Pokaz siły Rosji i słabości Zachodu
Piątek, 18 kwietnia 2014 (10:25)Doroczna telekonferencja Władimira Putina jako oczywiste narzędzie kremlowskiej propagandy była wydarzeniem starannie wyreżyserowanym. Prowadzący spotkanie, goście, pytania były jak zawsze odpowiednio starannie dobierane i selekcjonowane. Sam główny aktor wypadł także bardzo dobrze. Przyszło mu to tym łatwiej, że w sztuce tej nie mogło być dla niego niczego zaskakującego. Dla komentatorów niespodzianką mogła być obecność na konferencji Edwarda Snowdena. Ów niedawny „bojownik o wolność słowa i swobodę dostępu do informacji”, a takim widzieli go przecież jeszcze parę miesięcy temu zachodni Europejczycy, wziął udział w misternie przygotowanej propagandowej ustawce. Przyznać trzeba, że to dość symptomatyczne.
Prezydent Rosji Władimir Putin podczas swojego czterogodzinnego „dialogu z narodem” wyraził wiele ciekawych opinii i tez. Z punktu widzenia polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa Polski najważniejsza i tym samym warta szerszego rozważenia jest jedna.
Wielu komentatorów co prawda wskazywało, że za najistotniejszą informację dnia uznać należy przyznanie przez Putina, iż przebywający na Krymie uzbrojeni po zęby „zielone ludziki” to tak naprawdę rosyjskie siły zbrojne. Rosja tym samym po raz pierwszy oficjalnie przyznała, że to jej żołnierze byli obecni na terytorium obcego państwa. Dla wszystkich rzetelnych obserwatorów sytuacji było to oczywiste od zawsze. Oficjalne jednak przyznanie tego faktu jest pokazem siły Rosji i zarazem słabości Ukrainy oraz Zachodu. Kreml wskazuje, że mógł dokonać agresji na terytorium innego państwa i nie spotkał się z żadną odpowiedzią. Oświadczeniem tym Kreml daje do zrozumienia, że sprawa Krymu jest już w zupełności zamknięta. Prezydent Rosji mówi nam w zasadzie tyle: „Tak, to ja zabrałem Ukrainie Krym. A dlaczego? Bo mogłem”. Jednocześnie Putin podaje, że obecni we wschodniej Ukrainie „zieloni ludzie” są spontanicznie zorganizowaną samoobroną miejscowej ludności... Teatr ten jest na rękę i Rosjanom, i Zachodowi. Ci pierwsi mogą bowiem realizować swoje cele, ci drudzy z kolei mogą oddać się spokojnie swojej ulubionej czynności, czyli nicnierobieniu.
To, co jednak najistotniejsze, to przesłanie, jakie pozostawia nam Putin w słowach o polityce względem NATO. Prezydent Federacji Rosyjskiej podkreślił, że Moskwa będzie reagować na przybliżenie do jej granic Paktu Północnoatlantyckiego i wyraził żal, że Zachód nie dotrzymał swojej obietnicy danej Rosji w latach 90. XX w. NATO po zjednoczeniu Niemiec miało bowiem zatrzymać się na Odrze, tymczasem posunęło się na wschód i przyjęło do swego grona dawnych „sojuszników” Rosji. Prezydent Rosji wielokrotnie wcześniej podkreślał, że głównym celem jego rządów jest odwrócenie największej geopolitycznej katastrofy XX w., czyli upadku Związku Sowieckiego. Mając to wszystko na uwadze, jasne jest, o co toczy się gra. Dla Putina Ukraina jest jedynie kolejnym krokiem w realizacji wcześniej przyjętego scenariusza. Jest następnym aktem odgrywanej sztuki, której finał stanowić będzie odtworzony obóz państw „bratniej pomocy”. Jeśli nie zatrzymamy tego procesu teraz, strach pomyśleć, jaki będzie tej sztuki epilog.
Marcin Przydacz