• Czwartek, 16 kwietnia 2026

    imieniny: Bernadetty, Julii, Kseni

Wszystko oddałam Matce Najświętszej

Wtorek, 4 marca 2014 (09:44)

W październiku 1978 roku pani Jolanta wyszła za mąż. Kilka tygodni przed pierwszą rocznicą ślubu dowiedziała się, że jest w stanie błogosławionym.  Niestety, radość trwała krótko – w szóstym tygodniu ciąży kobieta dostała pierwszego krwotoku i znalazła się w szpitalu.

 

– Był to czas wyboru na Stolicę Apostolską ks. kard. Karola Wojtyły. Bardzo się modliłam, żeby Polak został Papieżem, ale także, aby to nasze dziecko mogło być uratowane. Pamiętam, że kiedy usłyszałam, że Polak został Papieżem, zdążyłam powierzyć siebie i dziecko Matce Bożej i upadłam, straciwszy przytomność – wspomina po latach kobieta.

Pierwsza prośba pani Jolanty została wysłuchana. Doczekaliśmy się Papieża z Polski. Niestety, lekarze nie zdołali uratować dziecka. Dla małżonków było to strasznie trudne doświadczenie. – Przeżyłam całą noc w ciężkich bólach. Miałam krwotok. Gdy doszłam już trochę do siebie, zaczęliśmy szukać pomocy. Pewnego dnia usłyszałam, że już nie będę miała dzieci, i zwątpiłam, nie chciałam już walczyć – wspomina pani Jolanta.

Niemożliwe stało się możliwe

Po dwóch latach kobieta ponownie była w stanie błogosławionym. – W naszej rodzinie zapanowało szczęście. Opatrzność Boża i Matka Najświętsza czuwała nad nami – wspomina pani Jolanta.

Myliłby się jednak ten, kto myślałby, że teraz wszystko poszło już gładko. Przed porodem nastąpiły komplikacje. Kobieta nagle straciła przytomność, przestały funkcjonować serce i nerki. Ciało spuchło. Całą noc na sali operacyjnej trwała walka o życie matki i dziecka.

– Wyobrażam sobie, co musiał przeżywać mój mąż, gdy przyszła do niego moja koleżanka, i oddając mu moją obrączkę, powiedziała tylko tyle, że wszystko będzie dobrze. Mąż bardzo intensywnie zaczął się modlić przed obrazem Matki Bożej, który otrzymałam od babci. To była dla niego bardzo ciężka noc, a spędził ją właśnie na modlitwie. W zasadzie dwa razy znalazłam się w stanie śmierci klinicznej – opowiada pani Jolanta.

Od czwartku do niedzieli kobieta była nieprzytomna. Odzyskała przytomność w niedzielę po obiedzie. Okazało się, że przyczyną jej stanu były źle podane leki. Kobieta nie musiała mieć wielkich bólów, jej organizm już był przygotowany do porodu. Dziecko jednak cofnęło się do góry, ucisnęło nerki, nerki wydaliły białko i nastąpiło zatrucie całego organizmu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. – Matka Boża czuwała nade mną. 16 października 1980 roku, o tej godzinie, w której straciłam pierwsze dziecko, urodziłam synka. Była to także druga rocznica wyboru Papieża Jana Pawła II – podkreśla pani Jolanta i dodaje, że kiedy dowiedziała się, że dziecko urodziło się zdrowe, jej stan zaczął się poprawiać. Po pięciu dniach było już dobrze.

Walka o dziecko

Minęło osiem lat. Syn pani Jolanty chciał mieć koniecznie młodszego brata. Lekarze mówili jednak, że kobiecie nie wolno mieć kolejnego dziecka. – Przekonywano, że następna ciąża może mnie zabić. Objeździliśmy z mężem cały Śląsk. Jeździłam jak oszalała, bo chciałam mieć to dziecko. W końcu zaszłam w ciąże. Dziecko w moim łonie zaczęło się rozwijać, a ja nie miałam żadnego lekarza prowadzącego. Wszyscy, do których się zgłaszałam, po przeczytaniu moich dokumentów z poprzedniego porodu, kazali mi dziecko zabić – podkreśla pani Jolanta.

I wtedy zaczęła się walka. – Nie wiedzieliśmy, co teraz będzie, czy przeżyję, czy ono przeżyje, ale jednego byliśmy pewni: chcemy mieć to dziecko za wszelką cenę! – mówi kobieta.

W końcu pani Jolanta znalazła doktora, który dał jej nadzieję, że dziecko uda się uratować. Na podjęcie decyzji mieli dwa tygodnie. – Już po tygodniu poszłam do niego i powiedziałam, że się zdecydowałam i naprawdę chcę urodzić to dziecko, i proszę go, żeby się nami zaopiekował od strony medycznej.

Podjął się tego, ale tylko do siódmego miesiąca ciąży, a potem cesarka. W piątym miesiącu, kiedy pojawiły się ruchy dziecka, zostałam prawostronnie sparaliżowana. Dziecko ułożyło się tak, że uciskało kręgosłup. Nie miałam już siły i zaczęłam wątpić w sens tej walki. Matko Przenajświętsza, urodziłaś dziecko, wiesz, jak to jest – jest mi bardzo ciężko – mówiłam do Matki Bożej. Dlatego albo mi pomóż, albo mnie zabierz wraz z dzieckiem. Puchłam w oczach. Przez cały czas byłam w domu. Lekarz nie pozwolił mi iść do szpitala, żebym nie załamała się psychicznie. Wizyty u doktora były co tydzień, czasami dwa razy w tygodniu; byłam pod stałą jego kontrolą. Gdy przyszedł siódmy miesiąc, doktor robił wszystko, abym wytrzymała do dziewiątego miesiąca. Zaczęłam mieć pretensje do niego, bo już nie miałam sił nawet chodzić – wspomina kobieta.

1 grudnia zaczął się dziewiąty miesiąc. Pani Jolanta pojechała tylko na wizytę, a lekarz kazał jej zostać i stwierdził, że to już czas na rodzenie. Mężowi kazał jechać do domu po wszystkie niezbędne rzeczy, a panią Jolantę przewieziono na salę operacyjną.

O godz. 14.15 przyszedł na świat drugi syn. I znowu zaczęła się nasza kolejna walka o dziecko. Okazało się, że chłopiec jest chory. Później niż inne dzieci zaczął siadać, chodzić, mówić, uczyć się. – To był dla nas bardzo trudny czas. Wszystko oddawałam Matce Najświętszej, tak jak uczyła mnie tego babcia. Teraz mój syn, który miał być dzieckiem niepełnosprawnym, jest zdrowym chłopcem i normalnie się rozwija – mówi jego mama. 

Małgorzata Pabis