• Sobota, 18 kwietnia 2026

    imieniny: Apoloniusza, Bogusławy

Nie chciał służyć komunie

Sobota, 15 marca 2014 (02:08)

Z Anną Bogusławską-Narloch, wnuczką kmdr. por. Zbigniewa Przybyszewskiego, dowódcy baterii cyplowej na Helu w 1939 r., zamordowanego 16 grudnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Pani matka, od lat mieszkająca w Szwecji, wraca do wspomnień o ojcu?

– Wraca do historii. Ale jest to dla niej temat bardzo bolesny. Przez prześladowania, jakie dotknęły rodzinę, miała serdecznie dosyć pobytu w naszym kraju i władz, które nie robiły nic, by przywrócić pamięć dziadka. Byłam wtedy małą dziewczynką, urodziłam się bowiem w 1955 r., trzy lata po śmierci dziadka. Wiem jednak, że rodzinie było ciężko, bo przecież babcia z mamą zostały wysiedlone i długo nie mogły wrócić do swojego domu. Babcia zanim wróciła na Wybrzeże, tułała się po teatrach w Toruniu, Białymstoku, Poznaniu. Bardzo dużo informacji o dziadku znalazło się w książce „Bohater obrony Helu” autorstwa Krzysztofa Zajączkowskiego, którą czyta się bardzo dobrze. Sama pamiętam, jak nieżyjąca już od 22 lat babcia przyjeżdżała do nas, siadaliśmy wszyscy wieczorami przy stole i wspominało się dziadka, jakim był człowiekiem, mężem i ojcem.

I co Pani wtedy słyszała?

– Że ich życie rodzinne było takie króciutkie. Moja mama urodziła się w 1936 r., więc praktycznie zaraz wybuchła wojna. Gdy dziadek wrócił z oflagu, zajął się odbudowywaniem baterii w Redłowie. Nie było go w domu całymi dniami, więc mama miała go bardzo mało dla siebie. Z tego, co jednak pamięta, był człowiekiem bardzo rodzinnym, sprawiedliwym, uczciwym, który nie znosił kłamstwa, i przede wszystkim bardzo pobożnym. We wszystkich listach z oflagu, które czytałam, cały czas mówi o Bogu, modlitwach, prosi o książeczkę do nabożeństwa i różaniec oraz by moja mama wychowywana była w wierze, żeby była uczciwa.

Dziadek bardzo kochał morze, od dziecka marzył o żeglowaniu. Był bardzo skromny, nie lubił, gdy za dużo się o nim mówiło lub gdy go fotografowano. Kochał łakocie, babcia zawsze opowiadała, że gdy piekła jakieś ciasto na święta, dziadek buszował po nocy i podjadał, bo nie mógł się doczekać.

To prawda, że Pani dziadek, nawet uwięziony w oflagu, a później na Rakowieckiej, pisał do rodziny, że niczego mu nie brakuje?

– Tak. Z oflagu mamy ponad sto listów dziadka. Z Rakowieckiej pozwolono mu napisać tylko jeden, datowany na 21 maja 1952 roku. Na nic się w tych listach nie uskarżał, a przecież, jak później babcia się dowiedziała, bardzo cierpiał na nerki i pęcherz, miał niesamowite bóle. To był człowiek, który przede wszystkim myślał o innych, o tym, jak żyją jego żona i córka. Gdy był w oflagu, nie mógł sobie darować tego, że siedzi tam zamknięty i nic nie może zrobić, gdy jego żona i córka muszą walczyć o przetrwanie. Ten czas aresztowań i prześladowań był okropny. Wyrzucono je z domu. Zostały wysiedlone jako żona i córka zdrajcy, zamieszkały w Toruniu, gdzie babcia podjęła pracę w Teatrze Lalek. Tam przyszłam na świat. Byłam jeszcze malutka i mało rozumiałam, dopiero później zaczęłam odczuwać pewne rzeczy. Nie mówiło się za głośno i za dużo o pewnych sprawach, trzeba było mieć oczy z tyłu głowy, bo ludzie byli fałszywi i donosili. Taki człowiek mieszkał nawet w naszym domu. Dowiedzieliśmy się o tym później z akt IPN. Ten czas był dla nas bardzo ciężki.

Informacja Wojskowa aresztowała komandora 17 września 1950 r. pod sfingowanym zarzutem szpiegostwa. W procesie nie poprosił o ułaskawienie.

– Z opowieści kolegów dziadka, którzy z nim siedzieli, a później zostali zrehabilitowani i wyszli na wolność, wiemy, co tam się działo. Komandor Wacław Krzywiec (zwolniony warunkowo z więzienia w lutym 1956 r. z powodu złego stanu zdrowia, zmarł miesiąc później) napisał list-skargę do KC PZPR, opisując szczegóły nieludzkiego traktowania wszystkich podczas śledztwa. To był jego krzyk o sprawiedliwość dla tych, którzy przebywali w więzieniu mokotowskim. Wiemy, że stosowano tam ponad trzydzieści różnego rodzaju tortur. Dziwię się, że tych trzech komandorów (Przybyszewski, Mieszkowski, Staniewicz) nie ugięło się pod wpływem tortur. Na tym polegała ich niezłomność. To pokazuje, jaką musieli mieć siłę charakteru i woli, żeby przetrwać to wszystko, nie przyznając się do tego, czego nie zrobili.

Pani babcia wiedziała, że wyrok na jej mężu został wykonany?

– Babcia szukała dziadka, jeździła, pisała, dowiadywała się, co stało się z jej mężem. Przez długi czas nie wiedziała nawet, gdzie dziadek przebywa. Aresztowania były ciche, znienacka, bez powiadomień. O wykonaniu wyroku dowiedziała się z listu, który dostała. Była to sucha, lakoniczna wiadomość, że wyrok został wykonany. I koniec.

W jakich okolicznościach dziadka aresztowano?

– Dziadek coś przeczuwał. Gdy tworzył jako dowódca baterię w Redłowie, armia polska dostawała przeważnie zużyty sprzęt z demobilu sowieckiego. Dziadek nie miał do niego zaufania i dosyć głośno o tym mówił. Nie ukrywał tego, a „życzliwych” osób wkoło nigdy nie brakowało, więc przypuszczalnie ktoś na niego doniósł. Dziadek chorował w tym czasie trochę na serce i jechał do Warszawy, bo chciał chyba zrezygnować ze swojej pracy w wojsku.

Nic dziwnego, Marynarka Wojenna przechodziła szybki proces sowietyzacji.

– Tak, nie mógł się z tym pogodzić, nie chciał też pracować dla komunistów. To nie była ta Marynarka, którą ukochał przed wojną. Panowały fałsz, obłuda i zakłamanie. Jak pojechał do Warszawy, to już z niej nie wrócił.

I Pani babci zostały tylko wspomnienia chwil spędzonych wspólnie z mężem w lecie 1939 r., które spisała w pamiętniku.

– Babcia niestety nie skończyła tego pamiętnika, który był tak naprawdę poświęcony mojej mamie. To prawda, że na jego kartach opisany jest czas przedwojenny i późniejszy, gdy dziadek został awansowany na dowódcę jednostki na Helu i babcia z mamą przyjechały do niego. Był to trochę taki beztroski czas, zanim dowiedziano się, że może wybuchnąć wojna. W pamiętniku przeplatają się czasy młodości babci z tym, co później się wydarzyło. Jest m.in. wzmianka o tym, że nie mogła sobie darować, iż nie zabrała ze sobą swojego ukochanego psa, który został na Helu z dziadkiem i zginął od kuli. Babcia opisuje również swoją ucieczkę stamtąd z córką, a także powrót do willi „Promiennej” już po aresztowaniu dziadka. Wspomina, że była ona całkowicie zdewastowana, a na maszcie przed nią wisiał miś mojej mamy.

Zachowały się jakieś pamiątki po dziadku?

– Epolety z munduru, sztylet, kutasik od szabli, listy, zdjęcia, dokumenty i przede wszystkim historyczne zeszyty dziadka, które pisał w oflagu. Jest ich pięć, opisuje w nich dzieje Marynarki Wojennej na oceanach w wielu epokach. To wszystko znajduje się w Muzeum Obrony Wybrzeża na Helu. Więcej osobistych rzeczy po dziadku nie mamy. Niestety płaszcz mundurowy, który dziadek miał, został przerobiony, zwężony i nosił go później mój tata, bo była wtedy bieda i nie było co na grzbiet narzucić. Nasz dom był zdewastowany, pusty, z kulami w ścianach. Tego płaszcza już nie ma. Jedyną dodatkową rzeczą, którą przywiozłam teraz od mojej mamy ze Szwecji, jest zeszycik dziadka, w którym prowadził dzienniczek wydarzeń wojennych z 32 dni obrony Helu. Pisze w nim, co działo się tam każdego dnia, o której godzinie, wymienia nazwiska żołnierzy, których działanie mniej czy bardziej pochwalał. Niestety, pismo w tym zeszyciku zanika, treść niejako trzeba odtworzyć. Będziemy to robić, bo za chwilę pismo zniknie i nie będzie wiadomo, co dziadek tam zawarł. Ten zeszycik chcę pokazać m.in. panu dyrektorowi Władysławowi Szarskiemu z Muzeum Obrony Wybrzeża na Helu, z którym współpracuję.

Kiedy dowiedzieliście się, że komandor Zbigniew Przybyszewski może spoczywać na powązkowskiej Łączce?

– O Łączce długo nie wiedziałam, bo to, że może tam leżeć, to przez lata były tylko domysły i spekulacje. Byłam pod pomnikiem, który został tam wybudowany w 1991 roku. Przeczytałam nazwiska wypisane na murze, złożyłam kwiaty, zapaliłam znicz. Ale nie przypuszczałam – bo nikt mi tego wtedy jeszcze nie uświadomił – że być może chodzę po szczątkach mojego dziadka. Gdy się później o tym dowiedziałam, było to dla mnie traumatyczne przeżycie. Dopiero w ostatnich latach dosyć intensywnie zaczęto mówić, że Łączka jest raczej pewnym miejscem. Jako wnuczka komandora Przybyszewskiego byłam trochę od tego oddalona, tu bardziej działał pan Witold Mieszkowski. Był na miejscu i wydeptał tam wszystkie możliwe ścieżki, monitorował tę sprawę i był z nami w kontakcie. Wcześniej moja babcia współpracowała z panią Mieszkowską, póki ta żyła, i panią Staniewiczową, bo wspólnie podejmowały jakieś decyzje odnośnie do poszukiwań.

Oddała Pani materiał genetyczny do porównań?

– Tak, to była mobilizacja całej rodziny. Oprócz mnie przekazała go rodzina brata dziadka, materiał przesłała także moja mama ze Szwecji, bo bardzo nam zależało na identyfikacji dziadka. Mama jest chora, w Szwecji przebywa od ponad 30 lat. W sprawie pomocy odnalezienia miejsca pochówku dziadka próbowała dzwonić nawet do prezydenta Komorowskiego i jego poprzednika, niestety, nie udało jej się skontaktować.

Może Pani opisać radość z odzyskania dziadka?

– Po przesłaniu DNA czekałam na jego zidentyfikowanie, jednak wydawało mi się to jeszcze bardzo odległe. Przeszło dwieście osób zostało odnalezionych, lecz zidentyfikowano na razie tylko 28. Mamy szczęście, że w ich gronie jest mój dziadek. Tego uczucia nie da się opisać. Gdy zadzwonił do mnie z tą informacją prof. Krzysztof Szwagrzyk, myślałam, że serce rozsadzi mi klatkę piersiową, tak mocno waliło. Później przyszedł płacz, ścisk w gardle, w końcu ulga, że dziadek będzie miał już swoje miejsce spoczynku, a my możliwość składania kwiatów na jego prawdziwym grobie, a nie jak do tej pory przed upamiętniającymi go tablicami. Cieszę się, że przyszło mi brać udział w tym ważnym dla rodziny wydarzeniu.

Z kim przyjechała Pani do Belwederu na ceremonię przekazania not identyfikacyjnych?

– Z moim tatą. Przyjechali także bratankowie Ludwika Przybyszewskiego, brata dziadka, z dziećmi, w sumie więc było nas siedem osób. Moja córka nie mogła przyjechać, bo jej syn był chory. Cała rodzina jest bardzo dumna z faktu, że miała takiego wspaniałego i niezłomnego dziadka. Mój 11-letni wnuk Maciej należy do drużyny harcerskiej Żołnierzy Niezłomnych, nosi dumnie na piersi znaczek komandorski i rozpowszechnia historię o dziadku, w tym roku jego drużyna pojedzie na Hel, by przemierzyć ścieżki związane z walkami 1939 r., zwiedzić muzeum i słynną baterię Laskowskiego. Drugi mój wnuk Michał jest jeszcze malutki, ma 5 lat.

Podjęli już Państwo decyzję, gdzie spocznie dziadek?

– Serce podpowiada co innego, rozum co innego. Nie chciałabym jednak na ten temat się wypowiadać, póki nie podejmiemy decyzji.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler