• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Co zrobić z norkami?

Czwartek, 27 marca 2014 (18:18)

Ministerstwo Środowiska chce wpisać norkę amerykańską i jenota na listę gatunków inwazyjnych. Hodowcy tych zwierząt twierdzą, że spowoduje to likwidację nawet 80 proc. ferm.

Za gatunki inwazyjne uważa się takie, które w przypadku uwolnienia do środowiska mogą zagrozić rodzimym gatunkom. Rozporządzenie ma dotyczyć zarówno roślin, jak i zwierząt, ale najwięcej emocji wzbudza kwestia wpisania do rozporządzenia norki amerykańskiej i jenota. Chodzi bowiem o to, że są to gatunki zwierząt hodowanych na fermach na skóry, a najwięcej w klatkach mamy właśnie norek.

Przeciwko projektowi resortu środowiska protestuje Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. Argumentuje, że to, wydawałoby się niewinne, rozporządzenie może spowodować upadek branży. Bo zaostrzone zostaną przepisy dotyczące ferm, a uzyskanie pozwolenia na hodowlę będzie niezwykle trudne. W rezultacie – jak szacuje związek – zlikwidowanych może zostać nawet 80 proc. ferm, których jest teraz około 750. To by oznaczało w praktyce upadek tej gałęzi branży hodowlanej.

Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych wskazuje właśnie na ekonomiczne skutki zaostrzenia przepisów. Nasz kraj należy do największych producentów skór: rocznie na rynek trafia 10 mln skór norek, 250 tys. lisów i 50 tys. jenotów. W Europie większą produkcję od nas ma tylko Dania. Wartość eksportu – bo większość skór wywozimy za granicę – to około 400 mln euro rocznie. I to wszystko możemy stracić, tak samo jak większość z 50 tys. stanowisk pracy związanych z branżą futrzarską.

– Pogorszy się też dostępność polskich firm futrzarskich do surowca – mówi Kazimierz Klepaczewski, prezes Polskiej Izby Branży Skórzanej. – Ten sektor i tak działa w trudnych warunkach, wielu producentów już z niego odeszło z powodów ekonomicznych – podkreśla Klepaczewski.

Na razie hodowcy norek i jenotów próbują przekonać ministra środowiska do odejścia od tych planów. Przeciwko zaostrzeniu przepisów hodowlanych jest też ministerstwo rolnictwa. – Fermy hodowlane kupują co roku setki tysięcy ton pasz powstałych na bazie odpadów mięsnych. Gdyby nie ten rynek, trzeba by to mięso utylizować, a to jest znacznie droższe rozwiązanie i mniej ekologiczne – podkreśla Mariusz Skałecki, pracownik firmy utylizującej produkty spożywcze.

Właściciele ferm mogą liczyć na wsparcie ministerstwa rolnictwa, które też zgłasza zastrzeżenia natury ekonomicznej do projektu rozporządzenia. Ponadto pojawiają się argumenty, że nigdzie w Europie nie wprowadzono aż tak surowego prawa, jakie jest przygotowywane u nas.

– Ale z obcymi gatunkami zwierząt coś trzeba zrobić – zauważa Krzysztof Śmigielski, przyrodnik. Jak dodaje, „one stanowią potencjalne ogromne zagrożenie dla rodzimych, polskich zwierząt, bo jeśli wydostałyby się na wolność, mogłyby się szybko rozmnażać i doprowadzić do ograniczenia populacji naszych gatunków”.

Śmigielski podaje za przykład szopa pracza, który nie jest rdzennym polskim gatunkiem, przywędrował do nas też z Ameryki Północnej i znalazł sobie dobre warunki do życia, często kosztem naszych zwierząt. – Szop przywędrował do nas z Niemiec, gdzie po prostu uciekał z ferm hodowlanych. To samo może dotyczyć innych gatunków trzymanych w klatkach na futra. Na razie można go spotkać w zachodniej Polsce, ale szybko opanowuje kolejne tereny – dodaje Krzysztof Śmigielski.

Hodowcy odpowiadają, że w przypadku norki takiego zagrożenia nie ma, bo gatunek hodowlany różni się znacznie od dzikiego: ten pierwszy jest większy, ma inne futro i jest nieprzystosowany do życia na wolności. Większym zagrożeniem dla środowiska naturalnego w Polsce – według nich – są dzikie norki trzymane w wielu domach, które właściciele mogą nawet specjalnie wypuszczać do lasu, jak im się to zwierzę znudzi.

Zapowiada się więc ostra walka o norkę i jenota. Z pewnością minister środowiska będzie miał po swojej stronie wielu mieszkańców wsi sąsiadujących z fermami, którzy od dawna protestują przeciwko zakładaniu nowych hodowli lub rozbudowie już istniejących.

Krzysztof Losz