Nie zdążył nas zobaczyć
Środa, 19 marca 2014 (02:02)Z Ignacym Gajdkiem, synem Adama Gajdka ps. „Agata”, szefa siatki wywiadowczej o kryptonimie „Instytut Bakteriologiczny” w IV Zarządzie Głównym Zrzeszenia WiN, zamordowanego 14 stycznia 1949 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Urodził się Pan już po aresztowaniu Ojca. Matka opowiadała Panu o nim?
– Tatę aresztowali w październiku 1947 r., ja wraz z bratem bliźniakiem urodziliśmy się w 1948 roku. Ojca więc w ogóle nie znaliśmy i nie widzieliśmy, bo już wtedy był w więzieniu – najpierw w Krakowie, gdzie przeszedł brutalne śledztwo, później w Warszawie. Miesiąc po naszym przyjściu na świat ojciec został zamordowany. Jeszcze przed śmiercią dowiedział się od mamy w „grypsowy” sposób o naszych narodzinach. Przesłała mu do więzienia paczkę, bo od czasu do czasu można było taką dostarczać. Były w niej dwie cebule przewiązane wstążką, by ojciec wiedział, że urodziły mu się bliźniaki. Mama mówiła, że był dobrym, porządnym i pracowitym człowiekiem. Na jego temat nie bardzo jednak chciała w tamtych czasach z nami rozmawiać. Więcej ode mnie wiedział starszy brat, który niestety już zmarł. Był starszy ode mnie o 8 lat, więc tatę pamiętał. Ojciec działał w konspiracji, później ktoś go wsypał. Zresztą podobno jakiś jego przyjaciel czy znajomy. Takie były czasy.
Jak to się stało, że ojcu powierzono tworzenie siatki wywiadowczej?
– Tato był absolwentem Podoficerskiej Szkoły Piechoty dla Małoletnich w Nisku. We wrześniu 1939 r. brał udział w działaniach obronnych w stopniu kaprala w ramach 3. Pułku Strzelców Podhalańskich w Bielsku. Od 1940 r. działał w konspiracji w ramach struktur ZWZ, a następnie AK na terenie Rzeszowszczyzny. Pod koniec okupacji niemieckiej pełnił funkcję referenta gospodarczego w Obwodzie AK Rzeszów. Od 1944 r., po powołaniu do Ludowego Wojsku Polskiego, kontynuował działalność konspiracyjną w ramach struktur organizacji „NIE” oraz Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. W 1946 r., zagrożony aresztowaniem, ukrywał się pod nazwiskiem „Adam Wilanowski” w Krakowie. Od kwietnia 1947 r. piastował funkcję szefa siatki wywiadowczej o kryptonimie „Instytut Bakteriologiczny” w ramach IV Zarządu Głównego WiN. Po aresztowaniu wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie 23 października 1948 roku został skazany na karę śmierci.
Pańska matka wiedziała, że wyrok wykonano?
– Dopiero później. Mówiła nam, że został wykonany. Ale gdzie, kiedy i jak, tego nie wiedziała. Zdawała sobie sprawę tylko z tego, że stało się to w Warszawie. Ojciec siedział w celi razem z mecenasem Władysławem Siła-Nowickim, który wyszedł na wolność w czasie odwilży. Sam odezwał się do matki i poinformował ją, że tato trzymał się bardzo dzielnie do ostatniej chwili. Mama sama szukała wcześniej taty, kiedy nie było jeszcze pewne, co się z nim stało, ale nie za bardzo miała tu jakieś możliwości. Był to czas prześladowań całych rodzin i tych wszystkich, którzy interesowali się sprawami aresztowanych oficerów. Mama dowiedziała się później, że ojciec został gdzieś w Warszawie pochowany. Twierdziła, że najprawdopodobniej na Powązkach. W tamtych czasach ukrywała się z nami, zawsze ciężko było z pracą, choć sama musiała utrzymywać trzech synów. Musiała liczyć na pomoc znajomych i dobrych ludzi, by znaleźć jakąkolwiek robotę.
Kiedy usłyszał Pan o Łączce?
– Rok czy dwa lata temu. Dowiedziałem się o prowadzonych tam poszukiwaniach i ekshumacjach. Zostałem poinformowany, że jest duże prawdopodobieństwo, iż ojciec może tam leżeć w którymś z niezidentyfikowanych grobów. Postępy prac śledziłem, czytając gazety i wydawane przez IPN książki. Wraz z bratem, mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, oddaliśmy materiał DNA do badań porównawczych. Na podstawie obu naszych próbek została dokonana identyfikacja. Ojca odnaleziono na Łączce latem 2012 r., a o jego identyfikacji dowiedzieliśmy się dopiero teraz. Spadł z nas pewien ciężar i pojawiło się uczucie radości, że wreszcie nasze poszukiwania ojca zostały zakończone i wiemy, gdzie są jego szczątki. Odzyskanie taty po tylu latach to trudne doświadczenie. Mój syn jest bardzo szczęśliwy, że w końcu zidentyfikowano dziadka, ściąga mi z internetu różne materiały na jego temat, włącznie z tymi z uroczystości w Belwederze. Zostanie przynajmniej jakaś pamiątka po ojcu, którego pamięć będziemy kultywować. Wraz z rodziną cieszą się nasi znajomi, którzy zawsze nas wspierali.
Ojciec wprawdzie mógłby zostać pochowany w Krakowie, ale będziemy chcieli, by spoczął na Łączce, we wspólnym upamiętnieniu ekshumowanych. Muszę porozmawiać jeszcze na ten temat z bratem, ale raczej taka będzie nasza decyzja. W Belwederze byłem sam, bo nie mógł przyjechać ze Stanów, ale wie, jak wyglądała uroczystość. Szykuję mu materiały z niej, by mógł się z nimi dokładnie zapoznać. Niestety, po naszym ojcu zachowało się bardzo niewiele pamiątek. Starszy brat, który kilka lat temu wyprowadził się z Krakowa, zabrał ze sobą dużo rzeczy. Po jego śmierci nie udało nam się ich już odzyskać.