• Środa, 18 marca 2026

    imieniny: Cyryla, Edwarda, Narcyza

UE milczy, NATO deklaruje pomoc?

Czwartek, 17 kwietnia 2014 (10:44)

Z dr. Spasimirem Domaradzkim, politologiem, adiunktem na Uczelni Łazarskiego, specjalistą ds. amerykańskiej polityki zagranicznej, rozmawia Marta Milczarska

 

NATO uzgodniło wczoraj pakiet działań militarnych, aby wzmocnić obronę swoich członków na wschodzie w związku z kryzysem ukraińskim. Jak Pan ocenia obecne działania NATO?

- NATO zachowuje się bardzo roztropnie wobec pogarszającej się sytuacji na Ukrainie. Z jednej strony nie może dostarczyć argumentów rosyjskiej propagandzie, a z drugiej ma obowiązek bronić państwa członkowskie Sojuszu. Deklaracja sekretarza generalnego NATO posiada przede wszystkim wydźwięk polityczny.

W kontekście rozwoju wydarzeń jest ona koniecznością w obliczu niemrawej reakcji Europy na bieg wydarzeń na Ukrainie. Chociaż na chwilę obecną nie znamy szczegółów działań, które zostaną podjęte, to jasne jest, że mają one w dużej mierze wymiar symboliczny. Zwiększenie gotowości do „prowadzenia szkoleń i ćwiczeń”, w obecnej sytuacji brzmi trochę groteskowo, biorąc pod uwagę, że na Ukrainie wcale nie są prowadzone symboliczne ćwiczenia, lecz prawdziwe działania wywrotowe sterowane przez Moskwę.

 

W nocy prorosyjscy separatyści zaatakowali batalion ukraińskiej Gwardii Narodowej w Mariupolu. Mimo działań NATO na wschodzie Ukrainy jest coraz bardziej napięta sytuacja?

- Decyzja Sojuszu jest również odpowiedzią na to nasilenie prowokacyjnych zachowań ze strony Moskwy wobec państw członkowskich NATO. Rosja nasiliła loty naruszające przestrzeń powietrzną krajów bałtyckich, Bułgarii czy Rumunii. Warto wspomnieć również o przedwczorajszym incydencie na Morzu Czarnym, kiedy to rosyjski samolot przelatywał niejednokrotnie nad jednostką amerykańskiej marynarki wojennej.

 

Co zatem NATO powinno jeszcze zrobić, by zapobiec eskalacji konfliktu?

- Otóż w obecnej sytuacji politycznej raczej niewiele. Traktatowym obowiązkiem Sojuszu jest bronienie państw członkowskich. Obecna sytuacja jest uzależniona od odpowiedzi na pytanie o stosunek państw zachodnich do Rosji. I tu już nie ma ani jedności, ani gotowości do konfrontacji.

Zresztą, Zachód nadal obstawia na polityczne rozwiązanie konfliktu i nie wydaje mi się, żeby w bliskim czasie doszło do radykalnej zmiany takiego podejścia. Jednak gwałtowne pogorszenie sytuacji na Ukrainie może doprowadzić do zmiany natowskiego oglądu sytuacji. Jednak nawet wtedy perspektywa aktywnego zaangażowania na Ukrainie wydaje się mało prawdopodobna.

Dopóty to się nie stanie, NATO będzie starało się symbolicznie podkreślać swoją determinację do ochrony swoich członków najmniejszym kosztem. Ponadto samo NATO zdaje sobie sprawę, że jeśli Zachód domaga się pokojowego rozwiązania dramatu na Krymie i na Wschodzie Ukrainy, ewentualny gwałtowny pokaz siły może być wodą na młyn dla władz rosyjskich, które i bez aktywności NATO straszą sterowanym przez Amerykę zamętem wywołanym przez faszystów, nacjonalistów i banderowców. Niestety, ta propaganda zakłamania znajduje podatny grunt wśród  Rosjan.

 

Rasmussen podkreśla, że uzgodniony pakiet dalszych działań militarnych ma służyć m.in. „zademonstrowaniu siły solidarności sojuszników”. Czy nie jest już za późno na „prężenie muskułów”?

- W działaniach NATO można odnaleźć ostrożność i nadzieję, że metody pokojowe i zdrowy rozsądek wezmą górę nad destabilizacją sytuacji przez Kreml. Jak to słusznie sekretarz generalny Rassmusen przedwczoraj zauważył, „Rosja powinna przestać być częścią problemu na Ukrainie”. Obawiam się jednak, że plany Putina nie są kompatybilne z zachodnim racjonalizmem.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska