Porażka siatkarzy przelała czarę goryczy
Czwartek, 9 sierpnia 2012 (21:52)Jeśli człowiek jest realistą w ocenianiu polskiego sportu albo myśli trzeźwo o tym, gdzie jesteśmy i co może sie stać, to zaraz go okrzykną „typowym marudzącym Polaczkiem, który nie ma wiary w reprezentację”.
Powiedzą, że nie jesteś prawdziwym kibicem, że nie wspomagasz drużyny itd. Kiedy jednak oglądamy występy naszych w Londynie, pytamy sami siebie - ale po co? Po co sobie wmawiać, że jest cudownie, skoro niemal od samego początku widzimy, że jest beznadziejnie.
Zawodzą murowani faworyci, a pozytywnych niespodzianek jest jak na lekarstwo. Faktem jest, że niektórzy nasi rodacy marudzą z natury, ale niestety tym razem powody do narzekań mamy wszyscy. Czarę goryczy przelała porażka naszych siatkarzy z Rosją w olimpijskim ćwierćfinale, grzebiąc tym samym nasze wielkie nadzieje i oczekiwania medalowe.
Już cztery lata temu w Pekinie było widać, że z polskim sportem jest źle. Nie minął jednak miesiąc od zakończenia igrzysk, głosy krytyki ucichły, chętnych do naprawiania sytuacji zabrakło, a władze zajęły się innymi rzeczami ważnymi. Pytanie, jakie powinniśmy sobie postawić już wtedy – dlaczego nikt za to, co się stało w Chinach, nie zapłacił posadą?
Doszło wprawdzie do jakichś kosmetycznych zmian w związkach szermierczym czy w wioślarskim, i to tylko ze względu na wewnętrzną presję samych sportowców. Jakie to przyniosło rezultaty, możemy zobaczyć dziś w Londynie – z mat szermierczych przywieźliśmy zero medali, z wioseł jeden. Dlatego potrzebne są dużo szersze zmiany, nie tylko oczyszczające związki sportowe, często wciąż kierowane przez ludzi, którzy robili kariery w totalitarnym systemie, ale zmieniające całościowe spojrzenie na to, czym jest sport.
Nasi działacze (nie tylko sportowi, ale także polityczni) najwyraźniej nie zdają sobie sprawy, że zwycięstwa sportowe również mogą służyć dobru państwa. Każde zwycięstwo reprezentanta danego kraju działa kojąco na ducha narodu. Mało tego. Niejednokrotnie takie prestiżowe wygrane (a należy do nich zaliczyć złoto IO) mogą podnosić na duchu, uwznioślać, promować dany naród i pomagać mu być z siebie dumnym. Muszę więc z przykrością przyznać, że zaledwie dwa złote medale to po prostu wstyd dla 40-milionowego społeczeństwa.
Ponad czterokrotnie mniej liczni Węgrzy przywiozą z Londynu co najmniej 7 złotych krążków, a to jeszcze nie koniec, bo zmagania ciągle są w toku.
Zastanawiam się, jak teraz media będą tłumaczyć tę porażkę. Poszczególni medaliści oczywiście powinni być z siebie dumni, mają do tego prawo, jednakże reprezentacja jako całość zawiodła. Zaraz po zakończeniu Euro, gdzie wynik sportowy był równie nędzny jak w Londynie, wyjaśniono nam, że mimo wszystko osiągnęliśmy sukces, bo… wspaniale przyjęliśmy gości z zagranicy.
Czym więc mamy szczycić się teraz? Chyba jedynie tym, że zapełnialiśmy trybuny hali siatkówki tak, że nasi czuli się, „jakby grali u siebie”. Małe to jednak pocieszenie.
Zaraz też pojawią się głosy, że to dziennikarze sami nadmuchali balon i on pięknie pękł. Być może jest w tym trochę prawdy, ale od tego są dziennikarze, żeby pytać. A sportowcy chętnie twierdzili, że jadą do stolicy Wielkiej Brytanii po medale. Jak wielu spośród tych pewniaków zawiodło, wiemy już dziś doskonale.
Jeszcze przed zakończeniem igrzysk musimy przełknąć gorycz porażki i czekać na zmiany i lepsze czasy… Może już za cztery lata?
Łukasz Sianożęcki