• Czwartek, 16 kwietnia 2026

    imieniny: Bernadetty, Julii, Kseni

Solidarność centrolewu

Środa, 5 marca 2014 (09:22)

W związku z 25. rocznicą wyborów z 1989 roku polskie MSZ wyszło z inicjatywą powołania tzw. Nagrody Solidarności, która po raz pierwszy zostanie wręczona w czerwcu br. przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Nagroda Solidarności ma być przyznawana za działania na rzecz promocji i ochrony demokracji oraz wolności obywatelskich. Została ustanowiona w styczniu 2014 r. przez ministra Radosława Sikorskiego. Obok osób zasiadających w tym gremium, wybranych przez polskie MSZ i prezydenta Komorowskiego, osób – powiedzmy delikatnie – mało się wyróżniających, takich jak reprezentanci lewicy (w nowomowie nazywa się ich laburzystami): Catherine Ashton, prawnik Frank La Rue, Adam Rotfeld (minister w rządzie SLD) czy poplecznicy Platformy Obywatelskiej oraz prezydenta Komorowskiego (Władysław Bartoszewski), znalazły się także inne kontrowersyjne postaci, reprezentujące środowiska socjaldemokratów – Aung San Suu Kyi, Roza Otunbajewa, socjalistów – Carl Gershman, oraz feministek – włoska minister spraw zagranicznych Emma Bonino.

Szczególnie ta ostatnia postać jest bulwersująca. Promotor zabijania dzieci nienarodzonych, radykalna lewaczka i antyklerykał ma reprezentować szacowne gremium, które w swych założeniach ma promować demokrację, wolności obywatelskie i prawa człowieka na świecie. Żenujący spektakl, aby osoba, która publicznie zachęcała do odbierania życia nienarodzonym, decydowała o ludziach prawych i szlachetnych, budujących lepszy świat. Rzeczywiście osobistości godne wyróżnienia. W tym szacownym zgromadzeniu zabrakło, o dziwo, Lecha Wałęsy. Ten mąż stanu został prawdopodobnie ukarany za swoje antygejowskie wypowiedzi z ostatniego czasu, czym naraził się mainstreamowemu salonowi.

Wybór tych „osobistości” jest kolejnym dowodem, w którą stronę popychana jest Polska i kto nią steruje. Centrolewica i postkomuniści mogą dziś otwierać szampany. Zwycięstwo w walce o niepodległość Polski, wyswobodzenie się ze szponów totalitaryzmu zostało szybko zagarnięte przez lewicową, neomarksistowską międzynarodówkę, a nas poddano dyktatowi kolejnych barbarzyńców. Polskie MSZ i prezydent Komorowski chcą nadążać z duchem czasu. Wychodzą naprzeciw światowym tendencjom i kroczą ramię w ramię z poplecznikami nowej awangardy postępu, promujących aborcję, mniejszości seksualne, wiarę w utopię marksowską, budujących nowy raj na ziemi, de facto rzeczywistość bez wartości, czyli świat m.in. sekretarza generalnego ONZ Ban Ki Muna, który ma także przybyć na obchody rocznicowe w czerwcu.

Miejmy tylko nadzieję, że zaproszony prezydent USA, Barack Obama, kolejny raz wykaże się arogancją, zignoruje populistów z PO i nie przyjedzie do Warszawy, bo oznaczałoby to ponowną zamianę stolicy Polski w oblężoną twierdzę i zepsucie obchodów ważnych bądź co bądź – niezależnie od absurdalnych wybryków polskiego MSZ – uroczystości. Bez Obamy będzie w Warszawie o jednego socjalistę mniej i przy okazji żaden ignorant nie będzie nas obrażać, mówiąc publicznie o polskich obozach zagłady.

Dr Tomasz M. Korczyński