• Poniedziałek, 23 marca 2026

    imieniny: Pelagii, Feliksa, Oktawiana

Rolnik w szarej strefie

Czwartek, 27 lutego 2014 (21:42)

Znowu wydłużą się prace nad ustawą o sprzedaży bezpośredniej żywności przez rolników. Posłowie z trzech projektów muszą najpierw opracować jeden.

 

W czerwcu ubiegłego roku do Sejmu trafił senacki projekt ustawy, której celem było ułatwienie rolnikom sprzedaży żywności, jaką by wyprodukowali w swoim gospodarstwie.

- Teraz jest tak, że rolnik może legalnie sprzedawać konsumentom tylko nieprzetworzone produkty, głównie warzywa i owoce. Natomiast prawo zakazuje sprzedaży przetworzonej żywności, jaka powstaje w gospodarstwie. Chodzi np. o przetwory owocowo-warzywne, sery, chleb, ciasta, wędliny – mówi Jerzy Chróścikowski (PiS), przewodniczący senackiej komisji rolnictwa.

- Nam chodzi zaś o to, żeby umożliwić rolnikom legalne sprzedawanie właśnie przetworzonej żywności, bo gdy teraz chcą to robić, działają w szarej strefie, nielegalnie – podkreśla.

Sejmowa komisja rolnictwa pracowała nad tym projektem, był nawet wstępny wniosek o skierowanie go na posiedzenie Sejmu, ale sprawy się skomplikowały, bo teraz w Sejmie leżą jeszcze dwa inne projekty ustawy: jeden autorstwa PiS, a drugi PSL. I teraz powołana została nadzwyczajna podkomisja, w której zasiadło 11 posłów z komisji rolnictwa oraz komisji finansów. – Zadaniem podkomisji jest przygotowanie nowej ustawy – nie krył poseł Dariusz Rosati (PO), przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Podkomisja ma wziąć pod uwagę również stanowisko rządu wobec senackiego projektu.

Co to w praktyce oznacza? Przede wszystkim to, że ustawa na którą z niecierpliwością czekają rolnicy, zacznie obowiązywać prawdopodobnie najwcześniej od 1 stycznia 2015 roku. I do tego czasu nadal sprzedaż własnych dżemów czy serów będzie nielegalna. To jest nie tylko związane z tempem prac legislacyjnych, ale i z faktem, że rząd obstaje przy tym, aby jakiekolwiek regulacje dotyczące sprzedaży żywności przez rolników obowiązywały od początku roku podatkowego, a nie były wprowadzane w jego trakcie. Prace nad ustawą mogą potrwać jeszcze długo, głównie z powodów finansowych.

W zasadzie wśród posłów i ministrów panuje zgoda, że projektowane przepisy będą dotyczyć tylko sprzedaży żywności, która została wytworzona własnoręcznie przez rolnika lub jego domowników – rolnik nie będzie mógł zatrudniać w tym celu pracowników ani zlecać prac innym podwykonawcom. Nie będzie też można w gospodarstwie instalować linii produkcyjnych i stosować technologii przemysłowych. – Produkcja ta ma być wykonywana tylko z własnych surowców wytworzonych w danym gospodarstwie – zastrzega senator Chróścikowski.

Kwestią kluczową jest jednak to, jaka może być wartość sprzedaży żywności pochodzącej bezpośrednio z gospodarstwa. Senatorowie zaproponowali roczny limit na poziomie 7 tys. zł – ta kwota byłaby nieopodatkowana. Wszystko, co rolnik zarobiłby ponad ten limit, byłoby opodatkowane tak jak przychody z tzw. innych źródeł. PSL proponuje zaś, żeby nie było żadnych limitów, bo rolnicy będą wytwarzać w swoich gospodarstwach niewielkie ilości żywności, na pewno nie będą żadną konkurencją dla przetwórstwa. Jednak o zniesieniu limitów nie chce słyszeć rząd i PO.

Tymczasem w całym kraju prowadzona jest kampania, której celem jest zmuszenie parlamentarzystów do przyspieszenia prac nad tą ustawą. Taki jest choćby jeden z postulatów rolników, którzy protestują w Szczecinie i innych regionach w obronie polskiej ziemi. Rolnicy mają w tym wsparcie wielu organizacji społecznych i gospodarczych. – I być może ta presja oraz zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego oraz do samorządów spowodują, że jednak ta ustawa zostanie wreszcie uchwalona – mówi pani Grażyna, współwłaścicielka gospodarstwa rolnego z okolic Radomia, która od ponad pięciu lat sprzedaje własne przetwory owocowo-warzywne. Ponieważ nie narzeka na brak klientów, dochody z jej pracy stanowią znaczną część domowego budżetu. Pani Grażyna prosi o niepodawanie nazwiska, bo choć klienci bardzo sobie cenią jej przetwory, to jednak w świetle prawa działalność gospodyni jest nielegalna. Kobieta woli się nie narażać się na kontrole różnych inspekcji i kary. – To absurd – przyznaje Grzegorz Rybczyński, ekonomista i doradca rolny. – Żywność wytworzona przez rolników będzie stanowiła i tak ułamek całego rynku. Zresztą tak naprawdę chodzi o zalegalizowanie tego biznesu, bo przecież rolnicy od dawna sprzedają własną żywność. Tylko że tym się nie chwalą - wyjaśnia Rybczyński.

Krzysztof Losz