Sankcje uzależnionych
Środa, 19 marca 2014 (11:10)Z dr Krzysztofem Kaszubą, ekonomistą, rektorem Wyższej Szkoły Zarządzania w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Jak ocenia Pan sankcje Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec Rosji?
– Są to sankcje, powiedziałbym, bardzo spokojne, wyważone i odnoszące się bardziej do pojedynczych osób i to niekoniecznie tych, których powinny dotyczyć, niż do samej Rosji i jej gospodarki.
Można odnieść wrażenie, zwłaszcza gdy chodzi o sankcje unijne, że lokomotywy Unii Europejskiej, które tak naprawdę decydują o kształcie polityki państw wspólnoty, zrobiły krok, który miał na celu bardziej nie zaszkodzić sobie samym niż dotknąć Putina.
Z drugiej strony, patrząc przez pryzmat interesów, jakie państwa wiodące w UE prowadzą z Rosją, jest to jak najbardziej zrozumiałe. Setki, a nawet tysiące firm, które handlują czy współpracują z Rosją, są zależne od nabywcy, czyli od firm rosyjskich i tamtejszego rynku. Chodzi tu o producentów z Francji, Włoch czy z Niemiec, dla których ważny jest zbyt, co ma także przełożenie na miejsca pracy w tych krajach. Trzeba też podkreślić, że zahamowanie tej współpracy w mniejszym stopniu wpłynie na sytuację firm rosyjskich niż firm zachodnich. Sankcje są zatem pochodną zależności gospodarki europejskiej od nabywcy, jakim jest Rosja.
A jeżeli chodzi o sankcje amerykańskie?
– O sankcjach amerykańskich i zakazie wjazdu czy blokadzie kont finansowych dla kilkunastu czy kilkudziesięciu osób można powiedzieć tylko tyle, że są zabawne.
Póki co mają charakter, powiedzmy, prestiżowy dla wybranych osób niż realny wymiar. Trudno zresztą oczekiwać innych, bo sytuacja Krymu nie jest aż tak prosta i oczywista. Nikt z przywódców świata zachodniego, mimo gestów solidarności z Ukrainą, które mają bardziej charakter polityczny i wizerunkowy, nie będzie chciał ryzykować konfliktu z Rosją. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę i skrzętnie to wykorzystuje.
Rynki finansowe w Rosji widać nie przejęły się zbytnio sankcjami, skoro indeksy na giełdzie rosyjskiej po raz pierwszy od wielu dni podskoczyły w górę?
– Giełda moskiewska jest giełdą specyficzną, jak cały rynek finansowy w Rosji. Podmioty notowane na giełdzie w Moskwie są to firmy przejęte w czasach rabunkowej, antynarodowej i antyrosyjskiej prywatyzacji przez grupę kilkudziesięciu oligarchów.
Tym samym majątek wypracowany w dużej części przez rosyjski naród znalazł się w rękach kilkudziesięciu wielkich posiadaczy. Trzeba też pamiętać, że właścicielami dużych firm energetycznych, surowcowych, notowanych na giełdzie w Moskwie, są różnego typu zachodnie fundusze inwestycyjne, które reprezentują interesy milionów akcjonariuszy z UE czy Stanów Zjednoczonych.
W związku z tym nie może tu być mowy o drastycznym spadku cen akcji. Tak czy inaczej referendum na Krymie się odbyło, społeczność się wypowiedziała, Moskwa w związku z tym zrobiła swoje i akcjonariusze zachodni uznali, że sprawa jest załatwiona, stąd to uspokojenie na giełdzie. Jeżeli nie będzie większych zawirowań we wschodnich regionach Ukrainy jak Charków, Donieck czy Dniepropietrowsk, te indeksy będą się dalej podnosić.
Czy w związku z konfliktem militarno-politycznym na Ukrainie i groźbą wysadzenia rurociągów przez przedstawicieli ukraińskiego Prawego Sektora Polsce może grozić paraliż gazowy?
– Nie jest to wykluczone. W tym kontekście bardzo negatywnie należy ocenić aktywność polskich polityków w związku z wydarzeniami na Ukrainie. Znacznie rozsądniej zachowują się inni sąsiedzi Ukrainy, jak szef węgierskiego rządu Viktor Orbán czy chociażby Słowacy i Rumuni.
Natomiast mało odpowiedzialne działania ze strony naszych polityków na pewno nie służą Polsce. Wydaje się, że brakło wyraźnego myślenia geopolitycznego, zarówno wśród przedstawicieli partii rządzącej, jak również ugrupowań opozycyjnych, że owszem, wspieramy marzenia oszukiwanego przez lata narodu ukraińskiego, ale z drugiej strony zdecydowanie odcinamy się od działalności miłośników Bandery, Szuchewycza i OUN-UPA.
Owszem, gazociąg można wysadzić nawet po to, żeby sprowokować, i dużo do tego nie trzeba. Wystarczy jedna sotnia, materiały wybuchowe, których przecież nie brakuje, i kolejny problem gotowy.
Podziela Pan optymizm premiera, który stwierdził, że nawet jeżeli paliwo przestałoby płynąć przez rurociągi idące przez Ukrainę, Polska jest bezpieczna?
– Nie bardzo wiem, z czego wynika ten optymizm premiera Tuska, i na jakiej podstawie tak twierdzi. To bardzo naciągana sprawa.
Owszem, może poradzilibyśmy sobie na krótką metę, przez parę miesięcy, ale nie dłużej. Pytanie, co dalej. Nasze możliwości dotyczące magazynowania gazu są wciąż niewystarczające. Tak czy inaczej w aspekcie surowców energetycznych jak gaz czy ropa sytuacja polskiej gospodarki nie jest dobra. Zresztą nie jest to jedyna dziedzina, na której możemy stracić.
Na handlu z Rosją straciło już wiele polskich przedsiębiorstw, chociażby branży mięsnej, i wiele wskazuje na to, że to nie koniec. Przed nami sezon zbiorów owoców miękkich, jak chociażby maliny, a potem jabłek. Jeżeli i ta sfera zostanie przez Rosjan zablokowana, a życie pokazuje, że nie trzeba wiele, to problemy mogą się piętrzyć jeszcze bardziej.
Podczas gdy głośno o sankcjach ekonomicznych wobec Rosji, Niemcy (spółka RWE DEA) sprzedają koncesje na poszukiwanie gazu i ropy w Polsce rosyjskiemu funduszowi inwestycyjnemu LetterOne, należącemu do rosyjskich oligarchów skupionych w holdingu Alfa Group. Jak poważne jest to dla nas zagrożenie?
– Jakiś czas temu, oglądając telewizję i słysząc polityków różnych opcji okupujących programy, którzy wypowiadali się, że w takich czy innych dziedzinach zablokujemy Rosjan, że nie zgodzimy się na takie czy inne rozwiązania, chciało mi się śmiać.
Proszę pamiętać, że w momencie, kiedy takie czy inne przedsiębiorstwo staje się spółką akcyjną, to nie ma możliwości blokady. Jeżeli to przedsiębiorstwo zostaje przejęte przez kapitał zagraniczny, to może je sprzedać, komu tylko zechce. Taki jest rynek.
Oczywiście zostało to rozegrane bardzo sprytnie. Dlatego tak ważne jest, żeby rząd miał charakter narodowy i propolski.
Po to są systemy tzw. złotych akcji, z którymi oczywiście walczy UE, ale dla Polski złota akcja akurat ma sens, bo gwarantuje blokady, jeżeli chodzi o akcjonariat. Nie chodzi tu o akcjonariat większościowy, ale taki, który uniemożliwia podejmowanie decyzji strategicznych przez inwestora zewnętrznego. Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, kiedy prywatyzowała British Gas – największego dostawcę gazu na Wyspach Brytyjskich, to zachowała złote akcje, a więc specjalne prawa i przywileje dla brytyjskiego rządu. Tyle tylko, że Margaret Thatcher miała rozum, którego niestety u nas brakuje.
To daje coraz silniejszą pozycję podmiotów rosyjskich w europejskiej strukturze energetycznej?
– Jeżeli ktoś jest silniejszy, to dyktuje warunki i stopniowo podwyższa sobie cenę za dobra, które oferuje, oczywiście do poziomu możliwości finansowych odbiorcy.
Jednocześnie oznacza to, że stopniowo przejmuje również pokrewne branże albo coraz większy zakres rynku. Kiedyś Rzymianie mieczem zagarniali tereny, budując potęgę cesarstwa, dzisiaj Niemcy opanowali Europę Zachodnią i podbili świat swoją gospodarką. Rosjanie z kolei mają inne narzędzie, narzędzie surowcowe. Szkoda tylko, że UE tak mało koncentruje się na kwestiach związanych z innowacją właśnie w zakresie energii, przetwarzania węgla w postać płynną, gaz itp., a więc w te obszary, które wzmocniłyby pozycję np. Polski.
Skoro coraz więcej mówi się o dywersyfikacji, czy jest możliwe stworzenie rynku gazowego w Europie z pominięciem Rosji?
– Nie jest możliwe, bo jak można tworzyć rynek gazowy, jeśli tak potężne gospodarki, np. francuska, włoska czy niemiecka, mają relatywnie większy udział w imporcie surowców energetycznych z Rosji niż my.
Oczywiście teoretycznie można przyjąć założenie, że jest to możliwe, ale jeśli Europa zamknie się na gaz czy ropę z Rosji, to trudno wyobrazić sobie, że Rosjanie będą kupować od Niemców samochody czy drogą odzież od Francuzów i Włochów itp.
Niestety są pewne zależności, bez których trudno sobie dziś wyobrazić normalne funkcjonowanie gospodarek wielu państw. Owszem, oznaczałoby to także problemy Rosjan, ale oni zawsze byli wytrzymali. Tym bardziej że system władzy w tym kraju jest mniej demokratyczny niż na Zachodzie, ale to, co Rosjanie byliby w stanie przełknąć, dla Zachodu oznaczałoby klęskę.
Tak czy inaczej świat jest uzależniony od Rosji...
– Może nie tyle uzależniony, co powiedziałbym – powiązany. Natomiast gdybyśmy w latach 90. prowadzili inną, lepszą, bardziej dalekowzroczną politykę, jeśli chodzi o rynek energetyczny, generalnie lepszą politykę gospodarczą, patriotyczną, narodową, propolską, to z pewnością bylibyśmy w znacznie lepszej sytuacji.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki