Może znajdą „Groma”?
Środa, 16 kwietnia 2014 (02:08)Z Tadeuszem Rewińskim, krewnym sierż. Władysława Stefanowskiego „Groma”, dowódcy oddziału rozbitego przez NKWD nad jeziorem Brożane, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jakie pokrewieństwo łączy Pana z sierżantem „Gromem”?
– Władysław Stefanowski był bratem mojej mamy, a moim wujkiem. Mieszkał w niewielkiej, podaugustowskiej wsi Wojciech. Po zakończeniu służby wojskowej pomagał na roli mojemu dziadkowi, byłemu gajowemu, który był już wtedy na emeryturze. Z chwilą wybuchu wojny „Grom” uczestniczył w obronie Warszawy, później wrócił do Wojciecha. Po pewnym czasie poszedł do lasu, do partyzantki. Był w niej chyba od 1942 roku. Władysław urodził się w 1911 r., więc w 1945 r., gdy jego oddział w trakcie obławy augustowskiej został okrążony nad jeziorem Brożane i rozbity, miał 34 lata. Nie wiadomo, co stało się później z członkami oddziału. Wydaje mi się, że wszyscy raczej nie zostali tam na miejscu zamordowani. Część z nich zapewne wywieziono w nieznanym kierunku. Nie wiemy, gdzie. Krążą informacje, że zostali zamordowani i pochowani na fortach grodzieńskich. Mówi się również, że część mogła zostać wywieziona do Lidy i tam zamordowana. Trudno w tej chwili powiedzieć, jaka jest prawda. Skoro „Grom” był dowódcą, to wydaje mi się, że nie musiał zostać zabity po rozbiciu oddziału nad Brożanem. Mógł zostać przewieziony do Białegostoku na przesłuchania. Wiem, że sporo ludzi zostało tam zamordowanych i zakopanych.
Ilu żołnierzy walczyło w oddziale „Groma”?
– Początkowo, w momencie, kiedy był rozkaz rozwiązania Armii Krajowej, oddział był nieduży. Kiedy jednak nastąpiły represje, przesłuchania NKWD, ludzie uciekali do lasu i oddział się rozrastał. W swoim szczytowym momencie mógł liczyć nawet kilkadziesiąt osób. „Grom”, gdy wstępował do partyzantki, był plutonowym, później prawdopodobnie awansował na sierżanta. Sądzę, na podstawie tego, co mówiła mi mama, że był lubiany i szanowany przez kolegów, inaczej pewnie nie zostałby wybrany na dowódcę. Mama twierdziła, że był bardzo sympatycznym człowiekiem, gorącym patriotą, zresztą podobnie jak jego bracia, którzy też służyli w wojsku.
„Grom” miał sześcioro rodzeństwa, trzy siostry i trzech braci. Też służyli w wojsku. Jeden w marynarce, później był internowany i zesłany na roboty do Niemiec, skąd uciekł. Drugi był w ułanach krechowieckich, również internowany, trafił później do armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak. W końcu wylądował w Anglii, gdzie zmarł w czasie, gdy w Polsce zaczął się stan wojenny. Najmłodszy brat był razem z Władkiem w lesie, później został wcielony do Ludowego Wojska Polskiego w Białymstoku. Stałym miejscem stacjonowania jego oddziału był Toruń, stamtąd z dosyć sporą grupą żołnierzy zbiegł do lasu.
Po obławie augustowskiej słuch po „Gromie” zaginął.
– Tak. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Jak wspomniałem, krążyła wówczas wieść, że zostali rozbici i w fortach grodzieńskich skończyli swój szlak. Później w gazetach ukazywały się paszkwile pracownika UB w Suwałkach, który pisał o „Gromie” i jego towarzyszach broni, że byli bandytami. Podczas przesłuchań wyciągał różne informacje, lecz z tego, co pisał, nie dało się wywnioskować, jaki był przebieg zdarzeń po rozbiciu oddziału. Absolutnie nie było wtedy możliwości, by rodzina mogła szukać „Groma”. Co mogliśmy sami zrobić, kogo pytać, gdy nawet sąsiedzi szeptali między sobą, że mieszka tu rodzina bandyty. Były na nas nagonki. Zresztą podobna opinia wytwarzana była pod adresem wszystkich, którzy się nie ujawnili i nie wrócili z lasu.
Gdy zmienił się ustrój, próbowali Państwo dowiadywać się o „Groma”?
– Ze dwadzieścia lat temu powstał Społeczny Komitet Poszukiwań Zaginionych w Obławie Augustowskiej i jego członkowie zgłosili się do nas. Opieraliśmy się na grupie tych osób, liczyliśmy na to, że dojdą prawdy. Ludzie ci zrobili sporo dobrej roboty, stworzyli listy zaginionych. Z inicjatywy tej grupy powstał także pomnik w Gibach upamiętniający wszystkich, którzy zostali w obławie augustowskiej schwytani i nie powrócili. Stowarzyszenie „Leśni” z Augustowa ustawiło właśnie pamiątkowy krzyż w miejscu, gdzie ten oddział został rozbity. Wkrótce ma nastąpić jego poświęcenie.
Kiedy dowiedział się Pan o możliwości oddania materiału genetycznego, by zwiększyć prawdopodobieństwo odnalezienia wuja?
– W Augustowie działa przy liceum Klub Historyczny im. Armii Krajowej, prowadzony przez historyków państwa Kaszlejów. Na stronie internetowej klubu zobaczyłem ogłoszenie, że jest taka akcja pobierania próbek. Na marginesie powiem panu, że pan Zbigniew Kaszlej poinformował dwa miesiące temu podczas spotkania z przedstawicielem IPN w Augustowie, że zamierza pisać biografię „Groma”. Kontaktował się już ze mną w sprawie materiałów. Oddałem materiał DNA do badań. Ma on zostać pobrany jeszcze od mojej siostry, która jest po trzecim wylewie, porusza się na wózku. Pracownicy IPN mają się do niej zgłosić i ten materiał pobrać. Cały czas żyjemy nadzieją, że „Grom” zostanie w końcu zidentyfikowany. Przykro tylko, że mama nie doczeka tego momentu. Nie wiadomo jednak, jak to jeszcze będzie. Może spoczywa gdzieś na Białorusi, tymczasem za wschodnią granicą sytuacja robi się coraz bardziej napięta, a przecież Łukaszenka jest uzależniony od Putina.
Zachowały się jakieś pamiątki po Władysławie Stefanowskim?
– Kilka dokumentów. Legitymacja, paszport, świadectwo wojskowo-lekarskie, gdzie wspomina się o akcji z 1943 r. na posterunek żandarmerii niemieckiej. „Grom” został wtedy dwukrotnie ranny w rękę i leżał na plebanii w Studzienicznej. Była to jakaś akcja odwetowa. Nie wiem, czy się udała, prawdopodobnie tak. Ja sam urodziłem się dziesięć lat po wojnie, znam przekazy o „Gromie” od mamy i jej siostry, która wcześniej zmarła. Opowiadały mi różne rzeczy, ale wtedy człowiek nie przywiązywał do tego odpowiedniej wagi. Mama mówiła, że dowiedziała się o tym, że jej brat po akcji w 1943 r. ukrywa się na plebanii. Pojechała tam, ksiądz bardzo się zdziwił, gdy ją zobaczył, pytał, skąd wie, że „Grom” jest u niego. Ten kapłan był osobą znajomą, gdyż mój dziadek udzielał się w parafii. Wiedziałem od mamy, że „Grom” był ważną postacią na tych terenach. Żałuję, że nie nagrałem jej przed śmiercią. Zachowało się zdjęcie „Groma” sprzed wojny i drugie z okresu wojennego, gdy Sowieci weszli na te tereny.
Żyją jeszcze bezpośredni świadkowie, którzy pamiętają czasy obławy?
– Tych ludzi, którzy bezpośrednio pamiętają obławę, jest już coraz mniej. To są pojedyncze osoby. Wiele osób zgłasza się jednak, by oddać materiał DNA. Do tej pory chyba około stu. Jest też część ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą o akcji oddawania materiału DNA, bo nie śledzą bieżących informacji. Ludzie tu są jednak bardzo pozytywnie nastawieni do tych badań, każdy chciałby wiedzieć, gdzie jego bliscy spoczywają.
W Augustowie są jakieś miejsca upamiętniające „Groma”?
– Niestety nie. Przykre jest dla mnie to, że w Augustowie powstał pomnik Żołnierzy Wyklętych, którego inicjatorem była Fundacja „Pamiętamy”. Jest tam wiele nazwisk wyrytych na płytach. Szukaliśmy z niecierpliwością, ale nazwiska Władysława Stefanowskiego „Groma” niestety nie znaleźliśmy. Nie wiem, dlaczego go tam nie ma. Przykro mi się zrobiło, bo gdy pomnik powstawał, nikt się ze mną nie kontaktował. A „Grom” nie był przecież postacią anonimową, lecz osobą znaną, wspominaną w różnego typu publikacjach. Byłoby wspaniale, gdyby jego nazwisko dało się jeszcze na tym pomniku wyryć. Nie wiem też, co będzie napisane na krzyżu postawionym w lesie w Gibach, który ma upamiętniać tamtych partyzantów.