Bat na brukselskich trutni
Piątek, 11 kwietnia 2014 (02:00)Z Piotrem Dudą, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, rozmawia Krzysztof Losz
„Solidarność” szykuje kampanię informacyjną przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Na czym będzie ona polegać?
– My ją traktujemy jako kontynuację naszej akcji protestacyjnej, bo przecież cały czas jesteśmy w sporze z rządem Donalda Tuska. To także realizacja mojej zapowiedzi sprzed dwóch lat, że przyjdzie taki moment, gdy rozliczymy posłów. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił, bo ja, w przeciwieństwie do pana premiera Tuska, dotrzymuję danego słowa. Myślałem, że czas na rozliczenia naszych polityków przyjdzie w przyszłym roku podczas wyborów parlamentarnych, ale okazuje się, że część posłów i senatorów, i to spora część – bo ponad 60 – startuje w wyborach do Parlamentu Europejskiego.
A wielu z nich przez te trzy lata zasiadania w polskim parlamencie dało się poznać jako osoby nastawione antypracowniczo. To osoby, które zniszczyły polski system pracy. To ludzie, którzy głosowali za podniesieniem wieku emerytalnego, za uelastycznieniem czasu pracy, za wydłużeniem czasu pracy dla osób niepełnosprawnych. Przy głosowaniu nad ustawą o święcie Trzech Króli odebrali zaś pracownikom prawo do odbioru dni wolnych za dni świąteczne. Tak więc to są ludzie, którzy uczynili wiele zła, a teraz chcą uciec do Brukseli. Chcemy zrobić taką kampanię, żeby uświadomić polskim wyborcom, że tacy ludzie chcą teraz iść do Parlamentu Europejskiego i psuć prawo w Europie.
Ponad 60 posłów i senatorów kandydujących w eurowyborach to rzeczywiście spora grupa, w dodatku zazwyczaj zajmują wysokie miejsca na listach, więc mają spore szanse na zdobycie mandatu eurdeputowanego…
– Tym bardziej jest potrzebna nasza związkowa kampania. Dlatego przygotowujemy odpowiednie narzędzie, które pomoże ludziom w rozliczeniu kandydatów.
Co to za narzędzie?
– Nie chciałbym teraz zdradzać szczegółów naszej inicjatywy. Przedstawimy je w maju podczas konferencji prasowej, która zainauguruje akcję „Solidarności”. Chcemy dać ludziom oręż do ręki, aby mogli rozliczyć polityków i świadomie zdecydować, kogo poprą w wyborach. Bo ci ludzie, którzy teraz kandydują do PE, stają się bezczelni. Najpierw przez całą kadencję zachowują się źle, głosują za ustawami uderzającymi w zwykłych ludzi, a potem zbierają podpisy pod swoimi listami i udają dobrych.
Bo myślą, że Polacy mają zbiorową amnezję i o wszystkim zapominają. My chcemy jako związek zawodowy „Solidarność” dać teraz polskim wyborcom narzędzie, dzięki któremu łatwo będzie można sobie przypomnieć, jak parlamentarzyści się zachowywali, jak dbali o sprawy swoich wyborców. Takiego narzędzia w Polsce jeszcze nikt nie pokazał. Ludzie dostaną wiedzę na temat kandydatów, a na kogo zagłosują, to już jest ich sprawa. Ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie wiedział, na kogo zagłosował.
Panie Przewodniczący, do tej pory nikt nie wpadł na taki pomysł, aby przygotować obszerny raport na temat kandydatów do PE, który – jak rozumiem – przedstawi „Solidarność”. Decydujący głos w sprawach, o których Pan mówił, miała koalicja rządowa. Czy w takim razie jest to akcja skierowana przeciwko PO i PSL?
– Nie, bo za wydłużeniem wieku emerytalnego czy innymi antypracowniczymi ustawami głosowali nie tylko parlamentarzyści koalicji rządowej. Ponadto niektórzy kandydaci do europarlamentu kiedyś byli w koalicji PO – PSL, a potem zmienili barwy polityczne, założyli nowe partie i myślą pewnie, że się wybielili i są już w porządku. Nie, nie są w porządku. My pamiętamy o wszystkich ich decyzjach, o tym, co robili jako członkowie koalicji. I to narzędzie, które przygotowujemy Polakom, też o tym będzie przypominać. To na pewno wielu kandydatów zaboli.
Związek jest oskarżany przez część polityków o to, że znowu wchodzi w politykę, że Piotr Duda wpycha „Solidarność” w bieżącą walkę polityczną…
– Tak mówią ludzie, którzy nie mają nic innego do powiedzenia, nie mają argumentów na swoją obronę. Przecież nawet rodziców, którzy niedawno protestowali w Sejmie w obronie swoich praw i swoich niepełnosprawnych dzieci, też oskarżano o działalność polityczną. Na mnie też takie oskarżenia spadły, gdy spotkałem się z protestującymi rodzicami. Ja zarzuty o rzekome wchodzenie w politykę mogę skomentować w taki sposób: jak przychodzimy na spotkania z kandydatami na parlamentarzystów – to nie jest to polityka. Jak jesteśmy namawiani do tego, aby przyjść na wybory, głosować – to nie jest to polityka.
Ale jak już chcemy rozliczyć tych posłów – to już jest polityka. Ja przede wszystkim jestem obywatelem Polski, związkowcem „Solidarności” i mam prawo wchodzić w sprawy społeczne i oceniać polityków, którzy za nasze, publiczne pieniądze obiecują nam złote góry, a później się z tego wycofują. Albo głosują wbrew interesom społeczeństwa. Ja w taką politykę zawsze będę wchodził, bo to jest mój obowiązek.
Czyli akcja informacyjna nie jest działalnością polityczną związku?
– Nie. Wejście związku zawodowego do polityki byłoby wtedy, gdyby „Solidarność” poparła jakąś konkretną partię, polityka. Gdyby tak się stało, można by nam zarzucić, że cofamy się do czasów AWS. Ale my nic takiego nie zrobiliśmy. My w tym przypadku żadnej polityki nie robimy. To jest nasz obowiązek. Oczywiście, ludzie, którym się nie podoba aktywność „Solidarności”, chcieliby nas zamknąć w zakładach, żebyśmy tylko się zajmowali cebulą i pietruszką. Ale my robimy inaczej, bo zajmujemy się bardzo ważnymi sprawami, żywotnymi interesami ludzi. I będziemy, nie jako członkowie „Solidarności”, ale jako obywatele, rozliczać tych naszych „milusińskich”, jak nazywam naszych polityków.
Czy teraz „Solidarność” przy każdych wyborach: parlamentarnych, europejskich, będzie przeprowadzać takie akcje?
– Jak wypromujemy to nasze narzędzie, o którym mówię, to wszystkim wejdzie to w krew, więc ludzie będą z tego korzystali i w przyszłości. I politycy się tego najbardziej boją, bo przecież prawie nikt z nas nie jest w stanie – poza wyjątkowo ambitnymi ludźmi – wejść na strony sejmowe, wertować tysiące stron dokumentów. Tu trzeba przygotować ludziom „ściągę”, w której napiszemy, co nam wszystkim politycy obiecywali, a co zrealizowali, jak naprawdę głosowali.
Takie narzędzia kontrolne może będą dyscyplinować polityków, żeby nie obiecywali gruszek na wierzbie, żeby nie oszukiwali ludzi? Sądzi Pan, że to zmieni naszą scenę polityczną?
– W jakiejś części na pewno tak. Teraz chodzi nam po prostu o to, aby do Brukseli dostali się jak najlepsi kandydaci. Przecież Parlament Europejski w nowej kadencji będzie rozstrzygał bardzo wiele spraw ważnych dla Europy i naszego kraju. Będzie się decydował w nim kształt polityki socjalnej, prawa pracy. Będą przyjmowane dyrektywy dotyczące czasu pracy, umów śmieciowych, płacy minimalnej, zatrudniania młodych. Teraz pracy nie ma 25 proc. młodych Europejczyków! To są bardzo ważne problemy. I myśli pan, że tacy ludzie jak Jacek Rostowski, Dariusz Rosati, Adam Szejnfeld będą głosowali inaczej w PE, niż robili to w polskim parlamencie?
Kiedy wystartuje kampania „Solidarności”?
– 5 maja zorganizujemy konferencję prasową w Gdańsku, o której wspominałem wcześniej, gdzie przedstawimy szczegóły naszej inicjatywy. Podkreślam jeszcze raz: my damy wyborcom narzędzie do oceny kandydatów do PE. A to, jaki oni z niego użytek zrobią i jak zagłosują, to już zależy od każdego z wyborców, a nie od „Solidarności”.