Na wieprzowinie może się nie skończyć
Środa, 9 kwietnia 2014 (14:07)Rząd powinien się zająć promocją polskiego mięsa poza granicami kraju. Chodzi o to, żeby złagodzić skutki rosyjskiego embarga i znaleźć nowe rynki zbytu. Mimo nadwyżek rynkowych związanych zaciągniętym przez Rosjan hamulcem na wieprzowinę trudno oczekiwać, że ceny mięsa i wyrobów w naszych sklepach przed świętami będą tańsze.
Nawet 10 milionów złotych dziennie wynoszą straty naszych hodowców trzody chlewnej na embargu na wieprzowinę wprowadzonym przez Rosję, ale także Białoruś, Ukrainę oraz Chiny. Straty dotyczą blisko 300 zakładów przetwórczych i tysięcy producentów trzody chlewnej. Nadmiar wieprzowiny nie przekłada się jednak na spadek cen detalicznych mięsa i wyrobów wieprzowych w polskich sklepach. Trudno zatem oczekiwać na spadek cen przed zbliżającymi się Świętami Wielkanocnymi.
– Reakcje na nadwyżkę podaży nad popytem mogą być obserwowane w małych przetwórniach. Jeżeli zaś chodzi o duże zakłady przetwórcze, proces ten jest znacznie wolniejszy. Trudno zatem liczyć, że ceny, zwłaszcza w supermarketach czy hipermarketach, na przestrzeni dwóch tygodni ulegną zmianie – uważa dr Władysława Jastrzębska, ekonomistka z Uniwersytetu Rzeszowskiego.
Zamiast eksportu import
W ocenie ekonomistów, problemy, z jakimi ostatnio borykają się polscy hodowcy, były – choć w mniejszym zakresie – widoczne od wielu lat, co widać po spadku pogłowia trzody chlewnej w naszym kraju. Na początku lat 90. hodowla trzody chlewnej w Polsce liczyła 20 milionów sztuk, teraz tylko 10 milionów. To spowodowało, że z eksportera po 2008 r. staliśmy się importerem wieprzowiny. Warto też wziąć pod uwagę, że po wykryciu afrykańskiego pomoru świń u dwóch dzików znalezionych przy naszej granicy z Białorusią Ukraina jako jeden z pierwszych krajów wprowadziła embargo na polską wieprzowinę.
Podobnego kroku nie uczyniła jednak w przypadku wieprzowiny rosyjskiej, gdzie wirus ASF występuje od dawna, a stwierdzone tam przypadki choroby należy liczyć w setkach. Trzeba przypomnieć, że ze strony ukraińskiej mamy też do czynienia z blokowaniem polskiej wołowiny, które to embargo zostało wprowadzone jeszcze w związku z chorobą wściekłych krów (BSE), o którym wszyscy już dawno zapomnieli. Biorąc pod uwagę stanowisko Polski, która w sprawy Ukrainy angażuje się jak żaden inny kraj, są to działania niezrozumiałe, które powinny dać polskim rządzącym wiele do myślenia.
Na wieprzowinie może się nie skończyć
Embargo na polską wieprzowinę zmusza nas także do poszukiwania nowych rynków zbytu, co zdaniem ekonomisty dr. Krzysztofa Kaszuby, rektora Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie, powinno być zadaniem rządu, a konkretnie służb dyplomatycznych.
– Było do przewidzenia, że konflikt ukraiński odbije się na polskiej gospodarce i że wielu polskich przedsiębiorców eksportujących do Rosji może stracić. Z tej lekcji, która jeszcze trwa, należy jak najszybciej wyciągnąć wnioski. Nie rezygnując z zabiegów o zniesienie rosyjskiego embarga, trzeba szukać alternatywnych rynków zbytu. Chodzi o to, że eksport do Rosji nie powinien być dominujący – podkreśla w rozmowie z portalem NaszDziennik.pl dr Kaszuba. Wieprzowina to jednak nie jedyny pretekst Rosjan do uderzenia w Polskę. Obserwujemy kolejne kroki związane chociażby z blokowaniem polskich wyrobów mleczarskich firmy Mlekovita.
Przed nami jednak lato i sezon owoców miękkich, a dalej jesień i żniwa jabłkowe, w przypadku których jesteśmy trzecim eksporterem na świecie, a Rosja jest jednym z największych naszych odbiorców. Wiele wskazuje na to, że również w tej dziedzinie Rosja może postawić nam tamę. W ocenie dr. Kaszuby, polska dyplomacja powinna zaangażować się w pomoc naszym firmom i przedsiębiorcom, czego niestety do tej pory nie robi.
– Minister Radosław Sikorski z podległymi sobie służbami dyplomatycznymi zamiast antypolskiej propagandy poza granicami powinien wesprzeć polską przedsiębiorczość, szukając nowych kontaktów i rynków zbytu. Do tego powołany jest rząd, w tym również polska dyplomacja – uważa dr Kaszuba.
Mariusz Kamieniecki