• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Anszlus Krymu

Wtorek, 18 marca 2014 (02:02)

Z Rafałem Tarnogórskim, ekspertem prawa międzynarodowego, rozmawia Piotr Falkowski

Jakie konsekwencje będzie miało ogłoszenie niepodległości przez Republikę Krymu?

– Federacja Rosyjska uzna taką niepodległość, natomiast reszta świata, oprócz kilku bardzo nielicznych państw, jej nie uzna. W przeddzień krymskiego referendum, 15 marca, odbyło się głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nad projektem rezolucji potępiającej referendum na Krymie i stwierdzającej, że nie uznaje jego prawomocności. Na 15 członków 13 głosowało za, Chiny się wstrzymały, natomiast tylko Rosja głosowała przeciw. To weto zablokowało rezolucję, ale podział głosów pokazuje, jaka jest tendencja w środowisku międzynarodowym. Krym znajdzie się wśród podmiotów o statusie zawieszonym, terytoriów, których niepodległości nikt lub prawie nikt nie uznaje, ale jakoś funkcjonują dzięki sile państw, jakie za nimi stoją. Naddniestrze, Abchazja, Osetia Południowa istnieją dzięki Rosji, Cypr Północny dzięki Turcji, a w przypadku Tajwanu są to Stany Zjednoczone.

Krym może wstąpić do ONZ?

– Na to nie ma szans. Wymagana jest zgoda Rady Bezpieczeństwa i uzyskanie większości w Zgromadzeniu Ogólnym. To jest nierealne. Proszę pamiętać, że w Radzie Bezpieczeństwa mają weto Stany Zjednoczone i Wielka Brytania – sygnatariusze Memorandum Budapeszteńskiego, które gwarantowało zachowanie integralności Ukrainy.

Czy łatwo będzie przeprowadzić włączenie Krymu do Federacji Rosyjskiej, co zapowiedziały władze w Symferopolu uznające się za rząd półwyspu?

– Duma Państwowa Rosji już pracuje nad ustawą, która upraszcza procedurę przyłączania nowych terytoriów do Federacji Rosyjskiej. Dotychczas funkcjonowała znana prawu międzynarodowemu instytucja cesji, czyli przekazania za obopólną zgodą. Nowelizacja przewiduje, że wystarczy tylko „wola narodu zamieszkującego przyjmowane terytorium” i zgoda samej Rosji wyrażona przez obie izby parlamentu większością konstytucyjną. Nie ma obowiązku zgody państwa, do którego to terytorium należało. To oznacza, że z punktu widzenia porządku prawnego Rosji nic nie będzie stało na przeszkodzie, by przyłączyć Krym. Pozostaje decyzja polityczna, czy do tego dojdzie, czy też Krym pozostanie formalnie niezależny.

Ukraina może próbować się temu przeciwstawić na drodze prawnej?

– Są takie możliwości, ale w obecnej sytuacji mało skuteczne. Ukraina mogłaby próbować pozwać Rosję przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze, ale Rosja przed nim nie stanie, bo wymagana jest zgoda obu stron na poddanie się jurysdykcji tego sądu. Można też próbować stosowania różnych kruczków prawnych. Na przykład Gruzja w sprawie Abchazji i Osetii Południowej doprowadziła w 2008 r. Rosję przed MTS, wykorzystując unormowania konwencji o eliminacji wszelkich form dyskryminacji rasowej; jej sygnatariusze w sprawach dotyczących tej konwencji obligatoryjnie uznają jurysdykcję trybunału. Ale to taki wytrych prawny – Gruzja chciała jedynie zmusić Rosję do spotkania w sądzie, co się jej powiodło. Niestety, w 2011 r. Trybunał głosami 10 do 6 uznał, że nie ma kompetencji do rozpatrzenia tej sprawy. Jest jeszcze inna droga. W 2008 r. Serbia poprosiła Zgromadzenie Ogólne ONZ o skierowanie pytania prawnego o tzw. opinię doradczą do MTS, czy referendum niepodległościowe w Kosowie było zgodne z prawem międzynarodowym. Podobną prośbę mogłaby skierować Ukraina i ma szansę na podjęcie odpowiedniej rezolucji, gdyż obowiązuje tylko zwykła większość i nikt nie ma prawa weta. Trybunał wówczas zdecydował, że referendum jest ważne, ale w przypadku Krymu może być inaczej.

 

Casus Kosowa często przywołuje się jako precedens dla różnych prób tworzenia nowych państw w Europie i jej sąsiedztwie.

– Nie powinniśmy ulegać pokusie łatwego porównania przypadków Kosowa i Krymu. Prawo międzynarodowe uznaje prawo narodów do samostanowienia, co oznacza, że mogą być sytuacje, gdy jakiś region podejmuje decyzję o uzyskaniu suwerenności państwowej i jest to uznane. Osobiście mam sporo zastrzeżeń do ogłoszenia niepodległości przez Kosowo, ale nie mam wątpliwości, że tamta sytuacja była inna. Przede wszystkim w Kosowie referendum nie odbywało się przy „braterskiej” pomocy zbrojnej sąsiedniego państwa wspierającego stronę separatystów. Przez 9 lat Kosowo było zarządzane przez tymczasową władzę ustanowioną na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Dopiero po tym czasie zarządzono plebiscyt. Tymczasem na Krymie mamy jedyny znany przypadek tak szybkiego przeprowadzenia referendum. Nikt nie jest w stanie przygotować w ciągu dwóch tygodni spisów wyborców, zorganizować komisji, lokali, dokumentacji itd. Wiadomo, że to referendum jest kpiną. I można powiedzieć, że nie dba się nawet o pozory. W Kosowie dochodzi jeszcze taki czynnik, że wcześniejsza polityka władz serbskich mogła uzasadniać obawę albańskiej ludności Kosowa o to, że jej prawa nie będą szanowane, a nie było żadnych kroków władz Ukrainy wymierzonych w prawa rosyjskojęzycznej ludności Krymu. Dlatego właściwym porównaniem byłoby nie Kosowo, ale inne analogie, mianowicie anszlus Austrii do Niemiec w 1938 r. i wybory poprzedzające deklaracje o przystąpieniu zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi do ZSRS z 22 października 1939 roku. Potem Sowieci postąpili podobnie z państwami bałtyckimi.

Rosja kwestionuje w ogóle fakt obecności swoich wojsk na Krymie, poza bazami Floty Czarnomorskiej.

– Regulamin haski dotyczący praw i zwyczajów wojny lądowej mówi, że siły zbrojne muszą być umundurowane. Te oddziały, które wtargnęły na Krym, de facto są w mundurach, jedynie nie mają naszywek identyfikacyjnych. W rosyjskich tłumaczeniach nie ma żadnego szacunku dla prawdy. Jeżeli się najeżdża sąsiada i zajmuje jego terytorium, to jest to agresja i międzynarodowy bandytyzm. A gdyby uznać, że nie jest to wojsko, bo nie ma oznaczeń, to w takim razie mamy do czynienia z terroryzmem i nasyłaniem uzbrojonych band. Niestety, te argumenty nie mają większego znaczenia, bo Rosja po prostu je ignoruje i korzystając ze swojej mocarstwowej pozycji, uważa, że może stawiać się ponad prawem.

Realne oderwanie Krymu od Ukrainy, którego Kijów oczywiście nie uzna, jakoś wpłynie na integrację Ukrainy z UE i NATO?

– Tu można tylko spekulować. Jeśli chodzi o Unię Europejską, to wydaje się, że nie. Pamiętajmy, że Cypr wszedł do UE bez Cypru Północnego. Tu papierkiem lakmusowym będzie umowa stowarzyszeniowa, bez względu na to, czy dojdzie do oddzielenia części politycznej od ekonomicznej, to znaczy, że przeszkód nie ma. Jeśli jeszcze spojrzymy na to, dlaczego zaczął się Majdan i pod jakimi flagami tam protestowano, to nie wyobrażam sobie, żeby ze strony europejskiej powstały przeszkody dla integracji, gdy Ukraina wypełni warunki. Trudniejsza jest kwestia NATO. Przyjęcie Ukrainy w obecnej jej sytuacji konfliktu z Rosją i okupacji przez Rosję części terytorium w pewien sposób określi NATO. I przypomni, w jakim celu Sojusz został powołany.

Jakie są ramy prawne dla sankcji wobec państwa agresora?

– Najprostsze są sankcje kierowane, które mogą nałożyć jednostronnie UE i USA. Najpierw przeciwko określonym osobom w postaci zakazu wizowego, blokady kont itp. Następny krok to zawieszenie współpracy na różnych polach. Nie podlega dyskusji, że państwa zachodnie przerwą współpracę wojskową z Rosją. Dalej idzie przerwanie wymiany handlowej towarów o znaczeniu militarnym. Tu problemem są francuskie okręty podwodne klasy Mistral budowane w Nantes. To ogromny kontrakt, który uratował tamtejszą stocznię i ileś tysięcy miejsc pracy. Jednak prawdopodobnie ten kontrakt będzie musiał zostać zerwany. Może też nastąpić dalsze przerwanie wymiany handlowej. Przede wszystkim w zakresie surowców energetycznych, na których Rosja najbardziej profituje, gdyż tylko to będzie najbardziej skuteczne. Niestety, sankcje mają to do siebie, że im głębsza wzajemna współpraca, tym bardziej dotykają one w równym stopniu także tych, którzy je nakładają. Więc nie wiadomo, czy będzie zgoda polityczna na podjęcie takiej uciążliwej decyzji. Na sankcje tzw. ogólne, czyli wymierzone na poziomie ONZ, jak np. wobec Iranu, nie ma szans z powodu rosyjskiego prawa weta.

A czym jest procedura „uniting for peace”, o której mówi część ekspertów?

– „Zjednoczeni dla pokoju” to procedura zastosowana po raz pierwszy w trakcie wojny koreańskiej w 1950 r., w sytuacji gdy Rada Bezpieczeństwa nie była w stanie podjąć decyzji dla utrzymania światowego pokoju i bezpieczeństwa, co jest jej głównym zadaniem według Karty Narodów Zjednoczonych. Jeżeli ze względu na weto jednego z mocarstw doszło do sparaliżowania Rady Bezpieczeństwa, to ta odpowiedzialność w pewnym zakresie jest cedowana na Zgromadzenie Ogólne. Może ono podjąć rezolucję w zastępstwie Rady Bezpieczeństwa. Jednak nie ma ona takiej mocy jak rezolucja Rady Bezpieczeństwa. To są rezolucje deklaratoryjne, czyli niewiążące. Nie lekceważyłbym jednak ich znaczenia. Od 1950 r. skorzystano z tej procedury tylko 10 razy, np. w przypadku sowieckiej interwencji na Węgrzech (1956) czy okupacji Namibii przez RPA (1981).

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Falkowski