Odpowiedzialni za pamięć o ofiarach smoleńskich
Czwartek, 10 kwietnia 2014 (18:21)Z Joanną Radecką, członkiem Społecznego Komitetu na Rzecz Uczczenia Pamięci Anny Walentynowicz oraz przyjaciółką „Legendy Solidarności”, rozmawia Izabela Kozłowska
Dzisiaj przypada czwarta rocznica katastrofy smoleńskiej, w której śmierć poniosła cała delegacja, z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele, udająca się na obchody do Katynia. Wśród ofiar tej narodowej tragedii była Anna Walentynowicz. W najbliższą sobotę (12 kwietnia br.) zostanie uroczyście poświęcony obelisk ją upamiętniający, którego fundatorami są przyjaciele „Legendy Solidarności”. To pierwsze tego typu miejsce pamięci w Gdańsku...
– Cieszymy się, że w końcu udało się nam chociaż w ten sposób uczcić naszą przyjaciółkę Annę. Już w 2010 roku jako Społeczny Komitet na Rzecz Uczczenia Pamięci Anny Walentynowicz zaproponowaliśmy prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi zmianę nazwy obecnej alei Zwycięstwa na aleję Anny Walentynowicz. Niestety, rada miasta pozostawiła nasz wniosek bez rozpatrzenia. Wcześniej został on negatywnie oceniony przez prezydenta Abramowicza oraz komisję nadającą nazwy gdańskim ulicom. Nie mogliśmy więc siedzieć z założonymi rękoma.
Mimo że od katastrofy minęły cztery lata, to Anna Walentynowicz nie doczekała się w Gdańsku godnego upamiętnienia...
– Wierzę, że przyjdzie czas, kiedy zmieni się władza i Anna doczeka się takiego miejsca pamięci. Nie chodzi o honorowanie Anny po śmierci. Ona by sobie nie życzyła być wywyższaną. Jednak nasza ludzka pamięć jest bardzo ulotna. Chcemy, by szczególnie młodzi Polacy i kolejne pokolenia wiedziały, kim była Anna Walentynowicz, tzw. Legenda Solidarności i jakie były jej dokonania. Postawiony obelisk traktujemy jako pierwszy, namacalny element uczczenia pamięci tej wyjątkowej osoby.
Jak zrodził się pomysł ufundowania obelisku?
– Pomysł jego powstania rodził się w dwóch etapach. Pewnego dnia był u nas reżyser Grzegorz Tomczak, który zaprezentował film „Musimy się na nowo policzyć”. Po projekcji jego obrazu udaliśmy się na grób śp. Anny Walentynowicz. Przyznam szczerze, że wówczas uderzyło mnie to, że na jej grobie nie ma informacji, kim Anna była. Teraz znamy historię jej życia, a przynajmniej te starsze pokolenie. Jeśli nie zadbamy o krzewienie pamięci o niej, to młodzi rodacy i kolejne pokolenia zapomną o Annie. W czasie nawiedzenia grobu Anny i jej ukochanego męża Kazimierza uznaliśmy, że nie wystarczy jedynie tablica na nagrobku, a najlepszym rozwiązaniem byłby obelisk na skarpie na cmentarzu Gdańsk-Wrzeszcz. Tak też powstał pomysł, który właśnie zrealizowaliśmy.
Obelisk ma bardzo prostą, lecz wymowną formę...
– Anna była wielka duchem, twarda jak skała, a przy okazji bardzo skromna i pokorna. Dlatego też obelisk to dużej wielkości głaz, na którym nie mogło zabraknąć najważniejszych symboli: krzyża, guzika katyńskiego oraz biało-czerwonej flagi. Widnieje na nim także napis: „Pamięci Anny Walentynowicz, Matki »Solidarności«, która zginęła 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu w Smoleńsku, w czasie służby Ojczyźnie, w drodze do Katynia”. Obelisk został zaprojektowany przez panią Beatę Kunę.
Przyjaciele Anny Walentynowicz pamiętają także w modlitwie za nią?
– Oczywiście. W oktawie dnia rocznicy katastrofy smoleńskiej i w Dzień Zaduszny gromadzimy się na modlitwie przy jej grobie. Podobnie będzie w sobotę. Przybędziemy do jej grobu, by modlić się o spokój duszy naszej Anny. Przy okazji chcemy, aby obelisk został uroczyście odsłonięty i poświęcony. Modlitwa rozpocznie się przy Krzyżu, na cmentarzu centralnym Srebrzysko o godz. 16.00. Poprowadzi ją ks. Jarosław Edward Piotrowski z parafii Niepokalanego Serca Maryi w Gdyni-Karwinach.
Należała Pani do grona przyjaciół „Legendy Solidarności”. Jaką osobą była?
– Anna Walentynowicz była osobą niezmiernie skromną. Nigdy nie dążyła do zaszczytów, była osobą prawą, jej stałym powiedzeniem, kiedy nie zgadzała się z czymś, było: „nie godzi się”. Mówiła tak, kiedy zauważyła czyjąś krzywdę, jakąś niesprawiedliwość czy zło wobec kogoś. Anna Walentynowicz nie traktowała nigdy nikogo jako wroga, ale raczej jako przeciwnika, z którymi trzeba starać się rozmawiać. Ona prawdziwie służyła ludziom, Bogu i Ojczyźnie. Anna była przede wszystkim bardzo pracowita. Kiedy wróciła z więzienia, to organizowała sympozja, starała się jednoczyć i skupiać ludzi. Zdawała sobie sprawę, że nie wszystko wie i całe życie musi się uczyć. Anna zawsze podchodziła z ogromnym dystansem do wywyższania jej osoby. Podkreślę raz jeszcze, że była skromna i pokorna. Nigdy nie oczekiwała żadnych zaszczytów. Nie chciała po śmierci spocząć w Alei Zasłużonych, lecz obok swego ukochanego małżonka. Poprzez ten obelisk i – mamy nadzieję w przyszłości inne namacalne miejsca pamięci o Annie – chcemy, by pamięć o jej życiu i działalności przetrwała. Chcemy, by młodzi Polacy i kolejne pokolenia wiedzieli, ile zawdzięczamy tej skromnej osobie.
Kiedy ostatni raz Pani rozmawiała z Anną Walentynowicz?
– Kilka tygodni przed tym tragicznym dniem 10 kwietnia 2010 roku miałam okazję po raz ostatni z Anną porozmawiać. Mimo że była bardzo zmęczona, to powiedziała, że musi jechać do Katynia, bo to obywatelski obowiązek. Oczywiście dokuczały jej różne dolegliwości, lecz miłość do Ojczyzny pokonała je wszystkie i Anna zdecydowała się lecieć wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim na miejsce zbrodni katyńskiej. Dla niej ten wyjazd wiele znaczył. Choć była – jak wspomniałam – bardzo pokorną i skromną kobietą, to prezydenckie zaproszenie traktowała jako wyróżnienie. Zginęła tragicznie, wypełniając swą kolejną misję – uczczenia pamięci bestialsko pomordowanych przez NKWD polskich oficerów w Katyniu.
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska