Granie tragedią ratuje rząd Tuska
Czwartek, 3 kwietnia 2014 (14:42)Cynizm mediów mainstreamowych przekracza kolejne granice. Najpierw protest rodziców niepełnosprawnych dzieci był wykorzystywany do poprawienia wizerunku Tuska. Od rana do wieczora prezentowano go jako zatroskanego gospodarza, który pochyla się nad biedą i nędzą ludzką na wzór dobrotliwego batiuszki.
Spotkania w Sejmie RP z protestującymi, prowadzenie dialogu pełnego zrozumienia, rozmów pełnych obietnic. Tusk wyraźnie czuł, że znów mu się uda omamić ludzi. Eksponowano tę garść rzuconą rodzicom z wielkopańskiego stołu władzy, która ani z punktu widzenia materialnego, ani moralnego nie mogła przekonać nikogo. Tusk się przeliczył, rodzice zostali w Sejmie RP. Zarządził więc atak. Aby uniknąć pełnej demaskacji polityki antyobywatelskiej PO – PSL, harcownicy i politycy do specjalnych poruczeń ruszyli do zmasowanej akcji odwetowej. Zaczęto powszechnie dyskredytować idee protestu, a także osoby biorące w nim udział.
Ponadto Tusk swoimi wypowiedziami i deklaracjami celował w skłócanie społeczeństwa, a jego ekipa podsycała niechęć Polaków do protestujących. Nie złamało to wyszydzanych. Wytrwali i znów ukazali, jak tania jest gra populistów. Zasada „dziel i rządź” w wykonaniu gabinetu Tuska, który cały czas prowokuje do ostrzejszych reakcji zdeterminowanych rodziców chorych dzieci, ma swoją cenę. Na forach internetowych, portalach społecznościowych od samego początku kampanii siania nienawiści do rodziców dzieci widoczny stał się ostry podział na zwolenników i przeciwników ich akcji.
W jądrze całego sporu, podgrzewanego przez Tuska i jego media, zanikła w pewnym momencie najważniejsza idea, najgłębsza kwestia, czyli walka o poprawę bytową dla chorych dzieci i domaganie się przez ich opiekunów godnych warunków życiowych dla tej pokrzywdzonej i marginalizowanej kategorii społecznej, w końcu bitwa o szansę na normalne egzystowanie w tragicznej przecież sytuacji, z którą na co dzień się borykają setki tysięcy ludzi.
Ponieważ rodzice psują swoją okupacją Sejmu dobre samopoczucie dostatnio uposażonych polityków, którzy próbują przekonać, jacy to oni są przecież biedni, bo od kilkunastu miesięcy nie otrzymali żadnej podwyżki, media prorządowe musiały pójść krok dalej (chociaż można to nazwać właściwie regresem). Mówiąc wprost, wyeliminowały demonstrantów. Odłączyły ich od świadomości społecznej, przestali istnieć w przekazach i newsach. To typowe działanie socjallibertyńskich mediów. Nie tylko w Polsce.
Marszom za życiem w Hiszpanii czy Francji nie poświęca się żadnej uwagi, nawet jeśli przyjdzie milion obywateli, a skoro w głównych mediach ich nie widać, to znaczy, że ich nie ma. Proste? Tak. Jeśli ktoś sprawuje władzę, musi mieć usłużnych dziennikarzy, których skrupulatnie futruje i opłaca. Mediom głównego nurtu jednak milczenie o tragedii protestujących nie wystarczyło. Dlaczego? Brak informacji może wywołać niepotrzebne pytania widzów, czytelników i słuchaczy, którzy w pewnym momencie przypomną sobie o zaistniałej sytuacji.
W tej wojnie o władzę, czyli jej utrzymanie „za wszelką cenę”, jak to określił swego czasu Donald Tusk, należało znów przekroczyć granicę, czyli zupełnie odwrócić uwagę opinii publicznej od problemu protestu i zająć się czymś wstrząsającym. I tu w sukurs polityce odwracania uwagi od problemów rządu PO – PSL przyszedł pomysł na nagłośnienie do maksimum granic możliwości tragiczne wydarzenie z Jastrzębia-Zdroju.
Straszliwa tragedia, o której mówi się od tygodnia, spowodowała, że Polacy zapomnieli o protestujących w Sejmie i ich osobistej tragedii. Kiedyś wykorzystano w ten sam sposób śmierć małej Madzi. Jednak budowanie społeczeństwa „obywatelskiego” na takich „wydarzeniach” może w ostateczności okazać się zgubne dla autorów krwawych widowisk, jakie serwują codziennie Polakom media głównego czy też mętnego nurtu. Są granice, których nie wolno przekraczać, chociażby kosztem poszkodowanych w Jastrzębiu-Zdroju i protestujących w Sejmie.
Dr Tomasz M. Korczyński