Pogubiona „Rzeczpospolita”
Czwartek, 17 kwietnia 2014 (09:24)Islam wojujący, którego podstawowym celem jest unicestwienie chrześcijaństwa na terenach, gdzie prowadzona jest wojna religijna, jest rzeczywistością szczególnie odczuwaną w Nigerii, ale nie tylko, bo także w wielu krajach afrykańskich, i to niekoniecznie obszarów północnych tego kontynentu.
Niemal codziennie przychodzą do nas meldunki o rzeziach i ludobójstwie chrześcijan na północnych terenach tej federacji, gdzie aż w dwunastu stanach wprowadzono prawo koraniczne jako wiodące ustawodawstwo, któremu nie wiedzieć czemu mają się podporządkować i mu podlegać także wyznawcy Chrystusa. Co gorsza, niepokojące informacje napływają także ze stanów południowych, gdzie większość mieszkańców to chrześcijanie. Fanatycy i milicje islamskie zapuszczają się także tutaj, do stanu Benue, w którym żyje 95 proc. chrześcijan.
Tymczasem polskie media, uważające się za poważne tytuły, z rozbrajającą naiwnością, wręcz bezmyślnością, kopiują wiadomości ze stron libertyńskich portali amerykańskich, które z kolei swoją wiedzę opierają na antykatolickim resentymencie oraz na newsach katarskiej Al-Dżaziry, fałszując obraz rzeczywistości i problemów, jakie się dokonują, w rozważanym tu przypadku islamskiego fundamentalizmu.
Dziś pominę „Gazetę Wyborczą” czy TVN i zajmę się przypadkiem gazety „Rzeczpospolita”, który zaliczył sporo wpadek na naszym poletku krajowym.
Oto szokujący cytat ze strony internetowej rp.pl, który ma komentować porwanie uczennic przez Boko Haram w stanie Borno: „Sekta przeprowadza ataki na szkoły i na umiarkowanych muzułmańskich duchownych, podkłada także ładunki wybuchowe w najbardziej zaludnionych miejscach. Od początku 2014 roku Boko Haram spowodowała już śmierć blisko półtora tysiąca osób”.
Nie wspomniano słowem o ofiarach, które są głównym celem islamistów, czyli żadnej wzmianki o chrześcijanach. Jeżeli poszukamy źródła, sprawa staje się nieco jaśniejsza. Jest to wklejka z CNN, niezależnie jednak od tłumaczonej informacji, sądzę, że jakiś poziom wiedzy podstawowej redakcja powinna posiadać. (Portal NaszDziennik.pl sporo o Nigerii pisze, zachęcam więc kolegów z „Rzepy” do regularnego odwiedzania strony www.naszdziennik.pl).
Drugą kompromitacją, znacznie poważniejszą i pozostającą na omawianym obszarze tematycznym było wypuszczenie słynnej kaczki dziennikarskiej o rzekomym zakazie islamu w Angoli.
Ta dezinformacja może być świadoma lub też nieświadoma, bo wynikająca z ignorancji i nierzetelności pracy dziennikarskiej, lecz jeśli była świadoma, to należałoby się niepokoić, ponieważ jest to działanie niebezpieczne. Kłamstwo medialne niesie spustoszenie.
Buldożery z Angoli
Przypomnę owo wydarzenie, które nie miało w ogóle miejsca. Świat mediów w listopadzie ubiegłego roku zelektryzowała informacja, że jakoby prezydent Angoli José Eduardo dos Santos zapowiedział, że islam kończy swoją obecność w jego kraju. Jednym z mediów, które nakręcały tę bzdurę, była wspomniana „Rzeczpospolita” (zob. tutaj). Prezydent kraju, w którym muzułmanie stanowią 1 proc. populacji, miał motywować swoją decyzję faktem, że chrześcijanie są prześladowani w innych afrykańskich krajach, gdzie dominuje islam. Nie wolno będzie zatem praktykować islamu, wszystkie meczety zostaną zburzone (w stolicy są raptem dwa).
Po pierwsze, Angola znana była dotąd w świecie przede wszystkim w związku z krwawą wojną domową, która trwała ponad ćwierć wieku, ponadto z dyktaturą marksistowską oraz zawieszeniem demokracji, której do dziś przecież nie ma. A kim jest w ogóle José Eduardo dos Santos? To dyktator, który uzurpuje sobie władzę w tym kraju od 34 lat. Lewak, działacz komunistyczny, bojownik Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli – Partii Pracy, marksista, leninista, członek komunistycznej międzynarodówki. I niby ten człowiek miał nagle zacząć dbać o chrześcijaństwo? Już powyższe powinno zapalić światełko ostrzegawcze „Rzeczpospolitej”.
Po drugie, trzeba powiedzieć, że była to prowokacja, na którą nabrała się „Rzeczpospolita”. Muzułmanie w Angoli są pokojowo nastawionymi ludźmi, jako absolutna mniejszość nie przejawiali skłonności agresywnych wobec większości. Co nie znaczy, że nie obyło się i tutaj bez tragedii. Znam jeden drastyczny przypadek. We wrześniu 2008 roku w mieście Andulo doszło do spalenia trzech kościołów i do okrutnych morderstw ponad 40 chrześcijan w pogromie. Niemniej Angola nie tylko nigdy nie znajdowała się na liście krajów prześladowań, ale również z punktu widzenia egzystencji tutejszych muzułmanów nie dochodziło do incydentów terrorystycznych czy prześladowczych na wyznawcach Chrystusa, chociaż rząd ogłaszał infiltracje kraju przez Al-Kaidę, co nie zostało jednak ostatecznie potwierdzone.
Po trzecie, dyktatura marksisty Agestino Neto była źródłem wielu nieszczęść dla chrześcijan. W 1979 r. Neto wypowiedział słynne słowa: „W ciągu 20 lat nie będzie w Angoli ani chrześcijan, ani Biblii”. Wkrótce prezydent zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w Moskwie, a dziś Kościół jest w rozkwicie. Zazwyczaj tak się kończą prognozy komunistów. Spadkobiercą reżimu jest natomiast aktualny dyktator, właśnie ten od fikcyjnego zakazu islamu.
Sam w pierwszym momencie ze zdziwieniem przyjąłem ten antyreligijny i antyhumanistyczny akt Santosa, który rządzi państwem nieprzerwanie od 1979 roku. Osobiście zadzwoniłem do ambasady Angoli i proszę mi wierzyć, kiedy zapytałem, czy w ciągu trzech dni od podania tej fałszywej informacji, któryś z dziennikarzy polskich pofatygował się, aby potwierdzić u źródła tę kaczkę dziennikarską, otrzymałem zdumiewająca odpowiedź, że oprócz mnie nikt do ambasady Angoli nie zadzwonił.
W międzyczasie, po ułożeniu sobie w głowie kilku wymiarów tego problemu, wszystko wydało się dość jasne. Ta prowokacja miała w swoim założeniu wywołać przeciwny skutek niż ten, który jawi się w dyskursie publicznym.
Oczekiwano, że w świecie prześladowań dojdzie do zemsty na niewinnych wyznawcach Chrystusa, a pożyteczni idioci, którzy mieli dystrybuować to kłamstwo, mieli nakręcać paranoję. Jakie to przykre, że w tę grę zagrała „Rzeczpospolita”.
Dr Tomasz M. Korczyński