Wszystkie scenariusze są możliwe
Sobota, 22 marca 2014 (02:08)Z Juozasem Olekasem, ministrem obrony narodowej Republiki Litewskiej, rozmawia Piotr Falkowski
Czy dla Litwy Ukraina to ważny sojusznik? Za jaką cenę warto go bronić?
– Rzeczywiście, Ukraina jest dużym naszym sojusznikiem i sąsiadem. Mieliśmy wspólną i podobną historię. Mamy obecnie dobre doświadczenia, m.in. związane z międzynarodowymi operacjami wojskowymi. Żołnierze ukraińscy byli razem z nami w Afganistanie i teraz też są. Dlatego to, co dzieje się na Ukrainie, nie jest dla nas obojętne. Szkoda, że Ukraina tak długo się decydowała i od początku nie wybrała tej drogi demokracji, jaką wybrały Litwa i Polska. Teraz, gdy część Ukrainy jest okupowana i anektowana, u jej wschodnich granic rozmieszczono bardzo dużo wojska rosyjskiego, wydaje mi się, że wszyscy razem powinniśmy podejmować wysiłki, przede wszystkim polityczne, ekonomiczne, żeby ta agresja przeciwko Ukrainie została zatrzymana.
Ta agresja nie dotyczy już tylko Ukrainy, pojawiły się pewne żądania wobec Estonii, u jej granic odbywają się duże rosyjskie manewry. Czy Litwa nie czuje się zaniepokojona o swoje bezpieczeństwo?
– Każda dodatkowa koncentracja wojsk rosyjskich w pobliżu naszych granic, czy to w okolicach Pskowa, czy Królewca, zawsze oznacza zwiększone zagrożenie. Dlatego też przy pomocy własnych środków obserwujemy, co się tam dzieje, wymieniamy się informacjami z naszymi partnerami i w odpowiedni sposób sami reagujemy. Cieszymy się, że mamy wsparcie i poparcie sojusznicze. Myślę, że dodatkowe myśliwce Stanów Zjednoczonych w Szawlach to dobry przykład, że partnerzy przychodzą nam z pomocą.
Na Litwie też jest mniejszość rosyjska, choć mniejsza niż na Łotwie i w Estonii, przez terytorium państwa prowadzi też najkrótsza droga z Białorusi do obwodu kaliningradzkiego…
– Tranzyt przez Litwę jest bardzo wyraźnie reglamentowany. Choć wcześniej Rosja stwarzała na tym polu pewne problemy, to obecnie one nie występują. Jeśli chodzi o zaangażowanie w to wojsk litewskich, to zapewniam, że wszystkiego bardzo starannie i precyzyjnie doglądamy.
Panie Ministrze, niepokojących ćwiczeń rosyjskich i innych prowokacji wobec państw bałtyckich było już wiele. Obecna sytuacja chyba jednak jakościowo różni się od tamtych ze względu na ogólną sytuację polityczną i to, co się stało na Ukrainie?
– To bardzo ważne, ale proszę na to spojrzeć z drugiej strony: sześć lat temu u granic Gruzji też odbywały się tylko ćwiczenia. A wiadomo, jak to się skończyło. Do dziś część Gruzji jest okupowana. Podobny przebieg miał rozwój wypadków na Ukrainie, tylko nikt wcześniej nie wierzył, że coś takiego może się wydarzyć. Więc nie możemy lekceważyć żadnych ruchów wojsk.
Wspomniał Pan o Gruzji. Właśnie wtedy, w sierpniu 2008 roku, w Tbilisi polski prezydent w obecności m.in. prezydentów Litwy i Ukrainy powiedział o takim scenariuszu: dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i Polska.
– Żaden scenariusz nie jest niemożliwy. Dlatego spotykamy się i rozmawiamy z kolegami z sąsiednich państw.
Podczas spotkania z polskim ministrem obrony narodowej rozmawiał Pan m.in. o projekcie litewsko-polsko-ukraińskiej brygady. Ale co my, Polska, Litwa i NATO, możemy zrobić dla Ukrainy teraz?
– Rzeczywiście, brygada to bardziej długofalowy plan pomocy Ukrainie w zorganizowaniu swoich sił zbrojnych na bardziej demokratycznych zasadach. Obecnie Ukrainie najbardziej potrzebne jest nasze jednolite stanowisko w ocenie agresji Rosji. Jednolitej postawy, jeśli chodzi o stronę polityczną, ale też wszelkie inne.
Nie uważa Pan, że reakcja Zachodu jest zbyt słaba?
– Myślę, że mogłaby być mocniejsza. Ale ponieważ naszą rodzinę tworzy około 30 państw, uzgodnienie stanowisk wszystkich nie jest prostą sprawą. Mam nadzieję, że to stanowisko będzie się umacniało. Już usłyszeliśmy oświadczenie o wstrzymaniu sprzedaży francuskich okrętów Mistral.
Francuzi nie są wcale tacy pewni. Na razie powiedzieli tylko, że odkładają decyzję do października.
– Dobre i to, że kontynuacja tego kontraktu nie jest pewna, że decyzja dopiero będzie.
W naszym regionie mamy jednak zgodne stanowisko. Czy to nie jest dla Litwy pewna wskazówka, żeby orientować się bardziej na Europę Wschodnią niż, jak dotąd, na Niemcy?
– Zgoda, ale to już się dzieje. Kraje bałtyckie i Polska mają takie same albo bardzo podobne zagrożenia. W związku z tym wzmacnianie współpracy w tym regionie jest jak najbardziej wskazane. Zresztą rozmawiamy nie w Berlinie, tylko w Białymstoku. Jednak nie przeciwstawiałbym jednego regionu drugiemu. Powiedziałbym wręcz, że jesteśmy silnie zorientowani na współpracę regionalną: krajów bałtyckich, Polski, krajów nordyckich. Jeśli chodzi o ministrów obrony, to mamy tak zwany format północny, do którego wchodzą kraje bałtyckie, nordyckie, Polska, Niemcy, Holandia, Zjednoczone Królestwo.
Pan Minister osobiście doświadczył, co to znaczy obca przemoc i totalitaryzm. Jak to wpływa na obecną postawę jako polityka?
– W rzeczywistości historia mojej rodziny nie jest wcale wyjątkowa. Jak wiele rodzin na Litwie doświadczyliśmy represji stalinowskich i moi rodzice znaleźli się na zesłaniu. Tam, gdzie zostali wywiezieni, wcześniej byli wywożeni Polacy, polskich krzyży było tak samo dużo jak litewskich. Ja urodziłem się na Syberii. Zesłano łącznie 200 tys. Litwinów, tylko dlatego, że kochali swoją ojczyznę i swoją ziemię. Nasz kraj został zatrzymany, a właściwie cofnięty w swoim rozwoju. Cieszę się, że wróciłem na Litwę, ale wielu moich bliskich zostało tam na zawsze. Dzisiaj powinniśmy zachować pamięć o tych nieludzkich czasach. Nie dlatego, że jesteśmy mściwi, ale może nieco bardziej czujni niż ci, którzy tego doświadczyli. Potem byłem członkiem Sajudisu i jako jego przedstawiciel zostałem deputowanym do ostatniej Rady Najwyższej ZSRS. Bardzo się cieszę, że mogę teraz pracować dla wolnej Litwy. Jeszcze większą satysfakcję daje to, że możemy pracować razem z Polską.