• Czwartek, 16 kwietnia 2026

    imieniny: Bernadetty, Julii, Kseni

Arogancja politycznych „nadludzi”

Poniedziałek, 3 marca 2014 (18:20)

Jest taka nieprzyjemna scena w filmie Wojciecha Smarzowskiego „Drogówka”. Andrzej Grabowski alias poseł Musiał z dokumentem w ręku bełkocze w pijackim zamroczeniu: „Ja jestem posłem i chroni mnie yymmuunitett”. Kolejni świadkowie i bieg wydarzeń nie są łaskawe dla wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, europosła z Platformy Obywatelskiej Jacka Protasiewicza. Aferę lotniskową rozegraną we Frankfurcie nad Menem można określić jednym słowem: skandal.

W wydarzeniu, które jest bulwersujące, uderzyły mnie jednak słowa nie tyle z relacji „Bild.de” czy świadków wydarzenia, ile samego Protasiewicza, jakie wypowiedział na temat celników niemieckich, i wcale nie te w trakcie incydentu (przypomnę – wyzwał ich od nazistów i wykrzykiwał w ich stronę „Heil Hitler”, do czego się przyznał), ale te, jakich używał podczas komentowania zjawiska, gdy powiedział: „Tamtejsze służby przywykły do tego, że są nadludźmi”.

Inne standardy…

Przyznam, że tak naprawdę przypatrując się kolejnej odsłonie upadku władz w Polsce, mam przeświadczenie, że to nie kto inny, ale właśnie politycy uważają się za „nadludzi” wobec nas, szarych obywateli, których są delegatami, którym mają służyć zgodnie z definicją podstawowej zasady demokratycznej. Oni płyną innymi wehikułami niż my, ukryci za matową szybą, bez kontaktu z narodem odpływają w oparach swoich absurdów. Stosują inne standardy. Czują się bezkarni, butni, buńczuczni, wydaje się im, że immunitet to karta do przemierzania życia w klasie VIP-owskiej.

Pijackie spacery nocne, wulgarne rozmowy o przyrodzeniu, obrażanie „podludzi”, kiczowate obnoszenie się ze swoim luksusem, malwersacje finansowe, seksafery, a nawet takie „drobiazgi” jak notoryczne przekraczanie dozwolonej prędkości, niepłacenie mandatów, śmianie się policjantom w nos (bo immunitet) są de facto odsłoną tego samego zjawiska. Arogancja władzy ma się u nas dobrze. Osoby publiczne nie mają wstydu, opłacane przez podatników dopuszczają się nieobyczajnych zachowań, z powodu których powinny zniknąć z przestrzeni politycznej, a wciąż na niej są.

Zawieszenie, ukaranie, usunięcie, złożenie samokrytyki, istnieją w końcu różne sposoby, którymi władze danych partii dysponują, ale które ignorują, po które nie sięgają. To zraża jeszcze bardziej. Do polityki i polityków w ogóle. I może o to chodzi? Abyśmy udawali farsę demokracji, odgrywali spektakl bez demaskowania nikczemności winnych, zdemoralizowanych i skompromitowanych postaci.

Odsunąć na bok zasady, wartości, normy, dobre obyczaje. Rozpuszczona horda władzy chce nas zrazić na tyle skutecznie, abyśmy służyli jej wysłannikom co cztery, pięć lat jako maszynki do głosowania. I jeżeli szukać gdzieś wyjaśnień, dlaczego każde kolejne wybory w Polsce przynoszą coraz mniejsze zaangażowanie obywatelskie, to są nimi przede wszystkim patologie polityków, które sprawiają, że frekwencja pozostaje na tak marnym poziomie w naszej Ojczyźnie, a polityk cieszy się zerowym autorytetem.

Powyżej omówiłem prymitywne zachowania, które – jak sądzę – budzą powszechne zgorszenie i wywołują potępienie. Jednak są też inne odsłony arogancji władzy. W moim przekonaniu jeszcze gorsze, bo w jakimś sensie trudniejsze do uchwycenia, a tak samo karygodne. Na polskiej scenie politycznej roi się od takich indywiduów, marnotrawiących potencjał młodego pokolenia i zaprzepaszczających mu przyszłość. Media mainstreamowe pompują jak potrafią najlepiej poparcie politykom rzucającym obietnice bez pokrycia.

Producent filmowy roztrwania miliony

Dziś wiemy, że misja odgrzewanego trupa w postaci Trójkąta Weimarskiego okazała się kompletną klapą. Janukowycz, mając za plecami Rosję, szykuje kontrrewolucję, Krym może zostać zagarnięty przez Putina, groźba interwencji militarnej jest wysoka, ale minister Radosław Sikorski musiał się chyba na salonach poczuć dość pewnie.

Po ukraińskiej misji, podczas której skompromitował się swoimi żenującymi wypowiedziami i żartami, prorządowe media w kraju obwołały go (kolejny raz) Metternichem Unii Europejskiej, a on sam pozwolił sobie na trochę luksusu. Nie pierwszy raz w końcu pokazał swój rozmach. W ubiegłym roku za publiczne pieniądze kupił do gabinetów swoich współpracowników 28 foteli za łączną sumę 301,5 tys. złotych. Jeden fotel dla urzędnika MSZ kosztował więc średnio 11 tys. złotych.

Po słynnej aferze fotelowej zapowiada się kolejna. Postanowił zaszaleć, wczuć się w rolę producenta filmowego i sypnąć groszem. Szef polskiej dyplomacji chce bowiem nakręcić film. Niczym europejski bonzo lekką ręką przyznał 8 mln zł na zrobienie produkcji filmowej, w raju Tuska to nie problem. Temat? Oczywiście pasmo sukcesów Polski na arenie międzynarodowej ostatnich dwóch dekad.

Lejtmotywem są wprawdzie upadek komunizmu, wejście Polski do NATO i zasilenie struktur Unii Europejskiej, ale nie ma wątpliwości, że przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego propagandowy filmik (albo przedwyborczy spot, jak kto woli) przyjmie określoną formułę, czyli będzie mieć na celu zachwalanie sukcesów Polski pod patronatem Platformy Obywatelskiej.

Komentując ten absurd, tuż po posiedzeniu Rady Ministrów minister Sikorski powiedział na wspólnej konferencji prasowej z szefem rządu Donaldem Tuskiem: „Będę chciał przedstawiać Polskę jako kraj, który z sukcesem dokończył swoją transformację, ale też będziemy zabiegali, aby ta kampania skłaniała naszych rodaków w krajach Unii Europejskiej do wzięcia udziału w wyborach do Parlamentu Europejskiego”.

Wprawdzie polskie MSZ nie potrafiło wysupłać pieniędzy na uratowanie polskich kapucynów w Republice Środkowoafrykańskiej, gdy w ostatnich tygodniach apelowali do rządu o pomoc, ale filmy zdoła nakręcić. Zbliżająca się 25. rocznica wyborów z 1989 roku musi znacząco pobudzać inwencję twórczą i fantazję ekspertów od public relations Platformy Obywatelskiej do coraz bardziej karkołomnych rozwiązań demagogicznych.

Pomysł goni pomysł. Polskie MSZ wyszło z inicjatywą powołania tzw. Nagrody Solidarności, która po raz pierwszy zostanie wręczona w czerwcu br. przez prezydenta Komorowskiego. W gremium decydującym, komu prezydent ją wręczy, zasiadają głównie lewicowi, feministyczni i lewaccy działacze oraz politycy.

Tu pierwszoplanową rolę odgrywa proaborcyjna feministka, włoska polityk Emma Bonino, która z działaniami na rzecz promocji, ochrony demokracji oraz wolności obywatelskich doprawdy niewiele ma wspólnego.

 


 

Autor jest socjologiem, publicystą, ekspertem ds. zjawiska prześladowań chrześcijan.

Dr Tomasz M. Korczyński