• Piątek, 3 kwietnia 2026

    imieniny: Pankracego, Ryszarda

Hochsztapler zwija interes

Wtorek, 14 sierpnia 2012 (07:01)

Amber Gold zwija interes. Czy wypłaci pieniądze inwestorom? Dlaczego rząd nie ostrzegł obywateli przed firmą i co o niej wiedział premier, kiedy przestrzegł przed nią swojego syna?

Stowarzyszenie "Stop Korupcji" złożyło do Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Śródmieście zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez syna premiera Michała Tuska.

Pismo dotyczy możliwości popełnienia przestępstwa z artykułu 296 kk, a więc narażenia na szkodę majątkową spółki lotniczej, jaką są Porty Lotnicze Gdańsk. Prezes stowarzyszenia Tomasz Kwiatek podkreśla, że wrażliwe dane mogły zostać przekazane podmiotowi prywatnemu. - Mam nadzieję, ze prokuratura w Gdańsku tą sprawą się zajmie i nie będzie się bała tak trudnego tematu, jak uwikłanie syna szefa rządu. Choć wiadomo, Gdańsk to jednak kolebka PO i siedziba tej spółki - podkreśla Kwiatek.

"Informujemy, że w dniu dzisiejszym, tj. 13 sierpnia 2012 r. zapadła decyzja o likwidacji spółki pod firmą Amber Gold Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Gdańsku" - taki komunikat wysłała wczoraj bankrutująca firma, której powierzyło swoje oszczędności wielu drobnych ciułaczy liczących na zyski z lokat. Cudu nie było.

Najpierw problemy finansowe zgłosiły tanie linie lotnicze OLT Express, których Amber Gold była głównym udziałowcem. Na początku sierpnia spółka poinformowała, że wycofuje się z inwestycji w linie lotnicze. Potem wyszło na jaw, że klienci spółki nie mogą odzyskać powierzonych jej pieniędzy, a Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego prowadzi śledztwo w sprawie wprowadzenia ich w błąd, co do zabezpieczenia lokat w złocie. Pojawiły się też podejrzenia prania brudnych pieniędzy. W związku z tym, czy pieniądze kilku tysięcy Polaków w ogóle zostaną przez nich odzyskane i co robi z nimi prezes spółki Marcin Plichta vel Stefański?


Nabici w butelkę

- Ten pan już kilka razy w ciągu ostatnich dni obiecywał, że odda powierzone mu pieniądze. I co? Nie oddał, zwodził swoich klientów - ocenia Przemysław Wipler (PiS). W jego ocenie, istnieje obecnie obawa matactwa i wyprowadzenia pieniędzy i majątku firmy. Wiadomo, że żona Plichty dwa tygodnie temu założyła nową firmę o kapitale założycielskim 100 tys. złotych. Co więc stanie się z pieniędzmi powierzonymi firmie z Gdańska?

Amber Gold zapowiada, że o wypłacie środków będzie informować listownie. Od poniedziałku zamknięte zostają także wszystkie oddziały AG. Sprawa wygląda niczym historia ze słynnymi Bezpiecznymi Kasami Oszczędności Lecha Grobelnego sprzed ponad 20 lat. W piątek w gdańskiej prokuraturze okręgowej powstał specjalny zespół do prowadzenia spraw związanych z działalnością Amber Gold. Śledczy zajmują się zawiadomieniami: klientów spółki, Komisji Nadzoru Finansowego i Banku Gospodarki Żywnościowej. Ministerstwo Sprawiedliwości zwróciło się natomiast do gdańskiego sądu o wyjaśnienia w sprawie wyroków skazujących za oszustwa Marcina Plichty.

Resort podkreślił, że wspólnicy spółki nie powinni wybierać do władz firmy osób karanych. Według resortu, to na zgromadzeniu ogólnym spółki spoczywa obowiązek sprawdzenia, czy osoba wybrana do jej władz nie była karana. Czy jednak działania te nie zostały podjęte zbyt późno?

- Na kilka miesięcy prokuratura aresztuje podejrzanego kibica, który brał udział w bójce, obawiając się matactwa, to dlaczego nie zrobi tego z prezesem Amber Gold? - zastanawia się poseł Wipler. Według niego, policja już dawno powinna podjąć decyzję o aresztowaniu Plichty.

- Jak to jest, że prokuratura pozwala chodzić na wolności gościowi, który prawdopodobnie ostatnie tygodnie spędził na mieleniu lub preparowaniu dokumentów, bo za takie działania był skazywany wcześniej? - pyta poseł.


Dlaczego Tusk nie ostrzegł?

Być może odpowiedzią jest polityczne tło, na jakim rozgrywa się dramat tysięcy ciułaczy i klientów OLT Express. Firma Plichty była pupilem na salonach rządzonego przez Platformę Obywatelską Gdańska. Matecznika nie tylko partii rządzącej i układów ją scalających, ale również samego premiera i jego syna.

Zdaniem posła Marcina Mastalerka, historia spółki Amber Gold i jej właściciela to polityczny skandal z rodziną Donalda Tuska w tle. Nie chodzi o domysły, plotki i poszlaki, ale fakty. W firmie należącej do Plichty, upadłych liniach lotniczych zatrudniony był syn premiera. W tym samym czasie pracował również na etacie w Porcie Lotniczym w Gdańsku.

Według relacji Plichty zamieszczonej w tygodniku "Wprost", Michał Tusk miał mu przekazywać informacje na temat Portu Lotniczego w Gdańsku, np. jakie opłaty pobiera on od linii Wizz Air za obsłużenie jednego pasażera.

"Tego typu dane są jedną z najpilniej strzeżonych informacji. W grę wchodzą potężne pieniądze. Bywa, że linie lotnicze miesiącami negocjują z lotniskami opłaty" - podkreślił Plichta w rozmowie z tygodnikiem.

Michał Tusk próbuje się dzisiaj bronić, mówiąc, że ojciec ostrzegał go przed właścicielem Amber Gold i związkami z jego interesem. Co ciekawe, w czasie, gdy pracował jeszcze w gdańskim oddziale "Gazety Wyborczej", był już PR-owcem OLT Express, załatwiając m.in. dyrektorowi firmy Jarosławowi Frankowskiemu wywiad w dzienniku.

Co więcej, sam go napisał, a tekst opublikowany został pod nazwiskiem jego redakcyjnego kolegi.

- Dzisiaj dziesiątki tysięcy Polaków mogą stracić oszczędności swojego życia lub nie poleciały z liniami lotniczymi OLT Expres. Według relacji syna premiera, jego ojciec ostrzegał go przed tymi firmami. Dlaczego Donald Tusk nie ostrzegł wtedy Polaków? I czy syn nie wykorzystał tej informacji, która mogła pochodzić od służb specjalnych? - pytał wczoraj Mastalerek na konferencji prasowej przed kancelarią premiera.

- Jesteśmy republiką bananową, w której można okraść ludzi z majątku życia. Mam jednak nadzieję, że mylił się, gdy miał mówić swojemu synowi: "Nie martw się, nie będzie z tego komisji śledczej" - dodaje Wipler.

- Decyzja o zwinięciu interesu przez Plichtę kontrastuje jednak z tym, co jeszcze tydzień temu mówił podczas konferencji prasowej w Gdańsku. Informował wówczas, że około 7 tys. klientów wpłaciło spółce niemal 80 mln zł, a ona sama dysponuje majątkiem o wartości blisko 150 mln złotych. Pozostaje więc pytanie, ile i kto odzyska z powierzonego tej firmie majątku.

Maciej Walaszczyk