Równamy w dół
Sobota, 19 kwietnia 2014 (02:06)Pod względem PKB na głowę mieszkańca za trzy lata mamy dogonić Grecję. Ale dystans do państw najbogatszych rośnie.
Polska nie wytworzyła potencjału wzrostu, który pozwoliłby nam nadrobić dystans do najwyżej rozwiniętych krajów Europy. To efekt błędnej polityki gospodarczej i demograficznej.
W 2017 r. wartość wytworzonego w Polsce PKB przypadającego na jednego mieszkańca wzrośnie do 74 proc. średniej w UE – wynika z rządowych prognoz zawartych w Wieloletnim Planie Finansowym oraz Aktualizacji Programu Konwergencji. W 2012 r. wskaźnik ten stanowił 67 proc. unijnej średniej. Nasza pozycja dochodowa w UE w ciągu 5 lat ma się zatem podnieść o 7 punktów procentowych. Rząd poczytuje to za swój wielki sukces. Wskaźnik ten odzwierciedla, jego zdaniem, rzeczywiste efekty rozwojowe polityki gospodarczej.
„Będzie to możliwe dzięki dynamicznemu wzrostowi PKB, który powinien mieć charakter zrównoważony, inteligentny oraz sprzyjający włączeniu społecznemu” – konstatuje w prognozie Ministerstwo Finansów.
Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka z systematycznego zbliżania się wskaźnika do unijnej średniej można wyciągnąć wniosek, że Polska rośnie w siłę, społeczeństwo się bogaci, słowem – polityka rządu zdaje egzamin. Ale czy tak jest naprawdę? Jak należy oceniać wzrost wskaźnika dochodowego? Zapytaliśmy o to finansistę, dr. Cezarego Mecha, byłego wiceministra finansów.
– Dane o wzroście PKB per capita względem unijnej średniej obrazują wyłącznie przebieg konwergencji, tj. równania Polski do średniego poziomu w UE, a więc z natury mają charakter względny – wyjaśnia dr Mech. – Jeśli np. tak jak w ostatnich latach gospodarka UE się nie rozwija albo wręcz kurczy, to konwergencja po stronie polskiej przebiega szybciej, co wcale nie oznacza, że szybciej bogacimy się ani że nasza gospodarka prosperuje lepiej.
Uciekająca meta
– Problem polega na tym, że z jednej strony Unia jako całość bardzo słabo się rozwija, co sprawia, że obniża się punkt odniesienia, a z drugiej strony – wyraźnie widać, że bez własnej, silnej gospodarki proces konwergencji może się dla nas nigdy nie skończyć, podobnie jak w przypadku Grecji, Hiszpanii czy Słowenii, które po kilkuletnim wzroście PKB per capita w momencie kryzysu wróciły do punktu wyjścia – zaznacza finansista.
Relacja PKB na głowę do unijnej średniej nie jest miarodajnym wskaźnikiem „bogacenia” w krótkim okresie, ponieważ fundamentalne czynniki ukazujące siłę danej gospodarki i jej odporność na kryzysy ujawniają się dopiero w dłuższym, ponad 10-letnim okresie. Z danych Eurostatu za lata 2001-2012 wynika, że np. Niemcy przez cały początek dekady utrzymywały PKB per capita na stałym poziomie 116 proc. unijnej średniej. Czy to oznacza, że gospodarka niemiecka nie rosła w siłę? Bynajmniej. Jej mocne fundamenty ukazały się w momencie wybuchu kryzysu, gdy Niemcy zaczęły raptownie bogacić się względem pozostałych krajów, osiągając w 2012 r. wskaźnik PKB na głowę równy 123 proc. średniej. W tym samym okresie startująca z tego samego poziomu Francja co roku odnotowywała lekki spadek wskaźnika PKB i w 2012 r. wylądowała na poziomie 109 proc. unijnej średniej. Dla Włoch, które u progu dekady miały dochód na głowę w wysokości 119 proc. unijnej średniej (a więc wyższy od Niemiec czy Francji), dziesięcioletnie gospodarowanie skończyło się głębokim strukturalnym kryzysem i spadkiem wskaźnika do 101 proc. średniej. Podobny proces nastąpił w Irlandii, Portugalii, Hiszpanii, Słowenii, na Cyprze i – w sposób najbardziej spektakularny – w Grecji, gdzie wskaźnik „bogactwa” po latach wzbijania się spadł w końcówce dekady o blisko 20 procent. Wzrost okazał się iluzją, bez oparcia w fundamentach.
Z rządowych danych wynika, że Polska pod względem PKB na głowę za trzy lata dogoni Grecję z jej PKB per capita ok. 75 proc. unijnej średniej. Badania empirycznie pokazują, że dla gospodarek nieopartych na mocnych fundamentach barierą nie do pokonania jest wskaźnik w wysokości ok. 80-85 proc. unijnej średniej. Okazuje się, że po dotarciu do tej granicy dalszy wzrost natrafia na bariery natury gospodarczej i demograficznej, do pokonania których konieczna jest głęboka reorientacja dotychczasowych wektorów działania. Na tego rodzaju zwrot stać tylko nieliczne rządy (vide – Victor Orbán na Węgrzech). Co więcej, niektóre negatywne trendy, np. demograficzne, są nie do odwrócenia.
Równać w górę
– Polska gospodarka nie posiada strukturalnego i demograficznego potencjału wzrostu, który pozwalałby osiągnąć w 2017 r. dochód na głowę w wysokości 74 proc. unijnej średniej, mimo iż nie jest to pułap ambitny. W Unii musiałoby być naprawdę źle, żebyśmy mogli nadrobić dystans – ocenia dr Mech.
Przede wszystkim jednak nam nie o to powinno chodzić, abyśmy bogacili się względem biedniejącego sąsiada, lecz abyśmy bogacili się realnie, równając do światowej czołówki. Tymczasem z tym jest problem. Wprawdzie dorabiamy się powolutku, ale najsilniejsze i najzamożniejsze kraje, jak Niemcy, Szwajcaria, Norwegia – także rosną. Norwegia i Szwajcaria, które nie należą do UE, powiększyły w ostatnim dziesięcioleciu dzielący nas dystans. Szwajcaria osiąga PKB per capita na poziomie 158 proc. unijnej średniej, a Norwegia – 195 procent. Czy jesteśmy trwale skazani na pozostawanie w tyle za europejską czołówką? A jeżeli tak, to dlaczego?
– Polska nie wytworzyła struktury wzrostu opartej na własnych przewagach konkurencyjnych i własnych markach. Nasza pozycja gospodarcza zasadza się w praktyce na taniej sile roboczej i roli poddostawcy kontrahentów niemieckich – wyjaśnia ekonomista.
Do tego dochodzą niekorzystne zmiany demograficzne związane z niską dzietnością, masową emigracją i wysysaniem z rynku pracowników przez kraje bogatsze.
– Emigracja za pracą powoduje, że „wyjeżdża” także PKB, który mógł być wytworzony w kraju, a jednocześnie rośnie udział osób w wieku poprodukcyjnym, co per saldo prowadzi do obniżenia PKB na osobę. Żeby uzyskać wzrost wskaźnika, wydajność pracy musiałaby rosnąć szybciej niż ubytek pracujących, a przecież Polacy już dziś należą do nacji najbardziej zapracowanych w UE – tłumaczy dr Mech.
Kilkuletnia kampania na rzecz zatrzymania negatywnych procesów demograficznych do dziś nie dała wyników. Jednocześnie wyżej rozwinięte sąsiedztwo i swoboda przepływu pracowników w UE przyspiesza wysysanie soków z Polski. Rząd epatuje nas przyszłym wzrostem wskaźników, a tymczasem wygląda na to, że nasz „młody” do niedawna kraj idzie w ślady takich „krajów-emerytów” jak Japonia, która nie jest w stanie rozwijać się szybciej niż 2 proc. PKB rocznie, bo w nowoczesnych gałęziach produkcji nie ma komu tego PKB wytwarzać.
Małgorzata Goss