• Sobota, 18 kwietnia 2026

    imieniny: Apoloniusza, Bogusławy

Jaruzelski nie przyszedł

Piątek, 14 marca 2014 (02:09)

Z dr. Leszkiem Kitą, synem ppłk. Aleksandra Adama Kity, zamordowanego 3 grudnia 1952 r. w więzieniu mokotowskim, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

To prawda, że Pana Ojciec chciał być lekarzem?

– Tak. Ojciec pochodził ze skromnej rodziny ziemiańskiej. Urodził się w 1912 r. w Annopolu koło Kocka, gdzie jego ojciec pracował w dworze hrabiego Żółtowskiego, z którym się zresztą przyjaźnił. Gdy tato się urodził, miał dobre warunki ekonomiczne. Był najstarszym synem, miał kilkoro rodzeństwa. Do dziś żyje dwóch jego braci. Ojciec skończył gimnazjum w Łukowie i bardzo dobre liceum o profilu klasycznym im. Stanisława Staszica w Lublinie. Około 1932 r. w rodzinie jego ojca nastąpił kryzys finansowy, związany z kryzysem światowym, z którym dziadek sobie nie poradził. Sprzedał więc swój majątek i przeprowadził się w okolice Warszawy. Ojciec bardzo chciał być lekarzem wojskowym, ale nie było wtedy na to wystarczających środków. Poszedł do podchorążówki w Ostrowi Mazowieckiej, gdzie przebywał do 1935 roku. Następnie, już jako podporucznik, dostał przydział do wspaniałej jednostki z tradycjami, 45. Pułku Strzelców Kresowych, która stacjonowała w Równem. Tam został do wybuchu wojny. Awansował, w 1939 r. był porucznikiem, dowódcą kompanii ckm-ów we wspomnianym pułku. Należeli do Armii „Prusy”, ale skierowani zostali na zachodni brzeg Wisły w okolice Radomia i Kielc, skąd mieli wędrować w kierunku Warszawy. W stoczonych tam bitwach ojciec nieźle się zasłużył.

W boju na Wiśle pod Ryczywołem, osłaniając odwrót swojej dywizji, zniszczył dwa czołgi niemieckie.

– To prawda. Cofając się w kierunku Warszawy, dostał się do niewoli. Z przekazu stryja wiem, że Niemcy na tyle go uhonorowali, że zostawili mu nawet szablę. To był taki gest uznania z ich strony. Jeszcze przed wojną ojciec poznał mamę, ślub mieli wziąć w grudniu 1939 r., ale wybuch wojny to uniemożliwił. Mama Jarosława, która już nie żyje, była też wybitną osobą. Gdy rozpoczęła się wojna, jako 22-letnia dziewczyna była nauczycielką i dyrektorką tajnego liceum ogólnokształcącego, w którym wielu partyzantów AK zdawało u niej maturę. To była szkoła nadzorowana przez rząd londyński. Rodzice czekali na siebie, gdyż w tym czasie tato przebywał w niemieckich obozach jenieckich, głównie w oflagu II C Woldenberg, gdzie skończył studia pedagogiczne i za zasługi wrześniowe dostał z rządu londyńskiego stopień kapitana. Był człowiekiem wysokiej klasy, wszechstronnie wykształconym, o wielu sprawnościach i umiejętnościach, a także poliglotą znającym cztery języki.

Jak ułożyło się jego życie po wyjściu na wolność?

– W 1945 r. spotkał się z mamą i w kwietniu, o ile dobrze pamiętam, odbył się ich ślub. Ojciec nie bardzo garnął się do wojska, bo widział, jak jest, podjął pracę w kuratorium oświaty w Toruniu. Już w maju 1945 r. przypomniano sobie jednak o nim i wcielono go do wojska. Przeszedł jakieś przeszkolenia w Rembertowie, wiem, że dostał awans na stopień majora i został oddelegowany do Kamienia Pomorskiego, gdzie pracował jako oficer. Mama była tam założycielką i dyrektorem pierwszego liceum ogólnokształcącego. W 1946 r. przyszedł na świat mój starszy brat, a rok później ojca przeniesiono do Warszawy do Sztabu Generalnego. Przez chwilę był okres spokoju, w 1948 r. ja się urodziłem. Mama była wtedy wicedyrektorem liceum warszawskiego, a ojciec, awansowany do stopnia podpułkownika, pracował nadal w sztabie. W 1950 r. ruszyła fala aresztowań wśród jego przyjaciół, zapewne po cichu zapadały już wyroki i tych oficerów wyższej rangi Sztabu Generalnego poprzenoszono w różne inne miejscowości.

Tak też stało się z Pana Ojcem?

– Tak. Tato trafił w 1951 r. do Piły. Został skierowany do Oficerskiej Szkoły Samochodowej, gdzie pełnił funkcję wykładowcy. Pamiętam ten czas już dobrze i wyprowadzkę z Warszawy. Spokój nie trwał długo. 23 maja 1952 r. ojca aresztowali funkcjonariusze Zarządu Informacji pod fałszywym zarzutem udziału w tzw. spisku w wojsku. Odbyło się to na terenie szkoły oficerskiej. Choć ledwie skończyłem wtedy 4 lata, to pamiętam pewne obrazy, bo były to dla mnie mocne przeżycia. Wiem od świadków, jak to dokładnie wyglądało. Tak się bowiem złożyło, że w Pile mieszkałem 27 lat, dopiero od kilku lat mieszkam w Toruniu. Wiele osób się do mnie tam zgłaszało, jak już można było, i informowało mnie. Opowiadali nawet, kto był katem, ten człowiek – zresztą oficer – zgłosił się na ochotnika. Wyjawili mi jego imię i nazwisko.

Może Pan powiedzieć, kto to był?

– Nie, nie mogę. Staram się nie pamiętać tego nazwiska. Świadkowie mówili, kto donosił, kto ojca aresztował. Było wielu, którzy dobrze ojca znali. Z Piły wyrzucono nas właściwie prawie jednego dnia. Pamiętam scenę po rewizji w mieszkaniu, kiedy wszystkie rzeczy leżały rozwalone. Przygarnęła nas siostra mamy. Cztery następne lata do 1956 r. to był dla nas horror. Ciągłe inwigilacje, nachodzenia, podsłuchy. Dotyczyło to mamy, ale z bratem byliśmy coraz więksi i wszystko rozumieliśmy. Sytuacja trochę znormalniała w 1956 r., gdy na wiosnę odbył się proces rehabilitacji ojca. Naczelna Prokuratura Wojskowa uchyliła wtedy wyrok z 8 sierpnia 1952 r., skazujący ojca na karę śmierci. Nikt nam specjalnie nie pomagał, starano się jedynie zrobić jakieś drobne odszkodowania, ale też już nikt nie przeszkadzał, co było najważniejsze. Mama wtedy pracowała już normalnie jako nauczycielka, a my chodziliśmy do szkoły. Żyliśmy bez ojca, ale zdjęte zostało z nas odium, że jesteśmy rodziną szpiega. Wtedy też, w 1957r., sto metrów od Łączki na wojskowych Powązkach powstał symboliczny grób ojca.

Z Państwa inicjatywy?

– Nie. Ówczesne Ministerstwo Obrony Narodowej czuło się do tego zobowiązane. Toczyła się jednak walka o napis na tym grobie. Przyjeżdżał do nas jakiś major i pułkownik w tej sprawie, wywalczyliśmy, że został napis „niewinnie stracony”. Każdy pragnie mieć miejsce, gdzie zmarłej bliskiej osobie może zapalić znicz. Jeździliśmy tam z mamą co roku, aż do tej pory. Na ten grób przychodzili także przyjaciele ojca, tam dowiadywaliśmy się coraz więcej o tych strasznych czasach. Wśród nich był płk Ludwik Głowacki, skazany w sierpniu 1952 r. razem z ojcem, ppłk. Orlikiem i mjr. Skoczniem na karę śmierci. Ten ostatni i Głowacki wyszli w 1956 r. na wolność. Pułkownik opowiadał nam o więzieniu, czasem mijał się tam z ojcem. Symboliczny grób taty znajduje się także w Tomaszowie Mazowieckim, wśród jego żołnierzy na tamtejszym cmentarzu, oraz pamiątkowa tablica ku czci ojca.

Ekipa prof. Krzysztofa Szwagrzyka znalazła szczątki ppłk. Mariana Orlika w jednym grobie ze szczątkami Pana ojca.

– Tak. Ale nawet płk Głowacki, mimo że sam był historykiem i tym się interesował, nie wiedział, gdzie może być ciało ojca. Później, w latach 90., więcej zaczęło się na ten temat mówić i pisać. Powstał na Łączce pomnik w kształcie muru, który teraz jest rozebrany. Wtedy sądziliśmy, że zapewne ojciec tam leży. Od tej pory mieliśmy dwa symboliczne groby taty, gdzie przyjeżdżaliśmy zapalić znicz i się pomodlić. O szczegółach dowiedzieliśmy się jednak dopiero niecałe dwa tygodnie temu. Na prośbę IPN, w lecie ubiegłego roku, byłem w rodzinie głównym inicjatorem badań genetycznych.

Oddał Pan materiał do porównania?

– Ja, mój brat i dwóch stryjów. Mobilizowałem ich, mimo że jeden ma 85 lat, a drugi 90 lat. Nieżyjący ich brat był dla nich wielkim autorytetem, byli więc bardzo szczęśliwi, że mogą przyczynić się do jego zidentyfikowania. Przez kilka miesięcy po oddaniu materiału genetycznego miałem okresy zwątpienia, że to się jednak nie powiedzie. Wiedziałem już wtedy, że odszukano ponad dwustu, a tak mało jest zidentyfikowanych. Czytałem, że tak mało jest pieniędzy na te badania. Teraz dowiedzieliśmy się, że trochę ich przybyło i możliwości technicznych też. To zaowocowało sukcesem. Cieszę się, bo to była dla nas wielka radość. Dla mnie szczególnie znalezienie ojca było celem, jaki sobie postawiłem w ostatnich dwóch, trzech latach. Zresztą kultywujemy bardzo w rodzinie pamięć o moim ojcu i historii naszego rodu. Namawiamy stryja, żeby póki żyje, spisał nam te wspomnienia rodzinne. Będziemy optować za tym, już namówiliśmy się z rodziną, żeby szczątki ojca były pochowane w sposób godny w oddzielnym grobie w ramach mauzoleum, które planują na Łączce. 61 lat ojciec przeleżał tam w objęciach z ppłk. Orlikiem, tam okrutny los połączył tych ludzi. To miejsce, jak już nas nie będzie, nie zostanie zapomniane. Będą tu przyjeżdżać nasze wnuki i prawnuki. Chcemy, żeby ojciec tam spoczywał, bo to nie jest tylko śmierć indywidualnego człowieka, to śmierć i grób kogoś, kto zginął w jakiejś sprawie. To coś więcej niż tylko nasza rodzinna sprawa.

Cofnijmy się do 3 grudnia 1952 r., gdy ojca zamordowano na Rakowieckiej. Dowiedzieli się Państwo o tym?

– Nigdy nie dostaliśmy karty zgonu ojca. Przyszedł tylko do mamy jakiś świstek papieru, wyglądający jak jakiś kwit, informujący chyba, że wyrok wykonano, ale to nie był oficjalny dokument. Mama przez długie lata nie wierzyła, miała nadzieję, że ojciec jest wywieziony, że być może żyje gdzieś na Syberii. Myśl o jego śmierci docierała do nas z opóźnieniem. Oficjalnie tak do końca nigdy tego nie wiedzieliśmy. To było jakoś zawoalowane, niedopowiedziane. Mama jednak już nigdy po raz drugi nie wyszła za mąż. Zrobiła wszystko, by w miarę swoich możliwości nas wykształcić. Ja jestem emerytowanym lekarzem chirurgiem, pracowałem przez 27 jako ordynator dużych oddziałów, a mój brat profesorem chemii, czynnie pracującym na UMK w Toruniu. Niedawno dowiedziałem się o tym, że w 1954 r., dwa lata po śmierci ojca, zostało wysłane pismo z sądu do władz miasta Piły z pytaniem, dlaczego nie skonfiskowano całego majątku ojca. To szczególna obrzydliwość. Poza tym na początku lat 80., gdy było trochę odwilży i myśleliśmy, że w sprawie ojca i miejsca jego pochówku da się coś załatwić, mój brat miał się spotkać z Jaruzelskim. Nie przyszedł, tylko jakichś dwóch wysokich rangą generałów. Grzecznie z nim porozmawiali, ale oczywiście nie podali żadnych szczegółów. Powiedzieli, że o pochówku nic nie wiedzą, co oczywiście było nieprawdą. Podkreślili, że nigdy się tego nie dowiemy. Potem dopiero dowiedziałem się, że pod osłoną stanu wojennego zaczęły się na Łączce pochówki oprawców.

Zachowały się jakieś pamiątki po Pana ojcu?

– Medale i inne drobiazgi, chociażby krawaty, sprzęt do golenia. Mamy dużo jego zdjęć sprzed wojny, z obozu i powojenne. Ale przede wszystkim mamy pamięć. Na uroczystości odebrania certyfikatów w Belwederze przyjechaliśmy w możliwie reprezentacyjnym składzie. Oprócz mnie był mój brat, 90-letni stryj, młodszy syn i nasze żony. Stan zdrowia drugiego stryja nie pozwalał na to, by też przyjechał. Wszyscy bardzo to przeżywaliśmy i nadal przeżywamy.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler