Krymskie ambicje Putina rosną
Wtorek, 18 marca 2014 (17:04)Z Marcinem Przydaczem, prezesem Fundacji Dyplomacja i Polityka, rozmawia Marta Milczarska
Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał dzisiaj oficjalnie traktat o przyjęciu Krymu do Federacji Rosyjskiej...
- Władimir Putin, zgodnie z rosyjską tradycją, działa metodą faktów dokonanych. Dodatkowo robi to wyjątkowo szybko, wykorzystując bezradność Europy. Prezydent Rosji wie, że decyzja jednostki zawsze wyprzedzi działanie ciał kolegialnych, a takimi przecież są organy UE. Europa permanentnie jest więc krok za Rosją. Bruksela, Berlin czy Paryż w żaden sposób nie starają się wyprzedzać działań Moskwy, a jedynie nieporadnie reagują na zaistniałe już fakty, jakby licząc na to, że Putin w końcu sam się zatrzyma. Niestety, nadzieje te okazują się płonne. Moskwa nie zatrzyma się sama, zwłaszcza nie zrobi tego w kontekście Krymu. Sprawa tego półwyspu jest dla Putina wyjątkowo ważna, zarówno ze względów strategicznych, jak i prestiżowych. Pamiętajmy o sytuacji wewnątrz samej Rosji, wycofanie się z Krymu byłoby oznaką słabości, a tego w Rosji się nie wybacza.
Pełniący obowiązki prezydent Ukrainy Ołeksandr Turczynow oświadczył, że jego państwo nigdy nie uzna aneksji Krymu. Reakcja Ukrainy nie jest zaskakująca?
- Co do reakcji Kijowa: decyzji o przyjęciu Krymu nie tylko nie uznała Ukraina, nie uzna jej także większość świata. Z punktu widzenia jednak Moskwy ma to drugorzędne znaczenie. To, co może zaboleć Rosję, to twarda reakcja Zachodu. Sama Ukraina nie ma narzędzi, aby zmusić Rosję do odwrotu. Nie może sobie pozwolić na bezpośrednią konfrontację militarną, zna bowiem wartość swojej armii. Nie jest także władna zablokować przesyłu rosyjskiego gazu do Europy. Od momentu powstania Gazociągu Północnego Rosja czuje się w tej materii dużo bezpieczniejsza.
Pytanie, czy Ukraina zareaguje w jakikolwiek inny sposób, sprowadzać się może do pytania o to, co Kijów może tak naprawdę zrobić. Odpowiedź może być dla Ukraińców bardzo przykra. Należy zdać sobie sprawę, że stosunki międzynarodowe to taka układanka, w której jeden aktor próbuje zablokować wszelkie możliwe ruchy innego aktora w taki sposób, aby nawet w sytuacji, gdyby ów drugi aktor chciał zareagować, nie mógł tego zrobić. Wydaje się, że dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia w relacjach Kijów – Moskwa.
Wszelako pamiętać należy, że poza czynnikami rządowymi występują jeszcze inni aktorzy. Nie wiadomo więc, jak zareagują sami Ukraińcy na sytuację stopniowego przejmowania terytorium ich państwa przez Rosję. Podczas wydarzeń na Majdanie pokazali przecież, że są zdolni zmieniać bieg zdarzeń.
Jakie mogą być dalsze działania Rosji?
- Naiwnością byłoby sądzić, że aneksja Krymu zaspokoi apetyty Władimira Putina. Jego plany są dużo bardziej dalekosiężne. Należy przypomnieć, że prezydent Rosji powiedział kiedyś, iż upadek ZSRS był największą geopolityczną katastrofą XX w. Putin działa widocznie w celu przywrócenia tego – jego zdaniem – naruszonego „ładu”. Stawką jest więc nie tylko Krym, nawet nie cała Ukraina, ale cały region Europy Środkowej i Wschodniej.
W dalszej kolejności Rosja będzie więc działać na zdestabilizowanie sytuacji na Ukrainie, poprzez wspomaganie separatystycznych działać w Doniecku, Łuhańsku, Charkowie czy Odessie. Ma tam już swoich przedstawicieli, na kształt Aksjonowa z Krymu. Mówię tutaj o Gubariewie, Klinczajewie czy Dawidczence – liderach prorosyjskich mitingów. Ich zatrzymanie przez SBU nie zamyka sprawy, z pewnością znajdą się następcy. Poprzez podgrzewanie nastrojów w tych południowych i wschodnich regionach Moskwa będzie starała się destabilizować sytuację na całej Ukrainie, licząc na zmianę kursu przez rząd w Kijowie. W sytuacji, kiedy do tego nie dojdzie, najpewniej będziemy świadkami powtórki scenariusza krymskiego. Zależeć to oczywiście będzie także od reakcji Zachodu.
Czego możemy być pewni, to tego, że w następnej kolejności Rosja odgrzewać będzie wszelkie zamrożone konflikty w regionie. Po Ukrainie kolejna będzie Mołdawia ze swoimi problemami z Naddniestrzem i Gagauzją. Krokiem uprzedzającym ze strony Zachodu byłoby szybkie podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Kiszyniowem albo wręcz pełna integracja Mołdawii do struktur europejskich.
Jaka więc powinna być reakcja Zachodu na anektowanie Krymu przez Rosję?
- Wykluczyć należy możliwość reakcji militarnej ze strony Zachodu. Wojna nie jest w niczyim interesie. Trzeba jednak zaznaczyć, że o ile Moskwa z możliwością konfrontacji zbrojnej czasami się liczy, Europa Zachodnia taką możliwość z zasady wyklucza. Dzisiejsi Europejczycy nie będą umierać za Krym, tak jak kiedyś nie chcieli umierać za Gdańsk. W debacie publicznej pojawiają się nawet głosy, że dzisiejsi Europejczycy nie chcieliby nawet umierać za swój Paryż czy Berlin.
Jedyną więc możliwą reakcją Zachodu mogą być sankcje, zarówno gospodarcze, jak i wizowe. Niestety, do tej pory Zachód reagował dość łagodnie na poczynania Rosji. Początkowo odpowiedzią Europy było zawieszenie rozmów w sprawie liberalizacji wizowej czy w sprawie nowej umowy partnerskiej z Moskwą. Nie mogło to na Putinie zrobić absolutnie żadnego wrażenia. Pamiętajmy, że w 2008 r. po ataku na Gruzję także zawieszano z Rosją różnego rodzaju rozmowy, które następnie w krótkim czasie odwieszano bez jakiegokolwiek kroku ze strony Kremla. Po krymskiej deklaracji niepodległości Bruksela ogłosiła sankcję w postaci zakazu wjazdu do UE dla 21 mało znaczących osób z kręgów liderów krymskich separatystów i urzędników rosyjskich niższego szczebla. Taka reakcja również w żadnym stopniu nie mogła zmusić Putina do zmiany stanowiska. To, co liczy się dla Moskwy, to siła. Europejscy dyplomaci zdają się o tym zapominać. Sankcje wizowe powinny objąć najważniejsze osoby z kręgów politycznych i biznesowych Rosji, nie zaś mało znaczących samozwańców z Krymu. Najważniejsze jednak byłyby sankcje gospodarcze.
Francuski minister spraw zagranicznych Laurent Fabius poinformował, że udział Rosji w grupie G8 został zawieszony. Czy ta decyzja może mieć jakiekolwiek znaczenie dla Putina?
- Samo zawieszenie udziału w G8 ma raczej znaczenie symboliczne. Jak już wcześniej mówiłem, obserwowaliśmy kiedyś sytuację, w której coś zawieszano, a następnie po ucichnięciu sprawy, bez zmiany stanowiska Kremla, to odwieszano. To, co zabolałoby Kreml, to ostre sankcje gospodarcze. Wydaje się jednak, że Zachód jedynie symbolicznie chce pokazać, że nie zgadza się na tak prowadzoną politykę. Nie zależy mu jednak na rzeczywistym zaszkodzeniu w relacjach handlowych z Rosją. Istotne jest tutaj zwłaszcza stanowisko Niemiec i Francji. Zaangażowanie zwłaszcza niemieckiej gospodarki w rosyjską jest bardzo duże.
Podsumowując, Europa ma narzędzia, żeby zatrzymać Władimira Putina, nie chce jednak z nich korzystać, bo zaszkodziłoby to jej samej. Przedkłada więc własny interes gospodarczy nad integralność terytorialną Ukrainy. Powinno być to dla nas w Polsce istotnym sygnałem, „odwracanie największej katastrofy geopolitycznej w XX w.” przez Władimira Putina może się nie zatrzymać na Bugu, a reakcje Zachodu znów mogą ograniczyć się do zrzucania ulotek.
Dziękuję za rozmowę.
Marta Milczarska