Wielbiciel potwornego spaghetti
Sobota, 12 kwietnia 2014 (19:25)Kompromitacje polityków i urzędników Platformy Obywatelskiej gonią się w wielkim, szalonym wyścigu, jakby w zazdrości, że zwycięskie poprzedniczki osiągnęły szczyt wszelkich możliwości upadku i należy je przebić. U red. Jacka Żakowskiego, który sam zalicza sporo wpadek, głównie intelektualnych, notorycznie dochodzi do samodyskredytowania się reprezentantów ekipy Tuska.
Ostatnio minister Rafał Trzaskowski, szef resortu administracji i cyfryzacji, przyznał, że z zainteresowaniem wczytał się w osiem zaleceń przedłożonych przez grupę dążącą do zarejestrowania w ministerstwie „polskiego kościoła latającego potwora spaghetti”. Według ministra, punkty te skłaniają do refleksji na temat stosunku państwo – Kościół. Jeżeli mam być szczery, to zdumiała mnie szczerość Trzaskowskiego. Nie będę na łamach portalu NaszDziennik.pl rozpowszechniać prowokacyjnych koncepcji twórcy projektu pastafarian, ale bardzo łatwo je odnaleźć w sieci.
Dyskusja z prowokatorami, ludźmi, którzy dla zabawy kpią z uczuć religijnych wyznawców różnych religii, islamu, judaizmu, chrześcijaństwa, buddyzmu czy hinduizmu, przy okazji kompromitując środowiska ateistyczne, jest, delikatnie mówiąc i zbędna, i bezzasadna, a już poszukiwanie głębi, i do tego snucie jakichś refleksji na podstawie poziomu dyskutantów z durszlakiem na głowie, może jest inspirujące dla Trzaskowskiego, ale dla zdrowo myślącego człowieka niekoniecznie. Zarówno wierzącego, jak i niewierzącego. Zresztą większość polskiego społeczeństwa nie życzy sobie rejestracji tej konkretnej quasi-wspólnoty religijnej w naszej Ojczyźnie. O czym tu dyskutować?
Poza tym zalecenia grupy, o której mowa, są na tyle żenujące, że wywołują raczej pusty śmiech i litość, niż pogłębiają jakąkolwiek refleksję. Minister, kokietując przedstawicieli mniejszości, po pierwsze, kompromituje siebie, po drugie, ośmiesza stanowisko ministra, po trzecie, obraża polskich katolików, po czwarte, stosuje tuskową zasadę „dziel i rządź”, po piąte, wchodzi w niebezpieczny flirt z ekstremistami, po szóste, legitymizuje ludzi złej woli, i po siódme, bezpardonowo atakuje Kościół.
Znam wprawdzie nazwiska wielkich twórców, intelektualistów, mężów stanu, ojców duchowych naszego państwa i historię konkordatu, ale przyznaję, że osoba i nazwisko ministra Trzaskowskiego niewiele mi dotąd mówiły. Skąd przybył, kim jest, czego dokonał także. To kolejny wysłannik z ekipy Donalda Tuska, który w imię liberalnej doktryny niebezpiecznie demontuje porządek, ład, umowę społeczną w celu zwycięstwa w kolejnych wyborach swojej postpolitycznej formacji, nie zważając, ile przy tym spowoduje szkód.
Nie zakładam, aby zachwyty ministra administracji nad doktryną quasi-wspólnoty były prawdziwe, wówczas niezbyt dobrze świadczyłoby to o poziomie samego ministra, moim zdaniem jest to bardziej gra o elektorat libertyński i lewacki, aby zagarniać kolejne przestrzenie poparcia dla centrolewu, który jako PZPO (Polska Zjednoczona Platforma Obywatelska) sam przyjmuje postać wielokształtnego potwora, który wchłania w siebie, co popadnie.
Z kolei twórcy happeningu chcą zainteresować opinię publiczną swoją egzystencją. Przy wsparciu mainstreamowych mediów precyzyjnie wybrali czas przedświąteczny, aby zatruwać swoim dyskursem przestrzeń publiczną i aby się o nich mówiło, bo nie ma jak skandal.
I tak, po kolejnych atakach na wartości chrześcijańskie, świętości i autorytety ludzi Kościoła katolickiego, poziom debaty publicznej opada stopniowo na samo dno, a atakowani chrześcijanie muszą codziennie liczyć się z tym, że po włączeniu radia, telewizora, wyjściu na ulice, znów zostaną obrażeni, wyszydzeni, sprowokowani przez obrazy nienawiści i słowa pogardy. Chyba, że są widzami alternatywnych, niemal undergroundowych mediów. Wciąż jeszcze takie istnieją i ratują honor dziennikarstwa w Polsce.
dr Tomasz M. Korczyński