Odpowiedzialność waży
Wtorek, 14 sierpnia 2012 (06:42)Rozmowa z Sylwią Bogacką, wicemistrzynią olimpijską w strzelectwie
Co Pani czuje, gdy wspomina "swój" Londyn?
- Radość, wzruszenie, szczęście, emocje, które zostaną ze mną na zawsze. Wspaniałą oprawę, atmosferę. Londyńskie igrzyska były jednymi z najlepiej zorganizowanych w dziejach. Tu i ówdzie słyszałam co prawda o jakiś wpadkach, ale na własnej skórze nie odczułam ani jednej z nich. Zafascynowała mnie tamtejsza publiczność, dająca na każdym kroku odczuć, że uczestnicy zmagań i to nie tylko ci wbiegający na podium, triumfujący, są kimś wyjątkowym.
Można porównać te igrzyska z Atenami czy Pekinem, na których też Pani była?
- Jeśli chodzi o nasz zespół, to nic się nie zmieniło. Byliśmy tacy sami, witaliśmy medalistów z identycznym entuzjazmem. To zawsze miłe, dla mnie szczególnie, bo pierwszy raz się wśród nich znalazłam. A jeśli chodzi o porównanie igrzysk jako całokształtu, to chyba niemożliwe. Każdy kraj starał się pozostać w pamięci jako ten wyjątkowy, niepowtarzalny. W Atenach, Pekinie czy teraz w Londynie były pewne sprawy, które się nie podobały, ale też nie brakowało tych zachwycających, porywających, których nigdy się nie zapomni. Londyn pozostanie we mnie na zawsze przez medal, wreszcie poczułam, jak smakuje.
Sportowcy często przyznają, że z dnia, w którym stanęli na olimpijskim podium, pamiętają praktycznie wszystko, że mogliby go z kronikarską wręcz dokładnością wspominać minuta po minucie. Pani także?
- Owszem (śmiech). Od chwili, kiedy rano wstałam, a było to o piątej z minutami, pamiętam dokładnie wszystko. Cały dzień, wszystkie uczucia, co się działo sekunda po sekundzie.
A z tych sekund, która była najważniejsza, najpiękniejsza?
- Przyznam panu szczerze, że kiedy rano się obudziłam, pomyślałam, że ten dzień jest jakiś inny, że wszystko dookoła jest inne, że ja jestem inna. Czułam, że wydarzy się coś ważnego, ale nie wiedziałam, czy dobrego, czy złego. Gdy szłam na zawody, nie byłam oczywiście pewna, jak się zakończą, nie było we mnie zarozumialstwa, pychy. Chciałam walczyć, tyle. A z tych sekund, o które pan pytał, to chyba najważniejsza była ta, gdy Jacques Rogge, szef MKOl, wieszał medal na mojej szyi. Powiedziałam wtedy "Wow, jaki on jest ciężki!", na co usłyszałam, że odpowiedzialność waży. Tak, tego momentu nie zapomnę, był szczególny wśród szczególnych.
Pani medal wielu zaskoczył, trener kadry Andrzej Kijowski, przyznał, że po cichu na niego liczył, a Pani?
- Gdzieś po cichu może też. Optymizm, jeśli mogę użyć tego słowa, wynikał z doświadczeń i wiedzy zdobytych przez lata uprawiania strzelectwa. Mogłam dzięki nim dokonać analizy swych treningów, zobaczyć, co w danej chwili robiłam, co się działo po konkretnej jednostce, zestawie ćwiczeń. Jadąc do Londynu, wiedziałam, że jestem bardzo dobrze przygotowana. Tłumaczyłam sobie, że jeśli mi nie wyjdzie, to zdobędę kolejne doświadczenia, które pomogą mi w Rio de Janeiro, że w którymś momencie wszystko musi wreszcie zagrać. Okazało się, że 18 lat treningów wystarczyło, na podium stanęłam teraz. Strzelectwo to sport, w którym bardzo długo dochodzi się do wyników uzyskiwanych świadomie. Czasami zdarza się, że młodzi zawodnicy osiągną jakiś wysoki rezultat, ale kiedy przychodzi bardzo trudna konkurencja, ważne zawody, nie są w stanie go powtórzyć. Ja po latach pracy mogę panu dokładnie opowiedzieć, co i dlaczego strzeliłam, skąd wziął się mój medal. Krok po kroku.
Czyli po zdobyciu srebra nikt nie musiał Pani szczypać, by uwierzyła Pani, że to prawda?
- Nie, nie. Co prawda miałam taki moment, że gdy obudziłam się dzień po zawodach, to pierwsze, co zrobiłam, to popatrzyłam na szafkę, czy medal jeszcze na niej leży, czy nie, ale to wszystko. W pełni świadomie przeszłam przez całą konkurencję, przez cały finał, czułam go każdą komórką swojego ciała. Nikomu o tym do tej pory nie mówiłam, ale po kwalifikacjach usiadłam wraz z trenerem i zaczęłam analizować to, co się wydarzyło. Powiedziałam: "Trenerze, w tym miejscu popełniam błąd, i to od dłuższego czasu. Teraz udało mi się z nim wygrać, ale wiem, że on gdzieś tam jest i może zacząć doskwierać w innej sytuacji. Musimy coś z tym zrobić". I tak rozmawialiśmy o moich próbach, nie bacząc na to, że za chwilę czeka mnie finał i tak naprawdę głowa powinna być nim zajęta.
Wielu sportowców mówi, że zamieniłoby wszystkie swoje medale na jeden olimpijski brąz. Faktycznie jest taki cenny?
- Jest, ale ja bym tak nie postąpiła. Znaczyłoby to bowiem, że przekreśliłam kilka lub nawet kilkanaście lat mojej kariery i startów. Nigdy nie zapomnę medali wywalczonych wcześniej. Choćby srebra mistrzostw świata, które de facto było przegranym złotem. Cieszyło i bolało zarazem, ale zdobyłam dzięki niemu doświadczenie, które zaprocentowało w Londynie. Na obu tych zawodach o wyniku decydował ostatni strzał, jeden punkt w jedną bądź drugą stronę. Mój olimpijski medal był zwieńczeniem pewnego etapu drogi, ze wzlotami i upadkami, perypetiami zdrowotnymi. To wszystko złożone w całość pozwoliło mi stanąć na podium.
Ile Panią kosztowało srebro z Londynu?
- Ile poświęciłam? Wszystko. Co to znaczy? Sportowiec nie przychodzi rano do pracy, nie spędza w niej ośmiu godzin, nie wychodzi o godz. 15.00 lub 16.00 i nie zapomina o niej. Ja przez 365 dni w roku, przez 18 lat myślałam o tym, jak stawać się lepszą, co mogę zmienić, poprawić. I będę myślała, bo nie zamierzam kończyć kariery. Z rodziną widuję się bardzo rzadko. Czasami mama mówi do mnie: "Córuniu, ja cię nie widziałam tak dawno, że otwieram albumy ze zdjęciami, bo zapominam twoją twarz. Wracaj do domu, bo źle się czuję, gdy ciebie nie ma". Przyjaciół mam niewielu, ciągłe wyjazdy nie sprzyjają budowaniu więzi. Mogę ich policzyć na palcach, nawet jednej ręki. Kolejnym kosztem jest zdrowie, a konkretnie jego utrata. A gdy zawodzi - traci się wszystko. Jeśli ktoś chce się przekonać, zapraszam na strzelnicę, może popatrzeć na zawodników, dostrzec, ile krwi, potu, bólu i cierpienia trzeba znieść, by do czegoś dojść, by choć raz stanąć na podium.
Każdy medal ma dwie strony. Tą piękną ogląda się po drugiej stronie szklanego ekranu. Gorszą, naznaczoną cierpieniem, widzimy tylko my. Pamiętam dzień, w którym obudziłam się rano sparaliżowana od pasa w dół. Pamiętam kontuzje, po których pytałam: "Dlaczego ja?". Kiedy wygrywasz, wszyscy poklepują cię po ramieniu, mówią, jaka jesteś wspaniała, gratulują. Gdy przychodzą porażki, zostają nieliczni, pozostali zapominają. Strzelectwo jest sportem niszowym, pokazywanym w telewizji od święta, od igrzysk do igrzysk. Sława? Chwilowa. Sponsorzy? Brak. To nie piłka nożna. Ale gdyby zapytał mnie pan: po co to wszystko, odpowiedziałabym bez wahania - dla tych emocji, których nigdy się nie zapomina.
Miewała Pani momenty zwątpienia, chęci rezygnacji, pójścia inną drogą?
- Owszem. Wtedy zatrzymywałam się po treningach, robiłam kilka dni przerwy i próbowałam analizować. Mówiłam - tyle czasu to robię, wydaje mi się, że najlepiej jak potrafię, mam najlepszych trenerów, powinno działać, a nie działa. Może się zatem do tego nie nadaję? Ale gdzieś po chwili pojawiało się światełko w tunelu. Dostrzegałem rzeczy, których jeszcze nie robiłam, a mogłam. Próbowałam ich zatem z myślą, że jeśli nie zadziałają, to chyba faktycznie zajmę się czymś innym. Ale działało, wychodziło i tak dobrnęłam do tego srebrnego medalu.
Jeśli w przyszłości zdobędę olimpijskie złoto, to i tak zapewne będę wiedziała, że nie wszystko zostało do końca zrobione tak, jak bym chciała. Cały czas dążę bowiem do ideału, jestem perfekcjonistką, bardzo krytyczną w stosunku do siebie. Nawet gdy odnoszę sukcesy, to szukam błędów, niedoskonałości, tak, by ich jutro uniknąć.
Co pięknego odnalazła Pani w strzelaniu?
- Głównie adrenalinę. Poza tym jestem indywidualistką, która woli walczyć ze sobą, a nie przeciwniczkami. Strzelectwo mi to gwarantuje. To sport, który pomaga kształtować swój charakter, pokonywać słabości, pokonywać siebie. Pomimo broni i oryginalnych strojów jest bardzo spokojny i dostojny, choć w nas cały czas emocje niesamowicie się kotłują. Słyszę często pytania, czemu mam w karabinie stare elementy, czy nie mogłabym ich wymienić na nowe, ładniejsze. To nie o to chodzi. Te przedmioty, rzeczy, które mnie otaczają, też mają swoją "duszę". Jest to dla mnie ważniejsze niż uroda, moda, popularność. Jestem trochę niedzisiejsza, ale dobrze mi z tym.
Olimpijski medal coś w Pani zmienił?
- Jestem tą samą Sylwią, co kiedyś, nie zadzieram nosa (śmiech). W Londynie otrzymałam tylko najlepsze potwierdzenie tego, że wybrałam słuszną drogę.
Dziękuję za rozmowę.