Pacjencie, płać dwa razy
Piątek, 11 kwietnia 2014 (02:00)Reforma służby zdrowia to już od wielu lat jeden z głównych tematów politycznych debat w Polsce. Z oficjalnych wypowiedzi rządzących można by wnioskować, że jedynym powodem ciągłych zmian w systemie ochrony zdrowia jest panująca wśród administratorów naszego kraju „troska o dobro pacjenta”.
Efekty działań reformatorów mogą jednak wskazywać także na mniej szlachetne – prezentowane jedynie w czasie dyskretnych rozmów – pobudki. Informacje o biznesowych możliwościach, jakie daje kierowanie zmianami systemu służby zdrowia, krążyły wśród elit polityczno-biznesowych od dawna.
„Lody w szpitalach będą kręcone, jest wola polityczna”, „biznes na służbie zdrowia będzie robiony”, „do tego typu spraw będzie pierwszy macher, frontmenka, partnerka z mojej grupy” – przewidywała Beata Sawicka, była poseł Platformy Obywatelskiej.
Znajomości z „producentami lodów” zapewnić miały dostęp do największych szpitalnych smakołyków? Korzystną dla zaprzyjaźnionych przedsiębiorstw wycenę wybranych świadczeń medycznych? Preferencyjne wyceny samych szpitali? Ulgi, rabaty, umorzenia, dotacje…? Działaczka rządzącej partii nigdy nie sprecyzowała, co miała na myśli. Bez względu na te szczegóły można odnieść wrażenie, że jej przepowiednie stopniowo się spełniają…
Do państwowej i publicznej kasy
Na kłopotach publicznej służby zdrowia korzystają prywatne firmy. Coraz więcej Polaków rezygnuje z oczekiwania w kolejkach do państwowego szpitala i płaci za leczenie podwójnie. Oprócz obowiązkowej składki ubezpieczeniowej ponosimy koszty usług medycznych świadczonych na zasadach rynkowych. Im dłuższe kolejki w państwowych szpitalach, tym większy ruch w klinikach prywatnych.
Media co jakiś czas informują o zdumiewającej trosce przedstawicieli samorządów i instytucji państwowych o opłacalność inwestycji – przynajmniej niektórych – medycznych biznesmenów. Dzięki transakcji przeprowadzonej w Myślenicach okazało się np., że jeśli do kupna szpitala miejskiego przymierza się dwójka radnych rządzącej partii, to cena zakupu 100 proc. udziałów szpitala może zostać obniżona nawet do kwoty 135 tysięcy złotych. Prywatne kliniki i szpitale dobrze zarabiają na kontraktach z NFZ, nawet jeśli „nie do końca” wypełniają warunki umów. Niekiedy dorabiają też na „dodatkowych opłatach” za usługi finansowane przez fundusz.
Potrójne łóżka
Sprawami tego typu, poza kierownictwem NFZ i resortu zdrowia, zaczęło interesować się także Centralne Biuro Antykorupcyjne. Co ciekawe, wnioski z kontroli przeprowadzanych przez CBA różnią się od informacji zbieranych przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Najgłośniejszym przykładem tego typu były wyniki ubiegłorocznej kontroli przeprowadzonej w katowickiej klinice EuroMedic.
Ustalono, iż szpital nie zatrudniał wykazanej w ofercie dla NFZ liczby pielęgniarek i lekarzy, nie zapewniał pacjentom całodobowej opieki lekarskiej i pielęgniarskiej (zarówno pielęgniarki, jak i lekarze oświadczali, że pełnili dyżury, mimo że… nie otrzymywali za nie wypłat), nie zapewniał na oddziałach izolatek, nie posiadał wymaganej liczby kardiomonitorów na oddziale kardiochirurgii, a przede wszystkim… „rozmnażał” łóżka. Podobno na ośmiu łóżkach na oddziale okulistyki jednego dnia hospitalizowano tam 22 pacjentów, na trzech łóżkach chirurgii ogólnej 11, a na trzech łóżkach kardiochirurgii nawet 12 pacjentów.
Tymczasem podczas wcześniejszych, kilkakrotnych kontroli NFZ w szpitalu nie stwierdzano żadnych uchybień. Mimo wykrycia rażących nieprawidłowości przedstawiciele resortu zdrowia nie mieli nic przeciwko przedłużeniu umowy szpitala z NFZ, a nawet stawali w jego obronie.
Podobnie jak w sprawie prywatnej kliniki okulistycznej Sensor. Szpital obciążał chorych opłatami np. za soczewki droższe od refundowanych przez NFZ. Narodowy Fundusz Zdrowia płacił szpitalowi za pacjenta ok. 3000 złotych. Dla kliniki było to jednak za mało, w związku z czym pobierała od pacjentów dodatkowe, nielegalne opłaty. Gdy mazowiecki NFZ rozwiązał umowę i powiadomił o działaniach szpitala prokuraturę, w jego obronie – interweniując u ówczesnej szefowej NFZ Agnieszki Pachciarz – stanął… wiceminister zdrowia Sławomir Neumann. Kilka godzin po odwołaniu szefowej NFZ klinika Sensor otrzymała ofertę przedłużenia umowy na 2014 rok.
Wojna z kolejkami
Powtarzające się w mediach informacje o „przekrętach” w służbie zdrowia i nierozwiązanym od lat problemie szpitalnych kolejek najwyraźniej zmobilizowały premiera Donalda Tuska, który w czasie serii medialnych wystąpień zażądał od ministra zdrowia przedstawienia planu naprawczego. W odpowiedzi pojawił się tzw. pakiet kolejkowy. Zniesienie limitów dla chorych na raka, szybka terapia onkologiczna i indywidualny plan leczenia dla pacjenta, rozszerzenie możliwości diagnostycznych dla lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej i motywowanie specjalistów do przyjmowania nowych pacjentów – m.in. takie zmiany zaproponował minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Czy w końcu możemy spodziewać się szybkich, pozytywnych zmian w ochronie zdrowia?
Maria Ochman, przewodnicząca Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”, pozytywnie ocenia, że minister Bartosz Arłukowicz przedstawił jakiś zarys swojego planu. Podkreśla jednak, że nie jest to propozycja kompleksowa, ale mimo to można powiedzieć, że – zwłaszcza jeśli chodzi o zniesienie limitów dla chorych na raka – lepiej późno niż wcale. Wciąż nie wiemy jednak, skąd ministerstwo weźmie na to pieniądze. Gdyby rzeczywiście znalazły się dodatkowe fundusze na uporządkowanie spraw onkologicznych, to już byłby to duży plus. Na pewno trzeba skrócić drogę leczenia i część spraw pacjentów mogą załatwiać lekarze pierwszego kontaktu.
– Tyle że już w tej chwili problemem jest nie tylko dostanie się do specjalisty. A praca lekarzy to misja – tu nie ma rezerw motywacyjnych, dzięki którym doszłoby do poprawy w służbie zdrowia. Problem leży w finansowaniu i w założeniach całego systemu, a nie w braku motywacji lekarzy – komentuje propozycje pakietu kolejkowego Ochman.
– Pomimo mojej wielkiej życzliwości dla pacjentów jestem sceptyczny wobec tych zapowiedzi. Obietnice ministra Arłukowicza to zbiór dziwnych zapewnień, z których nie wynika, w jaki sposób minister chciałby osiągnąć cel. Jego propozycje nie dotykają istoty problemów – uważa senator PiS Bolesław Piecha. W jego opinii, poprawienie sytuacji w ochronie zdrowia zapewnić mogą przede wszystkim dwie rzeczy. Należałoby zwiększyć pulę pieniędzy przeznaczonych na leczenie, a przynajmniej uzupełnić braki kadrowe wśród lekarzy. Bez takich zmian, o ile rzeczywiście polepszy się sytuacja w onkologii, to pogorszy się gdzie indziej. Poprawa nastąpi np. kosztem kardiologii, okulistyki czy pediatrii.
Senator dodaje, że spore rezerwy tkwią w ograniczeniu biurokracji. – Nie chodzi tu jedynie o tysiące urzędników zatrudnionych w NFZ, ale także o nadmierne obarczenie biurokracją lekarzy. Nadmierne, bo aktualnie 30-40 proc. czasu pracy poświęcają na czynności typowo urzędnicze, a niezwiązane z leczeniem chorych – dodaje Piecha.
Lekarze czy urzędnicy?
Z poglądem o drastycznych niedoborach kadrowych wśród lekarzy zgadza się prezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr Maciej Hamankiewicz. Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych przez Naczelną Radę Lekarską i Polską Akademię Nauk polski lekarz pracuje na 1,7 etatu.
– Mamy najmniejszą liczbę lekarzy w Europie, tylko Czarnogóra jest za nami. Tymczasem pan minister nakłada na lekarzy przedziwne obowiązki, które odrywają ich od pacjentów, a które mógłby wykonywać kto inny – stwierdził prezes Naczelnej Rady Lekarskiej w wywiadzie dla radiowej Jedynki.
Winą za fatalnie zorganizowany system ochrony zdrowia próbuje się obciążać lekarzy, zaś zły wizerunek lekarza jest często kreowany przez rządzących.
– Ich polityka ma wskazywać, iż system jest bardzo dobry, minister jest najlepszy, premier pochyla się nad każdym chorym pacjentem i tylko ci lekarze są paskudni, gdy w rzeczywistości opinia o polskich lekarzach pracujących w różnych miejscach świata jest wyjątkowo dobra – ocenia dr Hamankiewicz.
Trudno spodziewać się, aby rozwiązania, które mogłyby choć częściowo uzdrowić służbę zdrowia, zostały w najbliższym czasie wdrożone. Likwidacja NFZ, ograniczenie szpitalnej biurokracji, urealnienie wycen świadczeń medycznych, przeciwdziałanie pasożytowaniu na systemie ochrony zdrowia przez zaprzyjaźnionych z politykami biznesmenów to propozycje, dzięki którym pula pieniędzy przeznaczonych na leczenie mogłaby wzrosnąć. Tyle że zmiany tego typu stałyby w sprzeczności z „polityczną wolą” kręcenia lodów w służbie zdrowia…
Piotr Tomczyk