Mama nie poznała ojca
Sobota, 19 kwietnia 2014 (02:01)Z Reginą Litke, córką mjr. Jana Czeredysa, zamordowanego 28 grudnia 1948 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Pamięta Pani moment aresztowania ojca?
– Tak, bo gdy go aresztowano, miałam prawie 16 lat. Ojciec urodził się w Turowie pod Warszawą, jako syn rolników. Mój dziadek był szczególnie uczulony na polskość, gdyż na siłę został wzięty do armii carskiej i walczył w Japonii. Nie było go w domu wiele lat. To był prosty, bardzo mądry człowiek, który uczył mojego ojca patriotyzmu.
To, że ojciec poszedł do szkoły podchorążych i chciał być oficerem, też wypływało z ducha tamtych czasów i atmosfery, jaka panowała w domu dziadków. Szczególną rolę odegrał tu także Ossów leżący bardzo blisko Turowa. Jako dziecko jeździłam przed wojną na uroczystości 15 sierpnia do Ossowa wraz z dziadkiem, ojcem i mamą. Były dla nas zawsze bardzo ważne. Ojciec był uzdolnionym stolarzem, wcześnie się ożenił, a owocem tej miłości jestem ja, pierwsze dziecko. W 1932 r. przeprowadził się do Kobyłki pod Warszawą i zamieszkał u rodziców mojej mamy, gdzie mieszkali razem do 1947 roku. Później zajmowaliśmy mieszkanie w Warszawie przy Alejach Jerozolimskich.
13 lutego 1948 r., gdy ojca aresztowano, wróciłam do domu około godz. 15.00, jak zwykle radosna, i zastałam dziwną sytuację. W mieszkaniu było mnóstwo obcych mężczyzn ubranych po cywilnemu. Panowała ogromna cisza. Natychmiast mnie także uciszono. Do 23.00 trwała w domu rewizja, przeszukiwanie wszystkich papierów. Co oni wtedy zabrali ze sobą, niestety nie wiem, bo razem z mamą i młodszą o osiem lat siostrą miałyśmy siedzieć w pokoju obok i się nie ruszać. Ojciec był z tymi mężczyznami w drugim pokoju. Przed północą kazali mu się w coś ubrać i wyprowadzili go z domu.
Mama przeczuwała, dlaczego doszło do rewizji?
– W ogóle nie wiedziałyśmy, o co chodzi, kto to był. Nie miałyśmy zielonego pojęcia, co to za ludzie. Od tej pory zupełnie nie wiedziałyśmy, gdzie jest ojciec. Po jakichś dwóch, trzech miesiącach mama została wezwana na przesłuchanie do Informacji Wojskowej. To był pierwszy znak dla nas, że tato tam się znajduje. Po rewizji w naszym mieszkaniu dwa z trzech pokoi zaplombowano i dano nam jakiś termin na wyniesienie się z tego trzeciego pokoju. Codziennie, przez jakieś dwa miesiące, ktoś nieustannie przychodził do nas i pytał, kiedy opuścimy mieszkanie. Do 1950 r. był to jeszcze dom prywatny i jego gospodarz błagał nas, żebyśmy w tym jednym pokoju dalej siedziały, bo nie chciał, żeby to mieszkanie zostało mu zabrane. Trwałyśmy więc tam, aż o nas zapomniano.
Jak wyglądało spotkanie rodziców w dramatycznych okolicznościach?
– Mama całe życie wspominała, że podczas widzenia nie poznała ojca. Mówiła, iż mimo że miał wtedy zaledwie 36 lat, do pomieszczenia, w którym na niego czekała, wszedł jakiś 80-letni starzec. Dopiero gdy tato odezwał się do niej po imieniu, mama poznała go po głosie. Powiedziano jej, że ojciec będzie miał adwokata z urzędu, bo na prywatnego nie pozwolono. Wyznaczyli jakiegoś obrońcę, który – jak chyba wszyscy wyznaczeni wtedy z urzędu – nie interesował się sprawą. Matka miała stałą przepustkę na proces, który odbywał się w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie. Jeden raz pozwolono mi w nim uczestniczyć jako osobie towarzyszącej. Uderzyło mnie, że z mównicy przemawiał jakiś wojskowy nie po polsku, tylko po rosyjsku. Nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Zobaczyłam wtedy tatę, ale nie dane było nam spokojnie porozmawiać i wyjaśnić całą sytuację, tylko zdążyliśmy wymienić się serdecznościami. Proces trwał parę tygodni, a gdy się skończył, ojca przewieziono na Rakowiecką do celi śmierci. Tam miałyśmy z matką jedno widzenie.
Kiedy?
– Tato siedział na Rakowieckiej od 3 listopada 1948 r., wydaje mi się, że byłyśmy u niego na początku grudnia. O tym, że tam przebywa, mama dowiedziała się od innych rodzin, bo my żadnych oficjalnych informacji nie otrzymywałyśmy. To była jakaś poczta pantoflowa, przekazywanie sobie w ramach solidarności różnych informacji. Widzenie zrobiło na mnie nieprawdopodobne wrażenie. Były dwie kraty, pomiędzy którymi chodził wartownik. Ojciec znajdował się za tą drugą kratą, a my przed pierwszą.
Przy kratach było do kilkunastu osób równocześnie i panował potworny krzyk. My też krzyczeliśmy, by sobie coś wzajemnie powiedzieć, ale nasze słowa trudno było w takich warunkach zrozumieć. Odległość między kratami wynosiła około 3 metrów, słabo nawet się widzieliśmy. Kiedy poszłyśmy za jakiś czas na Rakowiecką, powiedziano nam w stróżówce, że w ewidencji już nie ma Jana Czeredysa. Nikt nigdy nie zawiadomił nas o wykonaniu wyroku ani nie powiedział, gdzie jest ciało. Skończyły się wtedy wszelkie informacje na temat ojca.
Próbowały Panie same dowiadywać się, co się z nim stało?
– Jedynym punktem informacyjnym była ta stróżówka na Rakowieckiej, bo żeby wejść do naczelnika tego więzienia, trzeba było dostać przepustkę. Tam jednak załatwiano nas odmownie i kończono z nami rozmowy. Byłyśmy zresztą zastraszone, nasze życie przypominało jakiś makabryczny sen. Wiem, że żony innych aresztowanych chodziły na cmentarz na Wałbrzyską i na Łączkę. Ale nie było tak naprawdę możliwości dowiedzenia się, gdzie oni mogą leżeć.
Gdy Pani ojca aresztowano, pracował w Departamencie Kwaterunkowo-Budowlanym Ministerstwa Obrony Narodowej.
– Tak. Tato we wrześniu 1939 r. bronił twierdzy Modlin, bo taki miał przydział mobilizacyjny. W okresie okupacji udzielał się w strukturach konspiracyjnych Armii Krajowej. Kiedy Rosjanie weszli do Kobyłki i zaczęły się aresztowania, bardzo dużo mężczyzn „znikało”. Podobnie postąpił ojciec, który uciekł do Lublina do wojska, gdzie prawdopodobnie się schronił. Potem jeszcze odbywał pewien marsz ku Berlinowi, służąc w kwatermistrzostwie frontowym. Nie wiem, jak to się stało, że po wojnie został w MON, pewnie dostał jakąś propozycję pracy w departamencie kwatermistrzowsko-budowlanym. Myślę jednak, że to był przypadek, dalszy ciąg jego ucieczki przed aresztowaniami. Nie ominął go jednak los kolegów. Został nagle aresztowany z innymi oficerami tam pracującymi, m.in. płk. Jerzym Brońskim i ppłk. Stefanem Długołęckim.
Stali się oni ofiarami czystek politycznych w wojsku w tzw. sprawie kwatermistrzowskiej i zostali niesłusznie oskarżeni o udział w „monopolu prywatnych firm na dostawy do wojska”.
– Wszyscy oni byli oskarżeni o sabotaż, tak to też ujęto w wyroku sądowym. Parę razy występowałyśmy na piśmie o uniewinnienie taty, m.in. w 1956 i 1990 roku, ale były ciągłe odmowy. W 1956 roku jakiś prawnik pomagał nam ułożyć tę naszą prośbę, miał bowiem na krótko dostęp do aktu oskarżenia. W końcu, w dziewięćdziesiątym którymś roku, Sąd Najwyższy uniewinnił ojca.
Gdy Pani ojciec był w celi śmierci, przychodziły od niego jakieś kartki lub grypsy?
– Tato przysłał jeden list, ale z pieczęcią cenzury z Rakowieckiej. Był pisany na tydzień przed jego śmiercią, lecz o jakimś żegnaniu się w liście nie było mowy. Czuło się jednak, że ojciec wiedział, że ten list będzie czytany przez osoby trzecie. Napisał więc, że nas kocha, pamięta i wspomniał o jakichś mało istotnych sprawach. Nic więcej od niego nie dostałyśmy. Przez wiele lat wierzyłyśmy jak inne rodziny, że skoro nie powiadomiono nas o wykonaniu wyroku, to z pewnością żyje, tylko gdzieś został wywieziony. Po 1956 r. ta nadzieja w nas umarła.
Jak zapamiętała Pani ojca?
– Był zawsze pełen energii, pomysłów, bardzo życzliwy ludziom, lubiany. Miał dobre serce i był bardzo religijny. Tato był trochę takim kumplem dla mnie, miałam z nim wspaniałą więź i bardzo go kochałam. Oprócz wojska realizował się także w innych rzeczach. Był projektantem, budował domy. Oczywiście, jak wspomniałam, ukończył przed wojną podchorążówkę i dostał patent oficerski. Dziś stanowi on dla mnie najdroższą pamiątkę po ojcu. Tych zachowało się niewiele, bo w naszym domu w Kobyłce byli Niemcy, a potem Rosjanie. Wynieśliśmy do piwnic różne dokumenty, ale te później zbutwiały. Także w mieszkaniu w Warszawie wiele rzeczy zostało zniszczonych w czasie wspomnianej rewizji. Zachowało się jeszcze świadectwo ukończenia przez tatę Państwowej Szkoły Budowlanej. I kilka przypadkowych zdjęć.
Kiedy zaczęła Pani brać pod uwagę ewentualność, że ojciec może spoczywać na Łączce?
– Właściwie o Łączce nie wiedziałyśmy nic do 1990 roku. Wcześniej mówiono więcej o Wałbrzyskiej, gdzie działał ksiądz Maj. To właśnie od niego na początku lat 90. dowiedziałam się o Łączce. O tym, że znajdziemy tatę, nawet nie marzyłyśmy. Cieszyłyśmy się, że na Łączce stoi pomnik, gdzie w jakiś symboliczny sposób mogłyśmy oddać mu cześć i się za niego pomodlić. Gdy skontaktował się ze mną prof. Krzysztof Szwagrzyk i poinformował, że mój ojciec został zidentyfikowany, czułam się jak w jakiejś bajce, trudno było mi w to uwierzyć. Cieszę się, że dożyłam tego momentu, bo mam już dość sporo lat. To cudowne, że stało się to tak szybko. W 2012 r. wraz z siostrą oddałyśmy materiał genetyczny do badań, wiosną 2013 r. tatę odnaleziono, a rok później już go zidentyfikowano.
Były Panie w Belwederze na uroczystości przekazania not identyfikacyjnych rodzinom?
– Siostry nie było, bo aktualnie przebywa w Szwecji u swojej córki. Dość późno zawiadomiono nas o uroczystości i nie udało się jej zarezerwować samolotu. W Belwederze byłam ze swoją córką i jej mężem. Przeżywałam to, jak gdybym uczestniczyła w pierwszym pogrzebie ojca, wróciły wszystkie wspomnienia z nim związane. Pogrzeb jest takim momentem, że człowiek żegna się w sposób ostateczny, a ja przecież ciągle w ten sposób z ojcem się nie pożegnałam. To działo się właśnie wtedy, gdy nas oficjalnie o wszystkim powiadomiono. Mimo że to są smutne rzeczy, czułam radość, że wreszcie prawda o losie taty została nam objawiona. Zastanawiałyśmy się z siostrą nad pochowaniem ojca w Kobyłce, ale ostatecznie postanowiłyśmy, że zostanie na Łączce. W Kobyłce w sierpniu zeszłego roku tato został upamiętniony przez mieszkańców pamiątkowym głazem przy kościele na placu 3 Maja, niedaleko miejsca, gdzie wspólnie mieszkaliśmy.