• Czwartek, 5 marca 2026

    imieniny: Adriana, Fryderyka, Oliwii

Spełniona obietnica

Czwartek, 16 sierpnia 2012 (07:18)

Z Zofią Noceti-Klepacką, brązową medalistką olimpijską w windsurfingowej klasie RS:X, rozmawia Piotr Skrobisz


Nie żal Pani rozstawać się z medalem olimpijskim?
- Nie. Jadąc na igrzyska, marzyłam oczywiście o medalu, ale nie w sensie dosłownym, materialnym. To tylko rzecz, nic więcej. Gdyby został u mnie w domu, to pewnie kurzyłby się, wisząc na ścianie lub leżąc na szafce. Już dawno temu postanowiłam, że jeśli stanę na podium, to medal dam na licytację, a pieniądze przekażę na leczenie małej Zuzi. Sobie pozostawię duplikat, no a w pamięci kibiców i tak zostanę. To jest najważniejsze.


Kiedy podjęła Pani taką decyzję?
- Zuzia jest moją sąsiadką, znam ją od zawsze. Choruje na mukowiscydozę. Na początku roku, w styczniu lub w lutym, rozmawiałam z jej mamą i obiecałam, że jeśli pojadę do Londynu - a wtedy nie byłam jeszcze tego pewna - to powalczę o medal dla Zuzi. Mama się wzruszyła, popłakała, a ja wiedziałam, że teraz ten medal muszę zdobyć (śmiech). Życie sportowca jest pasmem wyrzeczeń, ciągłej harówki, potu, bólu, łez. Raz na jakiś czas pojawiają się chwile zwątpienia, w których człowiek zastanawia się: "Po co ja to robię". Trzeba ciągle walczyć ze sobą, swymi słabościami, mięśniami, ale też głową, która pozwala - albo i nie - przełamywać bariery. Ale wszystko to nie może się nawet równać z bojem ze śmiertelną chorobą. Gdy patrzę na Zuzię, jej pogodę ducha, optymizm i jednocześnie cierpienie, to wszystkie moje poświęcenia bledną. Przez życie staram się przechodzić z uśmiechem, sprawiając radość - nie tyle sobie, co innym. Na pieniądze nie patrzę, ale wiem, że są ludzie, którym mogą bardzo pomóc.


Myśl o tym, że płynie Pani dla małej Zuzi, dodawała sił?
- Wie pan, jak się coś obiecuje dziecku, to wzbudza się jego nadzieję, jego marzenia i nie można zawieść. Jestem szczęśliwa, że wyszło jak wyszło, bo chyba Zuzi nie rozczarowałam. Zresztą wiem, że nawet gdybym nie stanęła na podium, to nie miałaby do mnie żadnego żalu. Regaty w Weymouth rozpoczęłam bardzo dobrze. Wydawało się wtedy, że w zasięgu jest nawet złoty medal. Niestety, w jednym z wyścigów popełniłam błąd, popłynęłam o jedno okrążenie za dużo, dużo straciłam, spadłam w klasyfikacji...


... pamięta Pani podobną pomyłkę?
- Tak, jedną, sprzed dziesięciu lat... W Weymouth pomyślałam, że to koniec, że przegrałam, że już nie dam rady. Trochę się załamałam. Chciałam przeprosić Zuzię, ale to ona do mnie zadzwoniła i powiedziała mi, żebym odrzuciła złe myśli, że i tak jestem dla niej najlepsza, a jak nie wejdę na podium, to nic się nie stanie. Mam tylko walczyć do końca i nigdy się nie poddawać. Jak ona.


I wszystko skończyło się dobrze.
- Przed finałowym wyścigiem znów byłam pełna wiary, pozytywnie nastawiona. Miałam swoją taktykę, ale to żeglarstwo, w którym nie wszystko można z góry przewidzieć. Do tego olimpijskie regaty były rozgrywane przy kapryśnym wietrze, dodatkowo utrudniającym sprawę. Podczas wyścigu sytuacja się zmieniała jak w kalejdoskopie, początkowo płynęłam na czele, potem spadłam na dalsze miejsce, ale w końcówce zaryzykowałam, obrałam inną trasę od konkurentek i jak się okazało, przyniosło to brązowy medal.


Równie cenny co złoto?
- Pewnie. Marzyłam o złocie, ale z brązu cieszyłam się tak, jak ze złota. Największe emocje odczuwałam po przekroczeniu mety, ale do dziś są żywe i pewnie długo nie opadną. Sukces olimpijski to jest bowiem coś niepowtarzalnego, wyjątkowego.


Co Pani czuła, stojąc na podium?
- Spełnienie. I dumę, bo nie zawiodłam Zuzi.


Dziękuję za rozmowę.

Piotr Skrobisz