportu - nie. Ale powoli zaczynam przyzwyczajać się do myśli, że moja kariera zmierza do końca, że nic nie trwa wiecznie.
Dziękuję za rozmowę.