• Wtorek, 17 marca 2026

    imieniny: Patryka, Zbigniewa, Gertrudy

Dyplomacja już nie wystarczy

Niedziela, 2 marca 2014 (16:36)

Z dr. Spasimirem Domaradzkim, politologiem, adiunktem na Uczelni Łazarskiego, specjalistą ds. amerykańskiej polityki zagranicznej, rozmawia Marta Milczarska

 

Ukraina w odpowiedzi na decyzję  Rosji o możliwości użycia sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej na terytorium Ukrainy postawiła w stan gotowości bojowej swoje siły zbrojne. Reakcja USA w obliczu wojny jest nieproporcjonalnie słaba?  

- Sytuacja na Ukrainie jest dramatyczna, ponieważ w razie jakiegokolwiek zagrożenia atakiem wojsk rosyjskich Ukrainie brakuje pomocy z krajów Europy Zachodniej. Mimo że jesteśmy świadkami łamania przez Federację Rosyjską prawa międzynarodowego, łamania ich metodami rodem z poprzedniej epoki, to nie ma jasnej i mocnej deklaracji pomocy ze strony państw NATO. Te wszystkie prowokacje i niejasności, jakie się pojawiają, są jednie narzędziem, by zdestabilizować sytuację na Ukrainie. Mieliśmy nadzieję, że świat zachodni ustosunkuje się do tego w sposób jednoznaczny. Okazuje się jednak, że na tę chwilę nie mamy prawdziwych „przywódców” Zachodu, którzy byliby w stanie bronić wartości europejskich. Co prawda prezydent USA Barack Obama zatelefonował do Władimira Putina, jednakże ten gest ma konsekwentnie słabą wymowę w stosunku do działań wobec Ukrainy. Obama w tej kwestii opiera się na wyuczonych, standardowych zwrotach dyplomatycznych, które w praktyce nie oznaczają nic konkretnego: żadnych jednoznacznych sankcji czy konsekwencji, żadnych konkretnych działań. Tymczasem to, co robi Rosja na Krymie, jest w rzeczywistości aneksją i nie ma się co łudzić, że to się dopiero może zdarzyć. To już się dzieje.

W takiej wyjątkowej sytuacji, z której z pewnością zdają sobie sprawę państwa zachodnie, świat powinien bardzo mocno zareagować. Tymczasem zbyt późno podejmowane są kroki dyplomatyczne, a na dodatek są one zbyt łagodne.

Sekretarz stanu USA John Kerry zagroził Rosji, że jej wojskowa ingerencja na Krymie odbije się na relacjach USA – Rosja i międzynarodowej pozycji Rosji. Jak oceniłby Pan tę wypowiedź?

- Stawianie w stan gotowości bojowej wojsk pokazuje, że mimo tych zapowiedzi ze strony sekretarza stanu USA sytuacja zaszła już zbyt daleko. Co więcej, w sytuacji tak poważnego napięcia nie ma już miejsca na jakieś ogólnikowe groźby. Chyba że Kerry chce skłonić przywódcę Federacji Rosyjskiej do jakiejś refleksji, ale to nie czas i miejsce na takie gry. Dodam także, że Putin już niejednokrotnie udowadniał, iż nie przejmuje się presją zewnętrzną.

Stoimy w obliczu największej geopolitycznej rozgrywki ostatniego ćwierćwiecza i okazuje się, że świat zachodni jest całkowicie nieprzygotowany. Putin jest politykiem rodem z innej epoki, lecz w obliczu słabych i krótkowzrocznych polityków, którzy nie widzą niczego poza perspektywą utraty swojej pozycji, jest on w silniejszej pozycji, ponieważ nie napotyka żadnego oporu wobec swojej agresji. Zachodowi brakuje Ameryki, a Ameryce brakuje przywódcy, który przypomniałby siłę demokratycznego świata. Widzimy tragiczny paradoks – na Ukrainie ludzie oddają życie za wartości, które sam Zachód zatracił.

Co więcej, Rada Bezpieczeństwa ONZ w czasie ostatniego posiedzenia nie przyjęła żadnej rezolucji w sprawie Ukrainy...

- Jako stały członek Rady Bezpieczeństwa Rosja ma bardzo silną pozycję, posiadając prawo weta. Nie miejmy zatem wątpliwości, że ten organ może ustosunkować się w sposób jednoznaczny co do działań Putina na Ukrainie. Byłoby naiwnością sądzić, że rezolucja ONZ mogłaby rozwiązać tę sytuację, skoro jej destabilizatorem jest jeden z jej członków. Ta sprawa pokazuje także, jak mało skuteczną organizacją jest Organizacja Narodów Zjednoczonych w obliczu łamania prawa międzynarodowego przez jednego ze stałych członków RB ONZ. Od końca zimnej wojny mnożą się dowody na to, że struktura ONZ nie przystaje do bieżących realiów polityczno-gospodarczych na świecie.

Co zatem Zachód powinien zrobić?

- Zachód może zrobić wiele. Jednym z pomysłów mogłoby być spotkanie zaangażowanych w konflikcie stron na Krymie. Takie spotkanie powinno być zainicjowane przez Kijów i natychmiast poparte przez Stany Zjednoczone oraz Unię Europejską. Ponadto w obliczu otwartej agresji Zachód powinien oskarżyć Rosję o łamanie prawa międzynarodowego oraz zastosować stosowne kroki zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych wobec Moskwy. Lecz to tylko początek. Zachód musi się jednoznacznie opowiedzieć po stronie Kijowa, zdementować narrację budowaną przez Kreml i powtarzaną jak mantra przez zachodnie media, zadeklarować konkretne wsparcie dla zmian, które należy na Ukrainie przeprowadzić, wymusić wysłanie obserwatorów z ramienia OBWE, postawić ultimatum Rosji do przywrócenia normalnego funkcjonowania półwyspu, pokazać Rosji, że mocne związki gospodarcze nie są dane raz na zawsze, nawet jeśli ceną byłoby chwilowe pogorszenie koniunktury na Zachodzie. Bez wartości ten cały dobrobyt i blichtr świata zachodniego nie są nic warte. Niestety, obawiam się, że pokojowa filozofia prezydenta Obamy do tego nie doprowadzi. Działania, jakie w tym momencie podejmuje Barack Obama, nie przystają do obecnych realiów.

Patrząc na sprawę Ukrainy, nie sposób nie wrócić pamięcią do poczynań Adolfa Hitlera w latach 30. XX wieku, gdy reakcje mocarstw były irracjonalne. Polityka appeasementu zakładała, że „małe” ustępstwa wobec kolejnych roszczeń agresywnego mocarstwa uspokoją sytuację. Niestety, jak wiemy, była to prosta droga do największej tragedii w historii świata, a polityka ta była jedynie żałosną próbą odroczenia dramatu w czasie. Chciałbym się mylić, ale mam wrażenie, że historia ponownie zatacza koło.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Milczarska