• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Niebezpieczna bierność Zachodu

Czwartek, 20 marca 2014 (17:44)

Z dr. Spasimirem Domaradzkim, politologiem, adiunktem na Uczelni Łazarskiego, specjalistą ds. amerykańskiej polityki zagranicznej, rozmawia Marta Milczarska

 

Orędzie Władimira Putina dotyczące anektowania Krymu było mocno antyamerykańskie. Odpowiedź strony amerykańskiej była dość powściągliwa. USA jedynie zapowiadają, że są gotowe zaostrzyć sankcje, by ukarać Rosję za łamanie ukraińskiej suwerenności...

– Mamy do czynienia z niezwykle skomplikowaną sytuacją międzynarodową, w której szarża jednego państwa nie napotyka na żaden opór społeczności międzynarodowej, a w szczególności głównych graczy, w tym Unii Europejskiej. Dlatego właśnie, paradoksalnie, wychodzi na to, że Stany Zjednoczone robią zdecydowanie najwięcej na arenie międzynarodowej wobec sytuacji na Ukrainie. Jak widzimy, Europa nie ma żadnego pomysłu, jak rozwiązać problem krymski, a nawet jeśli zdecyduje się na jakieś działania, to do tej pory pokazała, że stać ją jedynie na działania, które są zbyt słabe i zbyt spóźnione. Unia Europejska cały czas jest krok za Władimirem Putinem. UE nie jest w stanie zadziałać tak, aby uprzedzić i zahamować rosyjskie ruchy. Działa jedynie w reakcji na coraz to bardziej zuchwałe poczynania Kremla, i to w sposób, który w dużej mierze można uznać za co najmniej zbyt łagodny. Na tle takiej rzeczywistości nawet wyjątkowo łagodna i stonowana reakcja Waszyngtonu wygląda na odważną i agresywną, chociaż daleko jej do takiej.

Znamienne jest to, że w obliczu tak poważnego naruszenia prawa międzynarodowego oraz memorandum i – co najważniejsze – przebiegu granic w Europie, nawet Stany Zjednoczone jednoznacznie podkreślają, że nie są gotowe do ochrony ukraińskich interesów i wikłania się w konfrontację z Rosją. Tak naprawdę nie można się też Waszyngtonowi zbytnio dziwić, ponieważ cała sprawa w pierwszej kolejności dotyczy Europy, a potem Stanów Zjednoczonych. Jednak wobec słabości UE Ameryka znowu musi odegrać rolę obrońcy wartości.

Angela Merkel stwierdziła, że wobec działań rosyjskich istnienie G8 stoi pod znakiem zapytania. Czy to oznacza, że organizacje międzynarodowe tak naprawdę są bezsilne wobec poważnych zagrożeń?

– G8 jest dosyć specyficzną formułą współpracy międzynarodowej. Przypomnijmy, że do grupy G7, czyli siedmiu najbardziej uprzemysłowionych gospodarek świata, doproszono Rosję poniekąd jako wyraz zakończenia podziału zimnowojennego. Zrobiono to zdecydowanie na wyrost, ale liczyła się symbolika. A zatem wykluczenie Rosji z G8 jest nie tylko mocno spóźnione, ale także nie będzie miało dla Putina żadnych konsekwencji. G8 bez Rosji będzie jedynie oznaczało, że Władimir Putin nie będzie spotykał się w tym gronie przywódców siedmiu najbardziej uprzemysłowionych krajów świata, ale nie oznacza to, że nie będzie się z nimi spotykał na poziomie rozmów dwustronnych. Na tym etapie kryzysu ukraińskiego gesty symboliczne to zdecydowanie za mało.

Ukraina stawia swe siły zbrojne w stan pełnej gotowości bojowej, zapowiada wprowadzenie reżimu wizowego z Federacją Rosyjską oraz rezygnuje z członkostwa z WNP...

– Co do działań władz ukraińskich trzeba podkreślić, że nie mają innego wyboru wobec tak wielu ciosów ze strony Rosji. Słuszna jest zarówno decyzja o wystąpieniu z posowieckiej Wspólnoty Niepodległych Państw, jak i o obowiązku wizowym dla Rosjan. Takie działania wprowadzą nowe realia w stosunkach dwustronnych Ukraina – Rosja. Ukraina daje jasny sygnał Putinowi, że nie może być mowy o żadnych „braterskich” stosunkach w przypadku nieposzanowania suwerenności i integralności terytorialnej.

Jaka będzie reakcja Rosji na te kroki ze strony Ukrainy?

– Przede wszystkim Rosja wciąż dążyć będzie do dalszej destabilizacji sytuacji politycznej na Ukrainie. Co więcej, Rosja będzie podsycała na wschodzie Ukrainy „rosyjskie sentymenty”, które będą miały na celu pogłębienie podziałów w ukraińskim społeczeństwie. Im dłużej będzie utrzymywała się niestabilność, tym lepiej dla Putnia i tym gorzej dla nowych władz w Kijowie. Jest to swoistego rodzaju kara za pokrzyżowanie przez Ukraińców planów Władimira Władimirowicza.

Możemy spodziewać się ostrzejszych kroków ze strony Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych?

– Jeśli chodzi o działania ze strony Europy, to wciąż czekamy na konkretne sankcje, i coraz mocniej uświadamiamy sobie, że UE nie jest w stanie wyjść poza interesy narodowe państw członkowskich. Część propozycji i deklaracji państw unijnych zakrawa na kpinę z powagi sytuacji. Z ciężkim sercem, i po aneksji Krymu, Francja i Niemcy postanowiły wstrzymać parę kontraktów militarnych. Natomiast Wielka Brytania najpierw nie chciała wprowadzać sankcji, żeby nie zachwiać swoim kiełkującym wzrostem gospodarczym po latach stagnacji, chociaż wczoraj premier Cameron zastanawiał się nad rewizją tej koncepcji. Tak bardzo marzy mi się zdecydowana postawa europejskich liderów, ale dla nich polityczna cena chwilowego zachwiania zachodniego dobrobytu jest zbyt wysoka dla wspierania Ukrainy.

Jeśli natomiast chodzi o USA, to jedno jest pewne: nie ma mowy o użyciu siły militarnej. Wprawdzie wiceprezydent Biden mówi o zdecydowanej odpowiedzi na skandaliczne działania Kremla, ale taką dyplomatyczną mowę pustych słów słyszymy od wielu tygodni. Niestety, słabość Zachodu ma bardzo poważne skutki, gdyż staje się ona zachętą dla Putina, by realizować dalej swoją imperialną politykę.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska