Wojna trwa
Czwartek, 27 marca 2014 (16:00)Żyjemy w świecie, w którym wojny, pomimo tragicznych wydarzeń z lat 1914-1918 oraz 1939-1945, są niemal powszechne. Dziś toczą się one głównie w Azji i w Afryce, ale jeśli śledzimy wartki bieg wydarzeń za naszą wschodnią miedzą, wydaje się, że również Europa i Ameryka Północna, o ile nie dojdzie do jakiegoś nagłego zwrotu akcji, wypracowanego przez zdyscyplinowaną formację dyplomacji (albo szczęśliwy traf uwalniający patową sytuację ku pokojowi), to świat, do jakiego się już zdołaliśmy przyzwyczaić, stanie się przeszłością.
Cyniczne propozycje wystosowane do Polski przez rosyjskie MSZ, aby dokonać zaboru Ukrainy, straszenie sankcjami, prowokacje, masowa propaganda w państwowych mediach rosyjskich, urabianie i przygotowywanie społeczeństwa Rosji na stan wojny (łącznie z bajkami i programami dla dzieci) należą do elementów rosyjskiej gry wojennej.
Poprawność polityczna Zachodu
Nie trudno zauważyć, że wojna na Ukrainie jest już faktem i trwa od tygodni. Tylko my wciąż posługujemy się eufemizmami, aby nie nazywać rzeczy po imieniu. Potrzebujemy deklaracji i haseł, typu: „Wypowiadam wojnę”. To konwencjonalne postrzeganie rzeczywistości prezydent Putin poddaje dziś zasadniczej rewizji.
Niewątpliwie ta dziwna wojna jest prowadzona trochę inaczej, niż zakładają to nasze sztywne wyobrażenia i stereotypy dotyczące postrzegania konfliktu zbrojnego, ale bardzo szybko nawet nasze najgorsze obawy mogą przekroczyć najśmielsze i najbardziej pesymistyczne wyobrażenia.
Dziś Putina nic już nie powstrzyma. Ani Merkel ze swoimi telefonami, ani sankcje Unii Europejskiej, ani groźby Obamy. Przemoc inwazyjna Rosji, okupacja, bezprawne zagarnianie terytorium, terror, szantażowanie, mobilizacja wielkiej armii, groźby i wreszcie pierwsze ofiary ostrzału są dość wystarczającymi dowodami na to, że wojna pomiędzy Rosją a Ukrainą trwa.
Ponadto dalsza inwazja Rosji na wschodnie tereny tego największego kraju Europy wydaje się nie do powstrzymania. Na celowniku, co także można przypuszczać, są i Gruzja, i Mołdawia, i kraje bałtyckie, kto wie, czy nie Polska.
Sankcje Zachodu, jak wielokrotnie o tym pisałem na łamach portalu NaszDziennik.pl, są dla prezydenta Putina niczym masło, w które bez zwracania na nie uwagi wchodzi brutalna, barbarzyńska strategia następcy Adolfa Hitlera.
Nagłówki w mediach mainstreamowych typu: „Atak Rosji na wschodnią Ukrainę coraz bardziej prawdopodobny” służą preparowaniu rzeczywistości, bo cóż to znaczy „wschodnia” czy „zachodnia” Ukraina? Czyż takie stawianie sprawy nie spełnia oczekiwań wojennej doktryny Kremla, by przygotowywać opinię międzynarodową za sprawą medialnych wrzutek do jego scenariusza? Wszak język wojny wchodzi w skład ogólnego planu zaborcy, by łatwiej go było potem, po zrealizowaniu przełknąć Zachodowi. Przyzwyczailiśmy się już bowiem do tego podziału. Atak Rosji zamierzony jest na Ukrainę jako taką i trzeba to artykułować bez zmiękczenia. Posługujmy się wreszcie odpowiednimi terminami. Mamy wojnę w Europie. Wojna się toczy za naszą wschodnią granicą.
Na marginesie, w tym kontekście pozostaje kwestia świadomości owej „wojny” w oczach opinii międzynarodowej czy polskiej, zwanej publiczną. Nie wiem, czy władze polskie zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie wiem, czy Polacy mają świadomość tego, co się właśnie na naszych oczach dokonuje, ale niewątpliwie nowy układ geopolityczny świata już się rozpoczął. Przy okazji żenujące są wypowiedzi ekspertów typu Adam Rotfeld, który nagle oświadcza: „Rosja przygotowywała się i przygotowywała świat do tego konfliktu od co najmniej siedmiu lat”.
Co można wywnioskować na podstawie jego wypowiedzi udzielonej „Gazecie Wyborczej”? To, co zawsze. Brzmi ona niemal jak zużyta płyta. Między wierszami można przeczytać, że do aktualnej sytuacji doprowadził rząd Jarosława Kaczyńskiego oraz polityka prezydenta śp. Lecha Kaczyńskiego. No i oczywiście, że rząd Millera, który Rotfeld reprezentował, dobrze sobie poradził z utrzymaniem apetytów putinowskich.
A dlaczego nie twierdzić, że Putin od co najmniej 10 lat nie przygotowywał się do wojny z Europą, albo od piętnastu? I skoro pan Rotfeld już siedem lat temu zauważył bystro i trzeźwo, do czego dąży Putin, to gdzie wówczas był ze swoją tajemną wiedzą, skoro reprezentuje jako współprzewodniczący Polsko-Rosyjską Komisję ds. Trudnych?
Włączanie takich osób jak Adam Rotfeld do grona jury mającego w czerwcu wręczać „Nagrodę Solidarności” to absurd par excellence, o tyle zrozumiany, że minister Sikorski, obstawiając „szacowne” gremium takimi osobistościami, gra na przyszłą koalicję wielkiego centrolewu PO - SLD - PSL, plus Twój Ruch. Polskiemu Narodowi tacy eksperci i taki rząd mogą tylko szkodzić dalej.
Dr Tomasz M. Korczyński