• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Słabi wśród przyjaciół

Niedziela, 9 marca 2014 (17:14)

Najnowszy wpis prof. dr. hab. Andrzeja Kaźmierczaka opublikowany na blogAiD.

 

Nasz kraj aktywnie włączył się w proces międzynarodowej współpracy gospodarczej, podpisując umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską w 2004 roku.

Czy jednak w pełni wykorzystujemy szanse, jakie dają nam procesy integracyjne z krajami wysoko rozwiniętymi Europy Zachodniej? Doświadczenia prawie dziesięciu już lat uczestnictwa w Unii Europejskiej niestety nie potwierdzają tej hipotezy. Bardzo wysokie bezrobocie, ogromna emigracja zarobkowa i wyludnienie Polski, rosnące dysproporcje ekonomiczne między regionami kraju, wysoka i utrwalająca się skala pauperyzacji społeczeństwa, wszechobecna korupcja i upadek służby zdrowia, bankructwo systemu emerytalnego – wszystko to przeczy mirażom, jakie roztaczano przed społeczeństwem, podpisując umowę stowarzyszeniową z UE. Ani budowa autostrad, ani piękne obiekty sportowe nie zasłonią smutnego obrazu polskiej rzeczywistości. A przecież otrzymaliśmy od Unii Europejskiej niemal 100 miliardów euro na cele rozwojowe. Do tego należy jeszcze doliczyć olbrzymie kredyty od Banku Światowego, Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. 

Niskie tempo wzrostu gospodarczego i wysokie bezrobocie są ewidentnym dowodem na nieefektywne wykorzystanie funduszy unijnych otrzymanych w ramach pierwszej perspektywy budżetowej 2007-2013. Obok braku strategii rozwojowej źródłem porażek była nieumiejętność obrony polskich interesów. Sztandarowymi przykładami był upadek Stoczni Szczecińskiej i Stoczni w Gdyni wraz z setkami firm kooperujących, upadek polskich cukrowni, niekorzystne limity w produkcji rolnej, upadek krajowych plantatorów tytoniu.

Od lipca br. nasze firmy rolno-spożywcze nie będą mogły inwestować w krajowych specjalnych strefach ekonomicznych. Zgodnie z prawem unijnym pomoc publiczna nie będzie dozwolona przy przetwarzaniu produktów rolnych na wyroby, które mieszczą się również w tej kategorii. A firm, które w specjalnych strefach ekonomicznych zajmują się przetwórstwem produktów rolnych na inne rolne, jest mnóstwo. Od lipca br. nie będą już mogły korzystać z pomocy publicznej i zwolnień z podatków w związku z nowymi inwestycjami. Do niedawna było to dla nich istotne wsparcie w walce konkurencyjnej z wysoce dotowanymi firmami zachodnioeuropejskimi. Z pomocy publicznej będą mogły korzystać tylko firmy przetwarzające produkty rolne na nierolne. Polska może w ogóle stracić kluczowy instrument obrony krajowych przedsiębiorstw przed zahartowanymi w wolnorynkowych bojach silnymi międzynarodowymi grupami kapitałowymi. Komisarz Komisji Europejskiej do spraw konkurencji zagroził bowiem, że ulgi podatkowe mogą zostać uznane za nielegalną pomoc publiczną. A ulgi podatkowe to już jeden z niewielu narzędzi obrony krajowych podmiotów przed firmami zagranicznymi.

Tymczasem Francja nic sobie nie robi z zarzutów Komisji Europejskiej o łamanie reguł konkurencji. Firmom, które będą zamykać zakłady możliwe do uratowania, grożą grzywny do 28 tysięcy euro za każde stracone miejsce pracy. Łączna grzywna może sięgnąć nawet 2% rocznych obrotów przedsiębiorstwa.

Od czasu wejścia do UE polska flota rybacka zmniejszyła się o 70%. W polskie rybołówstwo uderzają surowe unijne restrykcje limitowania połowów. Limity połowowe mają co prawda chronić populację dorsza bałtyckiego, ale przez rybaków z innych krajów nie są należycie przestrzegane. 

Inne kraje potrafią jednak bronić swoich interesów na arenie międzynarodowej. Dania poskarżyła się w imieniu Wysp Owczych do Światowej Organizacji Handlu na samą Unię Europejską. Poszło o konflikt dotyczący limitów połowowych makreli i śledzi na Morzu Północnym. Dla Wysp Owczych limity połowowe to sprawa życia i śmierci. Sprzedaż ryb i przetworów rybnych tworzy bowiem aż 90% dochodów z eksportu. Władze Wysp Owczych stawiają jasno sprawę, twierdząc, że kraj ten ma pełne prawo łowić makrele we własnej strefie ekonomicznej i o rozmiarach połowów nikt z zewnątrz nie może decydować. Na tle limitów połowowych Islandia wręcz zrezygnowała z ubiegania się o członkowstwo w Unii Europejskiej. Podobnie jak w przypadku Wysp Owczych połów i przetwórstwo ryb stanowią tam niemal jedyną gałąź wytwórczą. Limity narzucone przez UE sparaliżowałyby zatem całą gospodarkę. Nic więc dziwnego, że Islandia nie dała się nabrać na miraże europejskiej integracji. 

Ciężki los czeka polską żeglugę przybrzeżną, czyli tak zwaną żeglugę bliskiego zasięgu. Zagrożenie dla naszej floty działającej na Bałtyku jest następstwem przyjętej tzw. dyrektywy siarkowej UE. Dyrektywa ta wprowadza od 2015 roku obowiązek stosowania przez statki paliwa żeglugowego o obniżonej zawartości siarki. Polscy armatorzy promowi będą musieli tankować paliwo spełniające najbardziej restrykcyjne i wyśrubowane normy zawartości siarki. A takie paliwo jest znacznie droższe od tradycyjnego.

W rezultacie gwałtownie wzrosną koszty przejazdów promami i ceny biletów dla pasażerów. Wzrośnie także odpłatność za przewożone cargo. Ostatecznie zmniejszy się rentowność działalności armatorskiej. Jednak skutki dyrektywy siarkowej nie będą jednakowo oddziaływały na firmy transportowe poszczególnych krajów UE. Armatorzy zachodni dostali bowiem zapewnienie od swoich rządów o gotowości współfinansowania kosztów wzrostu cen paliwa napędowego. Tymczasem polskie władze już poparły szkodliwą dla naszych armatorów dyrektywę siarkową. W przeciwieństwie do innych krajów UE wykluczyły jednak możliwość wsparcia polskich armatorów.  

Bezradność decyzyjną cechują nie tylko dziedziny gospodarki związane z funkcjonowaniem Unii Europejskiej. Beztroska władz występuje również w obszarze funkcjonowania w Polsce podmiotów zagranicznych z innych krajów. Koncesję na wydobycie złóż miedzi w rejonie Bytomia Odrzańskiego uzyskała spółka z kanadyjskim udziałem. Firma zagraniczna otrzymuje zatem lukratywne pozwolenie na wydobycie naszego podstawowego bogactwa narodowego. Tymczasem sztandarowa polska firma wydobywająca miedź – KGHM musi obejść się smakiem. KGHM – nasza duma narodowa, postanawia więc szukać złóż miedzi w innych, odległych krajach. Nieodparcie nasuwa się wniosek, że służby specjalne i policja nie nadzorują wystarczająco procesów decyzyjnych w strategicznych dla państwa polskiego inwestycjach.

Najnowszym przykładem bezradności decyzyjnej są wyniki kontroli zakupu ziemi rolnej przez cudzoziemców. Cudzoziemcy stają się na coraz szerszą skalę posiadaczami gruntów rolnych w Polsce. Jak informuje Najwyższa Izba Kontroli, głównym mechanizmem przejmowania przez nich praw do gruntów rolnych jest nabywanie udziałów w spółkach z kapitałem polskim będących właścicielami ziemi. Na tę czynność cudzoziemcy nie muszą mieć zezwolenia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wszystkie transakcje odbywają się zatem legalnie na prywatnym rynku obrotu gruntami. Cudzoziemcy najczęściej reprezentują kapitał holenderski, duński i luksemburski. W ten sposób tylko w województwie szczecińskim nabyli aż 4577 hektarów ziemi.

Warto zaznaczyć, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie posiada pełnych danych o skali nabywania polskich gruntów rolnych przez cudzoziemców. Kontrola NIK alarmuje, że dane rządowe są 3-4-krotnie niższe od faktycznego stanu transakcji.

Władza jest tolerancyjna i gościnna dla firm zagranicznych. Jednak mniej miło traktowani są obywatele polscy w zaprzyjaźnionych krajach. Wystarczy wspomnieć wypowiedzi premiera Camerona o ograniczeniu pomocy socjalnej dla dzieci polskich imigrantów. Szkoda tylko, że gościnność polskich władz uderza w interesy gospodarcze naszego społeczeństwa. Ale czego się nie robi dla zagranicznych przyjaciół. Oby jednak nie było tak, jak w bajce biskupa Ignacego Krasickiego: „Pośród przyjaciół psy zająca zjadły”.