• Środa, 22 kwietnia 2026

    imieniny: Łukasza, Leona, Gajusza

Największy święty dla mnie to Jan Paweł II

Sobota, 26 kwietnia 2014 (09:17)

Z Jackiem Jabłońskim, pielgrzymem z Jarosławia, udającym się na kanonizację bł. Jana Pawła II i Jana XXIII, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

Wybiera się Pan na kanonizację Jana Pawła II. Nie będzie to jednak Pana pierwszy wyjazd do Watykanu?

- To prawda. Pierwszy raz byłem w Watykanie w 2005 r. po śmierci Ojca Świętego, gdzie razem z kolegą Januszem uczestniczyliśmy w pogrzebie Jana Pawła II. Było to wspaniałe, choć bardzo smutne dla nas wszystkich wydarzenie, które jest w nas do dzisiaj.

Jak zrodził się pomysł wyjazdu na pogrzeb Ojca Świętego?

- Ojciec Święty zmarł w sobotę wieczorem. Choć śledząc komunikaty, byliśmy świadomi, że Jego życie powoli gaśnie, to wbrew wszystkiemu chcieliśmy ten moment jakby oddalić. Kiedy nadeszła informacja o śmierci Jana Pawła II, z żoną przeżywaliśmy ją z wielkim smutkiem, zresztą wspólnie ze znajomymi, którzy akuratnie u nas gościli. W nocy zacząłem się zastanawiać nad wyjazdem do Rzymu. Pomyślałem, że muszę być na pogrzebie, również żona wyraziła takie pragnienie. W poniedziałek dowiedziałem się, że nie ma już szans na bilety LOT-owskie, które zresztą były bardzo drogie. Dzięki koleżance z biura turystycznego dowiedziałem się, że Kraków organizuje wyjazd, ale przez biuro turystyczne. Niemal w ostatniej chwili udało się zarezerwować dwa bilety dla mnie i żony. Dzień przed wylotem żona dostała alergii, była cała opuchnięta i było wiadomo, że nie poleci. W tej sytuacji wybraliśmy się razem z kolegą Januszem. Po przylocie do Rzymu zamiast do hotelu udaliśmy się na plac św. Piotra, żeby zobaczyć jeszcze naszego Ojca Świętego.

Wszyscy pamiętamy kolejki, jakie ustawiały się przed bazyliką. Długo czekaliście?

- Drogi w kierunku bazyliki watykańskiej były pełne ludzi, podobnie na placu św. Piotra. W kolejce, żeby ostatni raz, choć przez kilkanaście sekund zobaczyć Ojca Świętego spoczywającego na katafalku przed konfesją św. Piotra i złożyć Mu hołd, czekaliśmy 14 godzin. Służby porządkowe dbały, aby zachować porządek. Zanim jednak dotarliśmy do Bazyliki, całą noc trwaliśmy na placu.

Było bardzo zimno, a zmęczenie z każdą godziną coraz bardziej dawało o sobie znać. Nie było nawet gdzie usiąść, nad ranem zasypialiśmy na stojąco. Wspólnie z kolegą wspieraliśmy się, a kolejka – chyba największa na świecie zygzakiem, powoli, ale rytmicznie przesuwała się w stronę wejścia do bazyliki. Wokół nas zjednoczeni w bólu byli ludzie z całego świata, słychać było różne języki, różne kolory skóry. Atmosfera była jednak niesamowita, wszyscy byli zdyscyplinowani i wyjątkowo życzliwi dla siebie. W końcu weszliśmy do bazyliki. Nie miałem jakiegoś specjalnego aparatu fotograficznego, ale zwykły turystyczny, który ma bardzo słabą lampę i zrobione nim w tych warunkach zdjęcie Ojca Świętego powinno być zaciemnione i niewyraźne. Tymczasem po wywołaniu okazało się, że jest piękne, wyraźne, można powiedzieć, że wyszło mi zdjęcie życia.

Miał Pan też szczęście uczestniczyć w pogrzebie Jana Pawła II…

- W dniu pogrzebu przed placem św. Piotra byliśmy już o 4 rano. Nie było szans, żeby dostać się na miejsce celebry. Uroczystości obserwowaliśmy na telebimie na zewnątrz kolumnady Berniniego od strony Muzeów Watykańskich. Tam przeżyliśmy pogrzeb. Atmosfera była bardzo podniosła, łzy same płynęły po policzkach. W tej atmosferze przygnębienia radością napawały słowa „Jan Paweł II stoi teraz w oknie Domu Ojca i nam błogosławi!”, które w czasie homilii wypowiedział kard. Ratzinger późniejszy następca naszego Ojca Świętego. Poczuliśmy wówczas bliskość Jana Pawła II. Te słowa zostały ze mną i ciągle mi towarzyszą. W czasie uroczystości można też było odnieść wrażenie, że jesteśmy w Polsce, bo wszędzie było morze białoczerwonych flag. My również mieliśmy swoje flagi. Pogoda była wspaniała dopiero, kiedy wróciliśmy autokarami do hotelu, zaczął padać deszcz, jakby niebo płakało. Tak zresztą komentowali to pielgrzymi, uznając to za bardzo wymowny znak.        

Przy rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego równiez był Pan w Rzymie...

- Pierwsza sesja procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II odbyła się 28 czerwca 2005 r. w Rzymie w Bazylice św. Jana na Lateranie. Tak się szczęśliwie złożyło, że w tym właśnie czasie byliśmy ze wspomnianym już kolegą Januszem, z naszymi rodzinami na wczasach u znajomego księdza pod Rzymem w miejscowości La Botte k. Guidonii. W tej sytuacji nie mogło nas zabraknąć również na Lateranie. Ludzi było dużo, ale podczas samej uroczystości byliśmy wewnątrz bazyliki i z bliska obserwowaliśmy uroczystą ceremonię rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. Mieliśmy ze sobą białoczerwone flagi z orłem. Jedna z tych flag wisi dziś obok portretu Jana Pawła II w kościele w La Botte, drugą ofiarowaliśmy Chorwatom ze Splitu w 2008 r., których spotkaliśmy na placu św. Piotra. Pozostałe można powiedzieć historyczne flagi, które od 2005 r. jeździły z nami do Rzymu, zabieramy teraz na kanonizację.

Oprócz nas na inauguracji procesu byli też pielgrzymi z Krakowa z transparentami. Pamiętam nasze wspólne rozmowy, kiedy z jednej strony cieszyliśmy się z rozpoczęcia procesu, a jednocześnie zastanawialiśmy, kiedy nastąpi wyniesienie Jana Pawła II do chwały ołtarzy. Jedni mówili, że może już za rok czy za dwa, inni studzili nastroje, twierdząc, że to zbyt krótki czas. W rzeczywistości trwało to nieco dłużej, ale patrząc na inne procesy i tak bardzo krótko.

Był Pan bardzo często przy grobie Jana Pawła II…

- Każdego roku przyjeżdżałem do Watykanu w kwietniu na rocznicę śmierci Ojca Świętego. W 2005 r. byłem nawet trzy razy: na pogrzebie, na inauguracji procesu beatyfikacyjnego i jeszcze w październiku. W 2007 r. rocznica przypadała akuratnie w okolicach Niedzieli Palmowej, i w tym dniu byłem na placu św. Piotra razem z harcerzami z Rzeszowa. Było bardzo dużo Polaków z palmami, oczywiście polskie były najpiękniejsze i najwyższe. Do 1 maja 2011 r., do beatyfikacji Jana Pawła II, byłem przy Jego grobie w każdą rocznicę śmierci. Po beatyfikacji, kiedy uroczystości przeniesiono na 22 październik, a więc na dzień liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II, już nie jeździłem do Rzymu, przeżywając ten dzień z rodziną w Jarosławiu. Teraz znów wybieram się, tym razem na kanonizację.

Można zatem powiedzieć, że towarzyszył Pan Janowi Pawłowi II od początku, kiedy zaczęła się formalna droga Polaka Papieża, do wyniesienia na ołtarze…

- Ten czas oczekiwania był czymś nadzwyczajnym dla wszystkich Polaków. Był to czas, w którym mam nadzieję dorastaliśmy do tego momentu, który nastąpi już w niedzielę. Pan Bóg przygotowywał nas na to wydarzenie. Dla mnie będzie to ukoronowanie tych wszystkich wyjazdów i rocznic śmierci Ojca Świętego. Kiedy tylko został wyznaczony termin kanonizacji, wiedziałem, że w tym szczególnym dniu muszę tam być. Jedziemy pociągiem tzw. warszawsko-krakowskim „Zielonym”, który nazywa się „W Naszej Rodzinie”.  

Wyjazd to trud i żadna gwarancja, że podczas uroczystości będzie się blisko placu św. Piotra. Co jest zatem tym magnesem, który przyciąga?

- Tak już jest, że nic w życiu nie przychodzi łatwo, tak jest i w tym wypadku. Trzeba nastawić się na pewien wysiłek i trud, na nieprzespane noce. Tak zresztą było przed pogrzebem Jana Pawła, tak było przed beatyfikacją, kiedy przez całą noc staliśmy w ścisku, w tłumie, ale nagrodą było to, że udało nam się wtedy dostać na sam środek placu św. Piotra. Teraz będzie chyba trudno to powtórzyć, ale nie o to przecież chodzi. Mimo to jakaś wewnętrzna siła sprawia, że chcemy tam być. Takiego wielkiego człowieka, Polaka jak nasz Papież historia nie zna, a my mieliśmy to szczęście być świadkami Jego życia i posługi całemu światu i Polsce.

Z jakimi intencjami udaje się Pan na kanonizację?  

- W sercu zabieram cześć i szacunek dla naszego Rodaka, którego wielkość jest niepodważalna, także wdzięczność wobec Pana Boga, że w tak trudnych czasach dał Polsce i światu takiego przewodnika. Pragnę też prosić przez pośrednictwo św. Jana Pawła II o błogosławieństwo, zdrowie i potrzebne łaski dla mojej żony Kasi i córki Agnieszki oraz dla wszystkich krewnych i przyjaciół, którzy mnie o to prosili. Wśród intencji jest także prośba o pokój na świecie, aby Jan Paweł II, wielki orędownik pokoju, w obliczu wydarzeń na Ukrainie wyprosił u Boga łaskę pokoju na świecie.  

Kim bł. Jan Paweł II jest dzisiaj dla Pana?

- Na pewno był i jest to człowiek święty. Święty tzn. dobry po ludzku dla wszystkich, który swą wielkością nie przysłaniał innych, ale stawiał ich w centrum swego życia, życia Kościoła. Był przewodnikiem dla całego świata i dla naszego Narodu. Uczył nas patriotyzmu, dawał wskazówki, jak służyć Ojczyźnie na co dzień, pokazywał, że wiara to nie tylko uczestnictwo w wydarzeniach liturgicznych i to od czasu do czasu, ale to przeżywanie obecności Pana Boga we własnym wnętrzu. Szkoda, że nie zawsze słuchaliśmy tego, co miał nam do powiedzenia, a jeśli nawet, to te przemiany nie były trwałe. Ojciec Święty był i jest obecny w moim życiu. Największy święty dla mnie to Jan Paweł II.

Dziękuję za rozmowę.

                                   

Mariusz Kamieniecki