• Wtorek, 21 kwietnia 2026

    imieniny: Anzelma, Feliksa, Zelmiry

Osiemdziesiąt pobrań

Środa, 2 kwietnia 2014 (02:13)

IPN wytyka ignorancję dziennikarzom, którzy pytają, czy obława augustowska to obława na wilki.

 

Pracownicy IPN pobierali wczoraj w Gibach materiał genetyczny od bliskich ofiar obławy augustowskiej. Kolejka w urzędzie gminy ustawiała się od rana. Tylko do południa próbki DNA, które trafią teraz do Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, oddało 12 osób. – To bardzo dużo – ocenia pracujący na miejscu prokurator Zbigniew Kulikowski, naczelnik pionu śledczego IPN w Białymstoku. – Ludzie cały czas zgłaszają się do nas. Podczas obławy z tych terenów zostało zabranych mnóstwo osób. Mamy tu do tej pory, jeżeli chodzi o pobieranie materiału genetycznego, najlepszy stopień pokrewieństwa. Przychodzą bowiem córki ofiar, ich siostry, a także synowie, bracia, a według genetyków, najlepszy materiał biologiczny pochodzi od kobiet – zaznacza prokurator.

Od 28 stycznia br. materiał genetyczny dotyczący obławy augustowskiej oddało ponad 80 osób. Łącznie do wszystkich prowadzonych na tamtych terenach śledztw pobrano około 120 próbek. Przy pobieraniu materiału pracownicy IPN pytają rodziny o istotne elementy i charakterystyczne szczegóły dotyczące danej osoby, m.in. schorzenia układu kostnego, amputacje, etc. Materiał biologiczny pobierany jest również w domach u osób, które nie mogą dojechać do urzędu gminy czy szkoły, gdzie przeprowadza się pobrania. W ten sposób pozyskano dotąd próbki od 15 osób, lecz już kolejni mieszkańcy z Augustowa proszą o przyjazd ekipy.

4 kwietnia pobrania odbywać będą się w Jaziewie, a po Wielkanocy m.in. w Szumowie i Gruszkach. – Rodziny ofiar obławy augustowskiej są bardzo zorganizowane i zdyscyplinowane. To jest ich śledztwo, nie moje. Ich wnioski dowodowe zostaną uwzględnione. Musimy całe życie pamiętać o tych zaginionych. Nie wolno o nich zapomnieć – podkreśla prok. Kulikowski.

Sowieci wyciągali chorych

Do urzędu przyszedł wczoraj oddać materiał genetyczny pan Marian Gołaszewski. 18-letniego Antoniego Racewicza, brata jego matki, który mieszkał w 1945 r. we wsi Berżałowce (5 km od Gib), Sowieci zabrali chorego z łóżka. – Wrócił do domu z przymusowych robót, był cały owrzodziały, schorowany, bo miał tam ciężko. Wojna się skończyła, lecz niedługo cieszył się tą wolnością. Przyszła obława i znalazł się na liście „bandytów”. NKWD z UB przyjechali, chorego zabrali z łóżka i ślad po nim zaginął – relacjonuje Marian Gołaszewski. Jego wuj miał dwóch braci i dwie siostry, ale tylko jego zabrali, ponieważ działał w partyzantce. We wsi, tłumaczy nasz rozmówca, był konfident, który współpracował z Niemcami, a potem przeszedł na stronę sowiecką. – Znał tych, którzy działali tu w partyzantce, i donosił na nich Sowietom. Potem z nimi pojechał, lecz wcześniej wyrządził tu dużo zła. Już nie żyje, nie pamiętam jego nazwiska – słyszymy.

Gołaszewski słyszał od matki i wuja, że podczas obławy Sowieci jeździli po wsiach od domu do domu i zabierali tych, których mieli na swojej liście. Choć rodzina próbowała później odszukać Antoniego Racewicza przez różne instytucje, m.in. przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż, nic nie udało się ustalić. – Mówili, że nie wiedzą, co się z nim stało, że nie mają dokumentów. Nic się nie można było dowiedzieć u nas w kraju, panowała jakaś zmowa, tajemnica. Mam nadzieję, że ten materiał genetyczny, który dziś oddałem, pomoże znaleźć szczątki wujka – mówi pan Marian. Działając w Stowarzyszeniu Obławy Augustowskiej w Suwałkach, Gołaszewski dużo czasu poświęcił na poszukiwania wuja.

Podobną historię słyszymy od pana Jana Michniewicza. Brata jego matki, Bolesława Terleckiego, Sowieci zabrali z podwórka. – Mieszkał w Karolinie, miał 21 lat. Gdy go zgarnęli, ślad po nim zaginął. Jakieś 30 lat temu, gdy matka jeszcze żyła, przyjeżdżali do nas z Białegostoku ludzie, którzy zajmowali się poszukiwaniami ofiar obławy. Brali od nas zdjęcia, nagrywali wspomnienia mamy, szukali. Bez efektów. Byli także tacy, którzy twierdzili, że wujek może leżeć pod Rygolą (9 km od Gib), gdzie odkryto kiedyś jakieś groby. Te jednak prawdopodobnie były poniemieckie. Daj Boże, żeby mój materiał DNA przyczynił się do identyfikacji wujka – mówi wyraźnie wzruszony pan Jan.

Prokurator Kulikowski podkreśla, że to właśnie dzięki rodzinom pamięć o obławie augustowskiej jest wciąż żywa na tych terenach. Nie pozwalają one zapomnieć, że w 1945 r. doszło tu do zbrodni przeciwko ludzkości. – Bardzo dziękuję „Naszemu Dziennikowi”, że się tymi tematami interesujecie, że tutaj przyjeżdżacie. Dzięki wam ta obława też nie jest zapomniana. Muszę jednak powiedzieć, że zgłaszają się do mnie i tacy dziennikarze, którzy pytają, czy obława augustowska to obława na wilki – stwierdził zdegustowany prokurator.

Kulikowski zapowiada, że co roku, niezrażony, będzie słał wnioski o pomoc prawną w tym śledztwie do Białorusi i Rosji. W jego ocenie, fakt, że nie zostało ono umorzone, denerwuje stronę rosyjską, która twierdzi, że już dawno nastąpiło przedawnienie. – My mamy inne zdanie, uważamy, że to nie jest przedawniająca się zbrodnia. Nie ja, to może mój zastępca będzie to śledztwo dalej prowadził. Może wreszcie odkryjemy te jamy grobowe i ten materiał biologiczny, który dziś pobieramy, będzie wykorzystany do identyfikacji – kwituje naczelnik pionu śledczego IPN w Białymstoku.

Piotr Czartoryski-Sziler, Giby