Rząd wyżywi się sam, a co z Polakami?
Czwartek, 27 lutego 2014 (20:37)Z Fryderykiem Kapinosem, przewodniczącym Polskiego Stowarzyszenia Producentów Wyrobów Wędzonych Tradycyjnie, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Wczoraj przedstawiciele branży wędliniarskiej gościli w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Czego dotyczyło spotkanie z unijnym komisarzem ds. zdrowia i ochrony konsumentów Tonio Borgiem?
– Spotkaliśmy się z komisarzem Tonio Borgiem, aby omówić sprawę negatywnych skutków regulacji Komisji Europejskiej, które zaczną doskwierać od września tego roku i dotyczą ograniczenia zawartości substancji smolistych w wyrobach wędzonych. Przypomnę, że obowiązująca jeszcze norma 5 mikrogramów benzo(a)pirenu na kilogram gotowego produktu od września będzie wynosić maksymalnie 2 mikrogramy. Wielu polskich producentów, którzy wędzą swoje produkty w tradycyjny sposób, nie jest w stanie spełnić tych norm. W spotkaniu uczestniczyli także Waldemar Kluska – dyrektor Przedsiębiorstwa Przemysłu Mięsnego „Taurus” w Pilźnie, Jacek Noworolnik – dyrektor Zakładów Mięsnych „Szubryt” w Nowym Sączu, oraz europoseł Paweł Kowal, który zorganizował to spotkanie. Przedstawiliśmy nasze problemy i usłyszeliśmy wprost, że polski rząd na etapie konsultacji nie złożył żadnych zastrzeżeń do rozporządzenia ograniczającego zawartość substancji smolistych w wyrobach wędzonych. Komisarz podkreślił także, że jest to już trzecia delegacja z Polski w tej sprawie i będzie chciał nam pomóc rozwiązać ten problem.
No dobrze, tylko czy starania samych producentów będą wystarczające?
Komisarz Borg zaznaczył, że jeszcze w styczniu tego roku poinformował polski rząd, że Komisja Europejska czeka na odpowiedni wniosek w sprawie przyjazdu do Polski komisji technicznej, która na miejscu zapoznałaby się ze stanem faktycznym i podjęła kroki, jak ograniczyć negatywne skutki rozporządzenia dotyczącego stosowania naturalnych metod wędzarniczych w naszym kraju. Podkreślił jednocześnie, że bez inicjatywy ze strony polskich władz ma związane ręce i sam nie jest w stanie nic zrobić. Niestety, jak dotąd taki wniosek z Polski nie dotarł do Brukseli. Podczas rozmowy otrzymaliśmy także zapewnienie, że przy podejmowaniu decyzji pod uwagę będą brane nie tylko badania zlecone przez resort rolnictwa, ale także badania właścicielskie oraz finansowane przez samorządy, a dotyczące zawartości benzo(a)pirenu w wyrobach wędzarniczych. Biorąc pod uwagę rozmowy w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz te wczorajsze w Brukseli odnosimy wrażenie, że Komisja Europejska jest bardziej otwarta na nasze argumenty niż polski rząd, który gdyby wziął się od razu do roboty, to problem dziś już by nie istniał.
Jak sami producenci tradycyjnych wędlin widzą rozwiązanie problemu?
– Skoro Łotysze przedstawili argumenty w sprawie wędzenia szprotek i racje ich zostały uwzględnione, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby z nami było podobnie. Pomocą może się tu okazać zasada ALARA, która polega na tym, że jeżeli nie ma możliwości technicznych wyprodukowania inaczej, to bierze się za normę najniższe możliwe parametry w tym wypadku benzo(a)pirenu w wyrobach wędzarniczych. Podobna zasada została zastosowana w przypadku kakao, gdzie nie ma sposobu, aby wyprodukować je inaczej.
Eksperci resortu rolnictwa radzili Wam, żeby zmienić zasady wędzenia…
– To nonsens. Robiliśmy próby i nie ma możliwości, żeby zmienić sposób wędzenia. Po prostu się nie da, a sugerowanie nam z uporem maniaka, żeby zmienić ustawienie paleniska i przesunąć je na bok, w ogóle mija się z celem. Dotyczy to także szkoleń z nauki wędzenia, które mają prowadzić eksperci resortu rolnictwa To my możemy szkolić, jak wędzić, bo to my robimy to od lat, a wiedzę czerpaliśmy od naszych rodziców i dziadków. Nie jesteśmy przecież samobójcami, tradycyjnie wędzonymi wyrobami karmimy swoje dzieci i zapewniamy, że są to produkty nie tylko smaczne, ale przede wszystkim zdrowe. Skoro ktoś chciałby zakazać produkcji i wędzenia wędlin, to może pokusi się także o próbę likwidacji Świąt Wielkanocnych, które kojarzą się głównie z wędzoną w sposób tradycyjny kiełbasą i szynką. Jedno i drugie jest absurdem.
Czy obok wsparcia europosła Tomasza Poręby, który od początku zaangażował się w rozwiązanie tego problemu, a także jak słyszę europosła Kowala, również inni polscy europosłowie wspierają starania wędliniarzy?
– W Parlamencie Europejskim spotkaliśmy się także z europosłami Wojciechowskim, Cymańskim, Olejniczakiem, Kalinowskim i europosłem Grzybem, a także z panią, która reprezentowała przebywającego aktualnie w Kijowie europosła Porębę. Wszyscy z wyjątkiem europosła Jarosława Kalinowskiego z PSL zadeklarowali wsparcie naszych działań.
Czym argumentował swoje stanowisko europoseł Kalinowski?
– Europoseł Kalinowski uważa, że powinniśmy się dostosować do unijnych wymagań. Byliśmy oburzeni i jednocześnie zaskoczeni takim stanowiskiem przedstawiciela ugrupowania, które bądź co bądź mieni się reprezentantem polskiej wsi i polskich tradycji. Przecież PSL ma w swoim programie obronę rolników i przetwórstwa rolno-spożywczego. Wszystkim nam zależy, żeby na arenie międzynarodowej być poważnym graczem w branży wędliniarskiej, tymczasem okazuje się, że ci, co powinni nas w tych staraniach wspomagać, bronić przed zagrożeniami i lobbować w interesie Polski, pozostawiają nas na pastwę losu.
Na szczęście to tylko wyjątek, bo pozostali nasi europarlamentarzyści obiecali wsparcie. Np. europoseł Wojciechowski zaproponował wspólną konferencję prasową z udziałem przedstawicieli naszego stowarzyszenia, aby przestawić opinii publicznej problem, z jakim przyszło się nam borykać.
Wspomniał Pan o badaniach, które trwają w Polsce. Badania obiecane na początku lutego przez resort rolnictwa miały być masowe. Jak one przebiegają?
– Owszem, badania dotyczące zawartości substancji smolistych w wędlinach tradycyjnie wędzonych zgodnie z zapowiedzią ministra Kalemby miały być masowe, ale niestety takie nie są. Najpierw zapewniono nas, że badań monitoringowych będzie ok. 200. Sądziliśmy, że liczba ta dotyczyć będzie tylko Podkarpacia i Małopolski. Tymczasem okazuje się, że w skali całego kraju będzie tylko 150 badań, z czego 125 dotyczących badania wędzonych wędlin, a 25 ryb. Na Podkarpacie przypada zaledwie 27 badań. Biorąc pod uwagę 22 powiaty, na jeden przypada średnio zaledwie jedno badanie. Jak wobec powyższego otrzymane wyniki mają mieć reprezentatywny charakter, tego nie wiem. Mało tego, próbki nie zawsze są pobierane z komór tradycyjnych, ale często z komór wędzarniczych przemysłowych, czyli komór wędzarniczo-parzelniczych. W związku z tym obawiamy się, że zabraknie badań dla produktów wędzonych w sposób tradycyjny drewnem nad paleniskiem.
Czemu to ma służyć?
– Można tylko domniemywać, że polskim decydentom zależy nie na wspieraniu tradycyjnego wędliniarstwa w Polsce, ale bardziej na próbie udowodnienia, i to za wszelką cenę, że od początku mieli rację. Wygląda na to, że właśnie tak próbują załatwić ten problem. Tymczasem branża mięsna już liczy straty związane z afrykańskim pomorem świń i embargiem do Rosji. Ceny żywca są niskie dla producentów trzody chlewnej, co może się odbić rykoszetem także na przetwórcach mięsa, a w rezultacie na konsumentach. Jeżeli hodowcy zaczną rezygnować z działalności, skąd będziemy brać żywiec i w jakiej cenie? W ciągu ostatnich latach w Polsce mamy do czynienia ze spadkiem pogłowia trzody chlewnej o blisko połowę, podczas, gdy na świecie jest tendencja wzrostowa. Pięć lat temu na świecie zanotowano 10-procentowy wzrost pogłowia trzody chlewnej i mówi się, że za następne pięć lat będzie kolejny wzrost o 10 proc. A co z nami…? Obawy, że z liczącego się eksportera żywca staniemy się importerami i to inne kraje zaczną nam dyktować warunki, nie są przesadzone. Jest to poważne zagrożenie, a problem ten, jeżeli nie zostanie w porę załatwiony, może odbić się na całej polskiej gospodarce.
Dziękuję za rozmowę.
Mariusz Kamieniecki