PR-owskie zagrywki nie uzdrowią systemu ochrony zdrowia
Sobota, 22 marca 2014 (21:06)Z senatorem Bolesławem Piechą, wiceministrem zdrowia w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak ocenia Pan pomysły ministra Bartosza Arłukowicza na poprawę w polskiej służbie zdrowia?
– Muszę powiedzieć, że byłem zaskoczony tą formą prezentacji założeń zmian, które miałyby usprawnić czy też poprawić dostęp polskich pacjentów do świadczeń medycznych.
Co Pana tak zaskoczyło?
– Po pierwsze, stwierdzono różnego rodzaju oczywistości, np. że jeżeli szybko się zdiagnozuje chorobę, to szybko i dobrze się ją wyleczy, albo tego typu, że jeżeli będzie więcej lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej czy innych specjalności, to będzie lepiej. Tyle tylko, że nie powiedziano, w jaki sposób można to będzie osiągnąć organizacyjnie. Już wiemy, że zarówno lekarze, jak i pielęgniarki wcale nie podzielają entuzjazmu ministra Arłukowicza, pacjenci pewnie też. Tymczasem bez konsultacji z tymi ważnymi grupami w ochronie zdrowia sprawa jest wysoce skomplikowana, chyba że ma to być tylko sztuka dla sztuki. Ponadto nie zostało powiedziane, kto ma to sfinansować. Jeżeli minister mówi, że w przypadku zachorowania pacjentowi zostanie przydzielony koordynator, to wskazuje jakieś nowe, bliżej nieokreślone stanowisko ni to lekarza, ni pielęgniarki czy jakiegoś innego pracownika, który ukończył „zdrowie publiczne”, który w zamyśle ministra będzie prowadził chorego po systemie. Próba tworzenia przewodnika po systemie, co w przypadku poradni jest naturalnym obowiązkiem lekarza czy pielęgniarki, jest jakimś nieporozumieniem. Wygląda na to, że taki przewodnik będzie wszystko załatwiał, tymczasem już samo słowo „załatwianie” bardzo źle się kojarzy.
Skrócenie kolejek, indywidualna opieka nad pacjentem, jest możliwe przy obecnej liczbie lekarzy?
– Jest to niemożliwe i minister Arłukowicz także w tym względzie nie powiedział, skąd weźmie do tego lekarzy. To nie jest tak, że procedury wykonują się same. Żeby diagnozować, zwoływać konsylia, żeby leczyć, potrzebni są ludzie, specjaliści wysokiego szczebla, a takich w Polsce niestety mamy coraz mniej. Nie oznacza to, że Polska nie wykształciła odpowiednich kadr czy specjalistów, ale warunki, jakie im stworzono w kraju, zmusiły wielu z nich do wyjazdu za granicę. Stąd specjaliści wykształceni za pieniądze polskiego podatnika leczą pacjentów w Irlandii, Wielkiej Brytanii czy Szkocji, podczas gdy my borykamy się z problemami kadrowymi. Tymczasem minister Arłukowicz w swojej wizji ani wcześniej, ani teraz nie przedstawił żadnego programu, który mógłby naszych lekarzy zatrzymać w Polsce, i co w ogóle zrobić, żeby zwiększyć liczbę lekarzy.
Czy nie można np. zwiększyć limitów kształcenia lekarzy, którzy mogliby uzupełnić lukę?
– Żeby zwiększyć liczbę lekarzy, to nie jest taka prosta sprawa, zdumiewające też, że rząd PO – PSL, który działa już siódmy rok, nie robi nic w tym kierunku. Tymczasem, po pierwsze, trzeba zwiększyć szkolenie lekarzy, czyli stworzyć możliwość kształcenia się zdolnej młodzieży na uniwersytetach medycznych. Ponadto zwiększyć możliwość zdobywania specjalizacji medycznych. Minister Arłukowicz, mimo iż o tym doskonale wie, wcale nie zwiększa naboru, nie ułatwia też młodym adeptom medycyny zdobywania specjalizacji. Po drugie, nie da się tego wszystkiego zrobić od razu. Taki program musi być rozpisany na lata i nie może to być tylko hasło wypowiedziane dla uspokojenia sytuacji, że za miesiąc czy dwa będzie lepiej, bo nie będzie. Obawiam się, że propozycje resortu zdrowia, które w dodatku nie mają żadnego umocowania prawnego, okażą się jedynie pustymi sloganami. Na początku będą źródłem ogromnych nadziei, a potem bardzo głębokich frustracji i niepokojów w ochronie zdrowia. Można zatem powiedzieć, że coraz bardziej będzie bolało, ale niestety nie rządzących, nawet nie lekarzy czy pielęgniarki, tylko polskich pacjentów.
Zatem program Arłukowicza oznacza jeszcze większe komplikacje w i tak niewydolnym systemie?
- Niestety tak. Dlatego w tym niewydolnym systemie potrzeba zmian rewolucyjnych. Przede wszystkim należy ten system odbiurokratyzować. Żeby to zrobić, trzeba rozwiązać strukturę, która dzieli i rządzi w polskim systemie opieki zdrowotnej, a nazywa się Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia. Ta instytucja dzieli i rządzi, jak chce, a jedynymi organami kontrolnymi, które sprawdzają coś od czasu do czasu, jest Centralne Biuro Antykorupcyjne, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego albo prokurator. To skandal, żeby w nowoczesnym państwie taka sytuacja miała miejsce. Ponadto należy uprościć procedury i trzeba w końcu zacząć leczyć pacjentów, a nie wykonywać świadczenia zdrowotne. Wreszcie, po wtóre, trzeba już dzisiaj zacząć przygotowywać odpowiednie kadry. Medycyna cały czas się rozwija i z biegiem czasu nic w tej materii nie będzie się upraszczać, i myślenie, że zamiast lekarzy wystarczą felczerzy, których łatwiej wykształcić, jest nieuprawnione. Niestety będziemy potrzebować coraz więcej specjalistów, i to na najwyższym poziomie, a to niestety kosztuje i trwa przynajmniej kilka lat. Dziś nie wystarczy tylko myśleć czy mówić o zmianach, ale trzeba zacząć je przeprowadzać. Jeżeli taki program przedstawiłby minister Arłukowicz, to byłbym skłonny spojrzeć na niego łagodniej niż dzisiaj to czynię.
Wspomniał Pan, że zniesienie limitowania na leczenie onkologiczne oznacza większe koszty, tymczasem w planach przedstawionych przez Arłukowicza nie było ani słowa o pieniądzach…?
– Zniesienie czy odstąpienie od limitowania w leczeniu chorób nowotworowych jest nakazem chwili i to, z czym mieliśmy, a w zasadzie wciąż jeszcze mamy do czynienia, jest wielkim skandalem. Polska jest bodajże jedynym państwem, gdzie były limity przyjęć, jeśli chodzi o procedury medyczne. Dlatego odstąpienie od tego szkodliwego systemu jest oczekiwane, potrzebne i konieczne. Na to jednak potrzebne są pieniądze. Jeżeli w systemie nie przybędzie dodatkowych środków, to trzeba je będzie przesunąć z innej części, być może z kardiologii, okulistyk,i a może z geriatrii, tyle tylko, że zgodnie z regułą naczyń połączonych, kolejki przybędą w innych dziedzinach. Możemy się zatem spodziewać, że pacjenci chorzy na różne, równie niebezpieczne schorzenia jak rak, będą ustawiani w coraz dłuższych kolejkach.
Co jest największą słabością przedstawionego pakietu?
– Minister, który dysponuje absolutnie wszystkimi faktami i danymi o naszym systemie opieki zdrowotnej, niestety nie ogarnia czy też nie obejmuje intelektualnie tego problemu. W tej sytuacji należy powiedzieć, że największym problemem czy też słabością tego programu jest sam Arłukowicz, no i oczywiście premier Tusk, który dzielnie mu towarzyszy w medialnych prezentacjach. Zarówno minister Arłukowicz, jak i premier Tusk powinni oddać stery rządów. Myślę, że dałoby to nadzieję na poprawę nie tylko w służbie zdrowia, ale także w wielu innych dziedzinach.
Co może usprawnić obecny system ochrony zdrowia?
– Przede wszystkim szybka likwidacja NFZ. Ponadto uproszczenie kontraktowania tzw. świadczeń medycznych i, co konieczne, zwiększony wysiłek finansowy państwa oraz wskazanie miejsc, gdzie poszczególne świadczenia będą wykonywane – czyli stworzenie sieci szpitali. Pacjent nie może w dalszym ciągu wędrować po Polsce w poszukiwaniu mniejszych kolejek do świadczeń medycznych. Pacjent musi wiedzieć, że jeżeli mieszka np. w Kaliszu i zachoruje, to będzie leczony na miejscu, i to leczony skutecznie. Żadne PR-owskie zagrywki nie uzdrowią systemu ochrony zdrowia w Polsce, tak jak mieszanie herbaty bez cukru nigdy nie sprawi, że będzie ona słodsza. Niestety z tego typu zabiegiem mamy dzisiaj do czynienia.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki